poniedziałek, 26 września 2011

Kuro no tenshi Vol. 1-2, Japonia, 1997/1999 + SCORE, Japonia, 1995

Czarne anioły Takashiego Ishii.


Takashi Ishii znany jest głównie ze względu na swoje dokonania w gatunku pinku eiga, które w kręgach osób zainteresowanych tym typem kina zyskały sobie dość wysoki poziom poważania.   Oglądane przez mnie jego dwie produkcje spod znaku „Hana to hebi” (Flower and Snake), łączące erotyzm z bondage, mimo przyzwoitego, na widocznie niski budżet, poziomu wykonania, kilku intrygujących scen i pomysłów, niezłych ról takich aktorów jak Renji Ishibashi (w roli nasuwającej skojarzenia z jego kreacjami w „Dead or Alive” i „Audition” w reż. Takashiego Miike) czy Kenichi Endo, nie zasługują na wysoką ocenę. Ich pretekstowa fabuła, prowadząca po niezbyt odważnym sadomasochizmie w nużący sposób, w ogóle nie budzi zainteresowania w osobach, które nie lubują się w tego typu erotyce i fetyszyzmie. W latach 90. ubiegłego wieku, Takashi Ishii postanowił jednak zanurzyć się w odmęty yakuza eiga, w okresie 1994-1998 wyreżyserował i napisał scenariusze do czterech filmów osadzonych w realiach społeczności przestępczych Japonii. Dwa  sygnowane tytułem „Gonin” (Five [Wo]Men) oraz dwa sygnowane tytułem „Kuro no tenshi” (Black Angel). Zaburzając chronologię, wpierw pokrótce omówię przygody czarnych anielic.

 
Tytuł oryginalny: Kuro no tenshi Vol. 1
Tytuł anglojęzyczny: Black Angel
Tytuł polski: brak oficjalnego tytułu.

Reżyseria i scenariusz: Takashi Ishii
Japonia, 1997
Filmy gangsterskie w wykonaniu Ishiiego są utrzymane w bardzo mrocznej stylistyce nasuwającej skojarzenia z filmami noir. Kolory są przyciemnione, większość akcji rozgrywa się nocą w jakichś obskurnych pomieszczeniach, barwy są brudne, większość zamkniętych przestrzeni cechuje ascetyzm skąpany w punktowych źródłach oświetlenia, pozwalających rozwijać się cieniom i półmrokom. W tym nieprzystępnym i na wskroś złym świecie rodzi się dziecko. Gdy ma ono kilka lat jej rodzice, w tym ojciec chrzestny yakuzy, zostają zabici w ataku, za którym stali jego współpracownicy i starsza córka. Małej dziewczynce, imieniem Ikko, udaje się przeżyć dzięki pomocy zabójczyni noszącej pseudonim Czarny Anioł. Następnie sierota zostaje wysłana do Ameryki, gdzie ma żyć z dala od przestępczości i związanych z nią problemów.

Na ekranie przesuwają się przed naszymi oczyma ruchome schody, którymi przed chwilą zeszła Ikko. Nie mija wiele czasu, jak pojawia się na nich młoda, atrakcyjna dziewczyna. Ikko wróciła w jednej, bardzo prostej, lecz udanej sekwencji, która nie zaburza nastroju produkcji. Dziewczyna ma już 20 lat, osiągnęła właśnie, wg japońskiego prawa, pełnoletność. Przybiera, na wzór dawnej wybawicielki, imię Czarny Anioł i rusza zemścić się za krzywdy dokonane jej rodzinie.

Film wrzuca nas natychmiast do brutalnego świata gangsterów. Pozbawieni skrupułów, nie wahający się zabić, zgwałcić i torturować nikogo przestępcy, skorumpowani policjanci i inne niemoralne osoby zaludniają kreowane przez Ishiiego światy. Są to przy tym jednostki zwykle niezrównoważone z licznymi problemami wewnętrznymi. Misja, którą sobie wyznacza Ikko sprawi, iż ona sama zetknie się ze swoimi demonami, jej ideały upadną, partner zginie, a trauma z przeszłości wypłynie na powierzchnie w tragicznym finale. W tym kotle osób, którym wystarczy mała rysa dokonana na ich osobowości by zaczęły się one załamywać, trudno się czasami widzowi odnaleźć. Jedynie kibicować możemy dwudziestoletniej Ikko by wymierzyła swą zemstę, choć jej rodzice nie byli osobami, używając eufemizmu, bez skazy.

W „Kuro no tenshi” dominuje estetyka nadmiaru nie tylko w przypadku kreacji charakterów, lecz także w scenach akcji, kiedy młoda dziewczyna bez większych trudności wystrzeliwuje wszystkich wokół, krew tryska, a zabójcy nie muszą nawet zbytnio unikać pocisków. Ten, kto ma zginąć zawsze polegnie, niezależnie od prób ucieczki. Z akcją jednak wiążą się największe wady filmu. Ishii, we wszystkich swoich gangsterskich produkcjach, w sposób nierzadko irytujący przeciąga sceny zmuszając aktorów do krzyków i płaczów, niemal jak z produkcji Andrzeja Żuławskiego. Pierwsza część „Czarnego anioła” jest przy tym najbardziej wykrzyczanym yakuza eiga w dorobku japońskiego reżysera. Inną negatywną cechą jest zbyt obfite mieszanie scen wolnych z szybkimi, szczególnie, gdy chwile akcji nagle zatrzymują się by pozwolić na kolejną, niewiele już wnoszącą do obrazu ekspresję postaci.

Wracając jednak do „Kuro no tenshi”, należy dopowiedzieć, iż Ishii zadośćuczynia za wszystkie niemal swoje potknięcia doskonałą, mroczną atmosferą, ciekawą fabułą i główną bohaterką. Oglądanie jak ładna Japonka rozprawia się z silniejszymi mężczyznami jest, bądź co bądź, przyjemnością samą w sobie, co twórcy filmowi zauważyli już dawno temu, czego dowodem są np. filmy w stylu pinky violence z lat 1970. Także tutaj Riona Hazuki staje na wysokości swego zadania i świetnie radzi sobie z rolą, emitując ze swej postaci mnóstwo energii. Szkoda, że nie zagrała ona w zbyt wielu filmach.

Filmy Takashiego za granicą Japonii porównywane są do, oczywiście, produkcji Quentina Tarantino, o czym świadczą napisy na pudełkach DVD, starające się przekonać, iż Ishii jest „japońską odpowiedzią” na amerykańskiego twórcę. Nie sądzę jednak aby zachodziło między tymi dwoma twórcami na tyle wielkie podobieństwo by owe oświadczenia traktować inaczej aniżeli chwyt marketingowy. Skoro już błądzę nieco oddalony od ścisłego omawiania filmu, to wspomnę także o mojej ulubionej scenie, niemal całkowicie wyjętej z kontekstu całości. W pokoju hotelowym, Ikko i jej pomocnik w egzekwowaniu zemsty (jak możemy się domyślać, zakochany w dziewczynie) włączają rytmiczną muzykę muzykę i zaczynają tańczyć. Świetna, choć skąpana w przyciemnionym świetle, sugerującym egzystencję w brutalnym świecie, scena, pokazująca jedyny raz, że w gruncie rzeczy Ikko jest młodą dziewczyną, której odebrano możliwość spędzenia radosnego dzieciństwa. Doskonała chwila ulotnego szczęścia w morzu przemocy.

Mimo różnych wad, ostatecznie obraz uważam za udany i z przyjemnością oglądałem, nie raz, zmagania Czarnej Anielicy. Po pierwszym seansie z niecierpliwością włożyłem więc płytę z drugą częścią „Black Angel” by poznać dalsze losy Ikko...

(Poniżej zwiastun, skupiający się na scenach akcji.)


Tytuł oryginalny: Kuro no tenshi Vol. 2
Tytuł anglojęzyczny: Black Angel 2
Tytuł polski: brak.

Scenariusz i reżyseria: Takashi Ishii
Japonia, 1999
...i zostałem zaskoczony faktem, iż druga część opowiada osobną historię, całkowicie odseparowaną od poprzedniej. Nowa fabuła, nowe postaci, nie do końca nowe problemy, „Kuro no tenshi Vol. 2” można oglądać bez znajomości „Vol. 1”, podobieństwa zachodzą tutaj tematyczne oraz stylistyczne (te drugie szczególnie łączą wszystkie gangsterskie pozycje reżysera), są one jednak zbyt odległe by mówić o jakiejkolwiek kontynuacji. Szkoda więc, że spotkamy już Ikko, zamiast tego czeka na nas Mayu.

Jest ona płatnym zabójcą. W młodości niemal została ofiarą gwałtu, lecz uratował ją nieznajomy mężczyzna. Pewnego dnia dostaje ona zlecenie zabicia jednego z przywódców gangu yakuzy. W trakcie wykonywania zadania sprawy jednak tragicznie się komplikują. Okazuje się, że drugi szef wysłał dodatkowych zabójców, którzy mieszają się między Czarną Anielicę a niedoszłą ofiarę. Co gorsza, jednym z osobistych ochroniarzy celu jest mężczyzna, który kiedyś uratował ją przed gwałtem. W trakcie strzelaniny ginie również niewinny przechodzień, którego młoda żona postanawia się zemścić za jego śmierć. Jedna strzelanina, która nie mogła już chyba mieć gorszych reperkusji.

Fabułę obserwujemy z trzech perspektyw. Od strony Mayu, która została we wspomnianej akcji postrzelona. Musi ona radzić sobie nie tylko z gorączkowymi wizjami, w których nawiedza ją dawny wybawiciel, lecz także ze swoim uzależnieniem od alkoholu. Dostaje ona najwięcej czasu ekranowego, co uzasadnia tytuł filmu. Niestety powolność wielu scen z jej udziałem, aż do momentu wyzdrowienia jest nieco nużąca, a jej problem alkoholowy potraktowany po macoszemu. Niektóre jej wizje jednak wykonano intrygująco, a wprowadzenie jej ekscentrycznego zleceniodawcy uatrakcyjnia nieprędki tok jej wątku.

Drugą osobą jest wspomniany ochroniarz, który zrobi wszystko dla swego szefa. Sytuacja komplikuje się, gdy wszelkie machinacje powoli wychodzą na jaw, a on sam stara się pomóc dziewczynie, której partner poniósł przypadkową śmierć. Jest to dość ciekawy wątek, podchody yakuzy ogląda się ciekawie, a wewnętrzna walka, jaką toczy w sobie gangster, mimo że dość prosta, w kontekście całości wypada zadowalająco. Jedynie zdziwienie we mnie budzi fakt, że potrafi on z łatwością w walce wręcz pokonać każdego mężczyznę, za to w starciu ze Mayu nie ma żadnych szans. Film dość nieskutecznie stara się wmówić widzom jej wielką fizyczną siłę i spryt.

Trzeci punkt widzenia prezentuje dziewczyna, która straciła męża. Prowadzi ona kwiaciarnię. Pewnego dnia, korzystając z faktu, że jej mąż był w dzieciństwie członkiem młodocianego gangu, poznaje pewnego członka yakuzy (epizodyczna, bardzo dobra rola Susumy Terajimy), od którego dowiaduje się, na kim ma wykonać zemstę oraz dostaje broń. Pomoc jaką otrzymuje ma jednak swoją cenę.

Fabularnie więc „Kuro no tenshi Vol. 2” jest bardziej rozwinięte niż pierwsza część. Niestety rozwój akcji, szczególnie w pierwszej, nieco sztucznie rozwleczonej połowie, psuje film. Mayu też nie jest tak interesującą postacią, jaką była Ikko (ani tak atrakcyjną), więc oglądanie jej przygód nie jest już tak emocjonujące. Na szczęście, gdy trójka postaci się spotyka po raz drugi, akcja zawiązuje się na tyle mocno, iż śledzenie jej od tej pory staje się zajęciem intrygującym. Pod każdym innym względem, nastrój, muzyka, kreacje, światło, zdjęcia etc. prezentują się niemal identycznie, jak w „Kuro no tenshi Vol. 1” oraz „Gonin”, co nie jest dziwne zważywszy na fakt, iż za wszystkimi filmami stoi ta sama grupa twórców.

Drugie spotkanie z Czarnym Aniołem jest mniej satysfakcjonujące niż pierwsze. Nadal jednak pojawiają się tu sceny i chwile warte uwagi, choć jest to najgorszy film gangsterski Ishiiego w jego karierze.








 
-------------WYDŹWIĘK FILMÓW – ZAWIERA SPOILERY--------------

W obu produkcjach reżyser kreuje świat fantazmatyczny, w którym bohaterowie mogą przez krótki czas wejść w posiadanie lub znacznie zbliżyć się do obiektu, jawiącego im się jako obiekt stanowiący przyczynę ich pragnienia. W tych zetknięciach wychodzi na jaw, iż okazuje się on jedynie kolejnym obiektem, który nie ma żadnej możliwości ugaszenia pragnienia. Gdy gangster wraz z kochanką (córką ojca chrzestnego yakuzy) knują przejęcie władzy, jest ona dla nich równoznaczna z dostępem do upragnionej, ostatecznej rozkoszy. Gdy jednak udaje im się wykonać wyznaczone sobie zadanie, okazuje się, że ich sytuacja wcale nie uległa gwałtownej zmianie. Muszą nadal szukać dostępu do rozkoszy (rozumiem tutaj rozkosz jako lacanowskie jouissance), która za każdym razem oddala się i umieszcza się w kolejnym, zawsze naprawdę niedostępnym miejscu.

Ta pogoń za obiektem przyczyną pragnienia jest najbardziej widoczna w przypadku Ikko, która poświęca siebie w uzyskaniu zemsty za śmierć ojca i matki. Po drodze traci wszystko, co stanowiło dla niej jakąkolwiek wartość. Utrata tych obiektów (które naprawdę jako jedyne mogły jej dać choć trochę szczęścia) ma być stratą, która jest wliczona w koszt uzyskania ostatecznej rozkoszy. Rozkosz ta z kolei, nawet w najmniejszym stopniu nie potrafi zapewnić tyle radości, co wszystko, czego musiała się wyrzec Ikko. Ginie jej partner, zabity przez jej wrogów, jej ideał, który naśladuje, okazuje się być teraz uzależnionym od narkotyków i alkoholu niewolnikiem przeciwnika dziewczyny, jej matką okazuje się być ktoś inny niż całe życie wierzyła, w końcu sama też zostanie porwana i torturowana fizycznie oraz psychicznie przez yakuzę. Największy cios otrzymuje jednak w finale filmu, gdy okazuje się, że osoba, która faktycznie stoi za zabójstwem jej „rodziców” jest jej prawdziwą matką, a Ikko jest wynikiem zatuszowanego gwałtu. W ferworze walki, wzajemnych oskarżeń, podejrzeń oraz prób osiągnięcia spełnienia, Ikko jest zmuszona, by ratować własne życie, zabić swoją własną matkę. Tym samym osiągnęła cel, jaki wyznaczyła sobie na samym początku, równocześnie nigdy wcześniej nie będąc od niego tak daleko jak na koniec filmu. W ten sposób „Kuro no tenshi Vol. 1” pokazuje, iż dojście do obiektu pragnienia rodzi traumę, gdy uświadomimy sobie, że nie potrafi on ugasić przyczyny pragnienia. Niesie to ze sobą traumatyczne skutki, szczególnie jeśli „zwyczajnym” obiektem okazuje się tragedia, jaka rozgrywa się w życiu Ikko. Tragedia ta, mimo że fatalna w skutkach stanowi ostatecznie tylko kolejny nie przynoszący spełnienia obiekt, nie odmienny od żadnego innego w kwestii dostępu do rozkoszy, można więc powiedzieć, że dziewczyna straciła wszystko, nie zyskując zupełnie niczego.

-----------------O WYDANIU FILMÓW-----------------

Oba filmy zostały wydane m.in. w boxach „Tokyo Bullet Triple Pack” i Tokyo Bullet Reloaded Triple Pack”. W pierwszym znajdują się dwa filmy Takashiego Ishii („Gonin”, „Black Angel”) oraz szybkie kino akcji, inspirowane dokonaniami Johna Woo pt. „Score”. W drugim boxie umieszczono drugie części wszystkich filmów z boxu pierwszego. Tak, jak w przypadku „Black Angel 2”, tak i pozostałe filmy nie kontynuują żadnych wątków poprzedników i opowiadają całkiem nowe historie. W momencie, gdy kupiłem te boxy, a było to kilka ładnych lat temu, w serii „Tokyo Bullet” wydano także „Violent Cop”, „Boiling Point” oraz „Sonatine” w reżyserii Takeshiego Kitano, „Triple Cross” Kinji Fukasaku, a także „Pistol Opera” Seijuna Suzuki. Większość filmów jest zdecydowanie warta uwagi, choć filmy Kitano można poszukać w lepszych wydaniach.

Mała uwaga jeszcze dot. „Tokyo Bullet”. Otóż pierwszy box ma niedobrze wykonany obraz widescreen, gdyż jest to widescreen, lecz w letterboxie, tzn. nie dość, że na górze i dole są czarne pasy, to pojawiają się one także po bokach (wynikiem czego górny i dolny są większe aniżeli powinny). Problem ten nie występuje jednak we wszystkich odtwarzaczach.

-----------------SCORE – słów kilka o filmie-------------------

Skoro już wspomniałem o wydaniach „Tokyo Bullet Triple Pack”, to nie wypada nie napisać kilku słów o „Score”.

 Tytuł: Score
Reżyseria: Atsushi Muroga

Japonia, 1995

Jest to bardzo szybkie, naładowane scenami akcji kino. Jak pisałem widać nawiązania do filmów Johna Woo, za inspirację szczególnie posłużył „Uciekający cel” z Jean-Cleude'm Van Damme'm w roli głównej. Sceny strzelania z kuszy czy moment strzelaniny w opuszczonej fabryce są niemal kalkami podobnych scen ze wspomnianego filmu Chińczyka. Fabuła jest, jak można przypuszczać, bardzo prosta. Wpływowy gangster zmusza pewnego mężczyznę (Atsushi Muroga) do poprowadzenia napadu. Odbiór łupu ma nastąpić w starej, opuszczonej fabryce. Niestety, jeden z członków próbuje zabrać pieniądze dla siebie, ludzie wpływowego gangstera interweniują, a w środku zamieszania pojawia się dwójka złodziei.

Umieszczenie bohaterów w rozpadającej się budowli pozwoliło twórcom na zaoszczędzenie pieniędzy. Dzięki temu, niewielki budżet został przeznaczony niemal wyłącznie na sceny akcji. Wszyscy miłośnicy tego typu kina powinni więc być usatysfakcjonowani. Reszta nie znajdzie tutaj nic dla siebie.

Traumstadt, RFN, 1973


TRAUMSTADT
TRAUMSTADT
TRAUMSTADT
TRAUMSTADT


Niespełniony, niegdyś odnoszący sukcesy, dzisiaj bezskutecznie poszukujący natchnienia artysta, zaczyna mieć dość życia w wielkim mieście. Jego odrzucenie industrialnych przestrzeni nie jest nagłe ani gwałtowne, powoli jednak wyłania się na powierzchnię jego umysłu. Małżeństwo zaś, którego jest częścią, powierzchownie wydaje się być udane. Na jego obrazie jednak również pojawiają się rysy w postaci zanikającej komunikacji między małżonkami. Wtedy pojawia się nieznajomy, który twierdzi, iż przysłał go dawny znajomy artysty. Ów zaś artysta, wraz z żoną, dostają zaproszenie do (wy)kreowanej przez dawnego znajomego utopii, składającej się z samych ludzi o skłonnościach artystycznych. W tym mieście snów każdy może robić, na co ma tylko ochotę, a że ludzie zebrali się tam ekscentryczni, to ich zachcianki również do zwyczajnych nie należą.

Film Schaafa jest uważany dzisiaj za dzieło kultowe, na pewno w uzyskaniu tego statusu pomógł fakt bardzo ograniczonego dostępu do omawianej produkcji. Emitowany na kilku festiwalach oraz w niemieckiej telewizji nigdy nie został wydany na żadnym nośniku*. Spotkałem się nawet z określeniem go jako „kultowego wśród filmów kultowych”. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że coraz więcej podobnych mu produkcji zostaje wydanych na Blu-ray i/lub DVD, los ten może spotkać także „Traumstadt”, na co mam nadzieję. A jakie produkcje są mu podobne? Trudno wskazać na film (a wskazuję tylko z powodu faktu, iż nie jestem w stanie umieścić tutaj żadnego zwiastuna, a chcę nakreślić panujący nastrój), który miałby najwięcej wspólnego z produkcją Johannesa, lecz na myśl nasuwają się produkcje Fernando Arrabala („Viva la muerte!” (Long Live Death!), „Drzewo guernici”), Shinji Aoyamy („Saraba hakobune” [Farewell to the Arc]), Alejandro Jodorowsky'ego („El Topo”, „Święta góra”) czy Andrzeja Żuławskiego („Trzecia część nocy”, „Diabeł”). W momencie, gdy ominiemy już nieprzyjazne tereny, które oddzielają nasz świat od tytułowego miasta, znajdujemy się bowiem w surrealistycznym otoczeniu, gdzie niczego nie można być pewnym. W utopii, która, jak każda utopia wcielona w życie, staje się antyutopią. Pełną kłamstw, anarchii, ukrytych, obscenicznych praw i zaczynającego dominować szaleństwa.

Na początku wydaje się, iż dostajemy się do raju pełnego wolności. Nie potrzeba nam pieniędzy, możemy mieszkać, gdzie chcemy. Oczywiście, już wtedy widzimy, iż poszczególni mieszkańcy nie należą do osób zbyt stabilnych psychicznie, a architektura jest dość stara i monotonna, lecz nie zapominajmy, że jest to kraina artystyczna. Pierwszym, co się nasuwa na myśl w tej chwili, to kwestia istoty kreacji dzieła. Skoro wszyscy są artystami, którzy tworzą wewnątrz własnej, zamkniętej społeczności, bez możliwości dalszej ekspozycji swej sztuki, po co dalej tworzyć? Czy jest sens produkowania sztuki, która nie ma żadnego innego celu, poza tym, że zostanie wyprodukowana? Po chwili jednak zaczyna się ujawniać fakt, że ekspresja poszczególnych postaci jest dotykającym ich wszystkich szaleństwem, wywodzącym się z różnych źródeł, najsilniej zaś z frustracji i poczucia niespełnienia.

Nasz artysta, oscyluje między akceptacją a odrzuceniem zastanego świata nie mogąc się w nim do końca odnaleźć, lecz równocześnie przyciągany przez liczne jego elementy, nadto młodą dziewczynę, która staje się jego obsesją. Żona artysty pierwsza reaguje gwałtownym odrzuceniem miasta, tak samo, jak gwałtownie je zaakceptowała. Jej los stanie się w końcu jednym z momentów rozbicia resztek iluzji doskonałości, otaczającej bohaterów. Potem wszystko stanie się jedną podróżą w otchłań.

Zdecydowanie kreacja świata, pomysłowa, odważna, nierzadko zapadająca w pamięć, stanowi największą siłę filmu. Znajdują się w nim przynajmniej trzy sekwencje, które wywołają bardzo pozytywne wrażenie w każdym, kto przepada za tego typu eksperymentalno-surrealistycznym kinem. Jest to czynnik, który sprawia, iż „Traumstadt” zdecydowanie warto obejrzeć, nawet mimo jego widocznych wad. Największą z nich jest brak zdecydowania twórcy, który od psychologicznej wyprawy, przechodzi w tematykę antyutopijną, a potem próbuje zahaczyć o problem kondycji artysty, a nawet wplata wątki religijne. Prowadzi to do osłabienia ostatecznego przekazu, który dodatkowo staje się niemal tak niejasny, jak motywacje poszczególnych postaci. Czy oglądamy fantazmat umysłu bohatera, który tworzy sobie swój własny świat fantazji niczym bohaterowie „Zagubionej autostrady” i „Inland Empire” Davida Lyncha, czy też mamy do czynienia z próbą komentarza (nie)możliwości stworzenia realnie istniejącej utopii? Wydaje się, że Schaaf sam zbytnio zapędził się w swoją wizję i zaczął się gubić w ilości zaproponowanych przez siebie ekscentryzmów. To one w gruncie rzeczy przesuwają film w stronę interpretacji, sugerującej fantazmatyczny wymiar miasta snów, bez konieczności ustanawiania go w rzeczywistej przestrzeni.

Oczywiście wnioski, jakie wypływają z produkcji są znane i, tym samym, mało zaskakujące. Utopia nie ma racji bytu i zawsze staje się antyutopią, fantazja nie daje uwolnienia od uścisku Realnego i nie prowadzi do spełnienia. Trauma zawsze się wyłania i zmusza do pokonania siebie niszcząc lub zniekształcając iluzję, a próby jej ominięcia i/lub wyciszenia nie prowadzą do unicestwienia tejże traumy, ich wynik jest bowiem odwrotny. Ucieczka od problemu utrzymuje problem w mocy, stawienie mu czoła może go mocy pozbawić. Jak często więc bywa, o sile filmu nie tyle stanowi jego przesłanie, co sposób jego prezentacji. A ten w „Traumstadt” jest wystarczająco intrygujący by wybaczyć mu wiele jego niedoskonałości i, najzwyczajniej, z przyjemnością śledzić przesuwające się na ekranie obrazy.

Ostatecznie więc obraz Johannesa Schaafa jest zdecydowanie wart uwagi i znalezienia. Mimo że nieco rozczarowuje swoim niezdecydowaniem i lekkim zagubieniem, to stanowi ciekawą wizję. Szczególnie pod względem wizualnym. Sądzę, że po tym opisie filmu każdy, kto powinien go obejrzeć czuje, że jest to produkcja dla niej/niego. Z pewnością pozostali mogą napotkać opór w próbie czerpania radości z przebywania w mieście snów.


Tytuł: Traumstadt
Tytuł anglojęzyczny: Dream City

Reżyseria: Johannes Schaaf
RFN, 1973 
--------------------------------------------
*Pozwolę sobie tutaj na małą dygresję. Przez długi czas podobny los dzielił inny kultowy film, mianowicie „Herostratus” Dona Levy'ego (1967). W tym roku, po raz pierwszy, Brytyjski Instytut  Filmowy (BFI) wydał go na podwójnym Blu-ray (obejmującym wersje widescreen i letterbox) wraz ze wszystkimi krótkometrażowymi filmami Levy'ego oraz estetycznym bookletem zawierającym sporo informacji o filmie i jego autorze. Jak się można domyślać, zakup mocno polecam.

poniedziałek, 28 marca 2011

Bian cheng san xia (Magnificent Trio), 1966 / Shi san tai bao (The Heroic Ones), 1970 - reż. Chang Cheh

Ostatnio poczułem chęć ponownego sięgnięcia po kinematografię z Honkongu oraz, co za tym idzie, z Chin. Mówiąc wprost, oznacza to głównie uświadczenie kolejnych pojedynków kung fu i/lub potyczek triad. Pierwszymi filmami, jakie obejrzałem w ramach powrotu w te rejony są:



Bian cheng san xia
Magnificent Trio
reż. Cheh Chang
Hongkong, 1966

Pamiętam, że onegdaj natknąłem się na wzmiankę o tej produkcji w niemal zapomnianym przeze mnie dokumencie przedstawiającym rozwój chińskiej kinematografii. Wbiła mi się za to do głowy scena, w której mistrz kung fu wręcza wybrance swego serca biały kwiatek. Prędzej czy później musiałem więc ów film obejrzeć.

Pod wieloma względami jest to produkcja, która faktycznie wyróżnia się z setek filmów kung fu, lecz w dalszym ciągu pozostaje w ramach swojego nurtu i osobom, które nie przepadają za tego typu kinem po prostu się nie spodoba. Trzeba jej jednak oddać sprawiedliwość i przyznać, iż nie jest to obraz, który stanowi jedynie niedorobiony pretekst do pokazania kilku scen walk. Dodać należy, iż obraz jest ważny dla samego gatunku, ponieważ dochodzi w nim do poważnej zmiany. Do tej pory gwiazdami i bohater(k)ami kina spod znaku kung fu były kobiety. Chang postanawia zmienić ten stan rzeczy i wprowadza bohaterów męskich, których prezentuje jako wielkich wojowników już w samej czołówce.

Niestety, już sam tytuł i wspomniana czołówka stają się pod pewnym względem wadą. Dzieje się tak w odniesieniu do fabuły, która niemal do połowy nie daje jednoznacznej odpowiedzi czy jeden z głównych bohaterów stanie po stronie zła (która to strona jest jego punktem wyjściowym), czy też dobra. Niestety, czołówka, w której trzech wojowników oswobadza uciśnionych chłopów, oraz sam tytuł, sprawiają, że każdy, kto potrafi liczyć do trzech, po kilkunastu minutach, gdy wszystkie postaci zostaną już wprowadzone, nie będzie miał żadnych wątpliwości, kto należy do tytułowego trio. W ten sposób jeden z największych fabularnych plusów zostaje utracony. A poza nim nie dzieje się tutaj nazbyt wiele.

Pojawiają się za to, oczywiście, wątki romantyczne. Właściwie to każdy z bohaterów rozwija własny, acz pierwszy i zarazem najważniejszy, dotyczący syna poległego na polu bitwy generała, pozostaje bez jasnej odpowiedzi czy to naprawdę była relacja miłosna. O tym jednak za moment. Wspomniany wcześniej wojownik, który startuje po stronie zła już od początku obrazu znajduje się w silnym związku z kobietą. Niestety zmiana stron konfliktu, jakiej dokonuje, ściąga na jego partnerkę śmierć. Przyjaciel z pola bitwy pierwszego herosa, zakochuje się tymczasem z wzajemnością we wdowie z wioski, którą trio broni. Co ciekawe, mamy tutaj odstępstwo od zwyczajowego zaprezentowania rozwoju uczuciowego w ramach schematu kina kung fu. Otóż zwykle kobieta mówi „twoje kung fu jest wspaniałe! Kocham cię!”, tutaj zaś to romantyczna i delikatna strona odpowiada za rozwój związku. Cheh nie odcina się jednak o fascynacji siłą kochanka, gdyż to początkowo dzięki niej jakakolwiek relacja ma szansę na ukształtowanie, wstępnie jako wdzięczność za uratowanie życia. Po raz kolejny jednak, ciężki los wojownika za słuszną sprawę, sprawia, iż miłość nie ma szans na przetrwanie.

Główny wątek skupia się na walce tytułowych bohaterów z urzędnikiem państwowym, który nie dość, że wyzyskuje biednych, to jeszcze jest skorumpowany, kłamliwy i nie cofa się przed zabójstwami. W centrum wydarzeń znajduje się także jego doradca, który to potrafi odnaleźć się w każdej sytuacji i to on faktycznie decyduje o wszystkich niemal poczynaniach swego przełożonego. Córka głównego negatywnego charakteru, początkowo zakładniczka wieśniaków, sprzewciwia się jednak swemu ojcu i pomoże synowi generała, który podczas przełomowych scen filmu stanie się ofiarą kłamstw swego rywala. Nie jest przy tym do końca jasne, czy robi to z powodu niedookreślonego uczucia odczuwanego w stosunku do syna generała, z powodu współczucia wieśniakom, które objawia się w kilku scenach w pierwszej połowie filmu, czy też z powodu, jak sama twierdzi, chęci czynienia sprawiedliwości, nawet jeśli oznacza ona działanie na szkodę ojcu.

Klasycznie więc w kinie wuxia, politycy są przedstawieni jako wyzyskiwacze, lecz, równie klasycznie, zawsze znajduje się się jakiś Inny, który sprawuje nad wszystkim pieczę. Tak tek jest i w tej produkcji, kiedy w końcu pojawia się ów Inny i przywraca porządek. Ostatecznie więc, Cheh sugeruje swym widzom, że zło faktycznie się dzieje, ale takie jest przeznaczenie, któremu nie ma sensu się sprzeciwiać, należy je zaakceptować, tym bardziej, iż na koniec zawsze pojawi się siła, która przywróci sprawiedliwość.

Gorszym pod względem fabularnym, acz lepszym jeśli chodzi o choreografię scen walki jest inny film Chang Cheha, mianowicie:

 
Shi san tai bao
The Heroic Ones
reż. Chang Cheh
Hongkong, 1970

Temu obrazowi nie będę poświęcał wiele czasu. Fabuła skupia się na machinacjach, spiskach i wewnętrznych walkach o władzę, ponownie więc polityka i próby uzyskania wyższego statusu społecznego są źródłem wszelkiego zła, szczególnie w połączeniu z ludzką pychą. Wszystkie polityczne chęci osiągnięcia celu za pomocą niewybrednych metod prowadzą jednak, przewidywalnie zważywszy na gatunek filmu, do kolejnych rozwiązań siłowych. Film jest wręcz nimi nafaszerowany, są to długie starcia, w których jeden lub kilku bohaterów stawia/ją czoła hordom wrogów. W pewnym momencie obraz przez to staje się niemal nużący, lecz Cheh oferuje widzom sprawny kontrapunkt, gdy jedną z postaci spotyka zaskakujący los. Jest to najbardziej zapadający w pamięc moment, można nawet pokusić się o stwierdzenie, że film istnieje dla tej właśnie sceny, która dokonuje transpozycji fabularnej. Wspomnę jeszcze, że tutaj również pojawia się wątek miłosny, lecz znika on zanim ma szansę się rozwinąć. Gdy wydaje się, że właśnie następuje moment zbliżenia, okazuje się, że dziewczyna, do której przychodzi 13. generał zginęła podczas walk, które nawet nie były pokazane w kadrze, tym bardziej więc miłość staje się tragicznym niespełnieniem. Ostatecznie jednak, mimo prób zbudowania interesującej fabuły, gdyby z produkcji usunąć sceny walk, nie wyróżniałaby się niczym szczególnym i pewnie nikogo by nie zainteresowała.

W obu filmach nacisk położony jest na przeznaczenie, które odgrywa najważniejszą rolę w życiu człowieka i nie ma sensu mu się przeciwstawiać. A jeśli ruszamy do walki, to tylko dlatego, że tak chciał los. Wszystko jest zdecydowane, jesteśmy marionetkami, które odgrywają swoje role.

Niedługo krótkie opisy następnych dwóch filmów. Postaram się w ten sposób zrobić ograniczony szkic produkcji z Hongkongu i, mniej, z Chin. W najbliższym czasie zdominują je produkcje ze studia braci Shaw.

Poniżej zwiastun Magnificent Trio oraz scena walki z The Heroic Ones:



czwartek, 27 stycznia 2011

Akmareul boattda / Widziałem diabła, 2010

Tytuł oryginalny: Akmareul boattda
Tytuł anglojęzyczny: I Saw the Devil
Tytuł polski: Widziałem diabła

Reżyseria: Ji-woon Kim
Kraj: Korea Płd.
Rok: 2010
Występują: Byung-hun Lee, Choi-min Sik


Ji-woon Kim jest reżyserem, którego obejrzane przeze mnie filmy są bardzo dobre, lecz równocześnie każdemu z nich doskwierają pewne wady, nieumożliwiające pojawieniu się całkowitego zachwytu po seansie. W Polsce do tej pory ukazały się, jeśli dobrze pamiętam, 3 jego produkcje. Słodko-gorzkie życie osadzone w realiach świata gangsterów, opowiadające o jednym z nich, walczącym o życie po wydaniu na niego wyroku śmierci. Opowieść o dwóch siostrach, w której poznajemy tajemnicę skrywaną przez tajemniczy dom i umysł tytułowych sióstr w konwencji azjatyckiej ghost story. Dobry, zły i zakręcony to natomiast luźna wariacja na temat słynnego filmu Sergio Leone. Warto jeszcze odnaleźć, niewydaną w Polsce, Cichą rodzinkę, której bardzo udany remake swego czasu wykonał Takashi Miike. Najnowszym obrazem zmiennego Koreańczyka jest kino zemsty, w którym głównymi bohaterami są mszczący się tajny agent oraz seryjny morderca. Już na wstępie warto zwrócić uwagę, że Kim przy okazji tej opowieści sięgnął po dość ekstremalne środki wyrazu, przez co emisji filmu niemal (patrz komentarze) zakazano w jego ojczyźnie.

Widziałem diabła już na samym początku atakuje ponurą atmosferą samotności. Noc, pusta ulica, delikatne opady śniegu i sunący w tym nieprzyjaznym, choć estetycznym wizualnie, otoczeniu samochód. Dziewczynę, która nim jedzie spotyka pech, pojazd się psuje.  Pomoc jej oferuje tajemniczy nieznajomy, kobieta zostaje jednak pouczona przez ukochanego, z którym rozmawia przez telefon, żeby spokojnie zaczekać na pomoc drogową i nie ufać obcemu. Niestety, ów obcy jest psychopatą, który gwałci, zabija, często ćwiartuje młode dziewczyny. Jego atak jest agresywny i skuteczny, lecz jest on jedynie preludium okropności, jakie przypadną kobiecie w udziale.

Od razu rzuca się w oczy w kreacji mordercy jego brak sumienia, swoista, paradoksalna, niewinność. Mamy przed sobą człowieka, który nie widzi nic złego w brutalnym zabijaniu, więc, wg niego, nie czyni on żadnego zła. Lub czyni czyste zło, nieskażone wyrzutami sumienia czy kalkulacją, zło, w gruncie rzeczy, właśnie diabelskie. Przy okazji jego sposób bycia łamie większość kreacji dotyczących psychopatycznym morderców, które charakteryzują zachodnie kino, przy czym miłośnicy koreańskich produkcji tym aspektem akurat nie powinni być nazbyt zaskoczeni.

Jego przeciwnikiem zostaje narzeczony zamordowanej dziewczyny, który pracuje w tajnych specjalnych i ma przez to dostęp do broni oraz kilku przydatnych nowinek technicznych. Co więcej, ojciec dziewczyny jest emerytowanym policjantem, który wciąż ma kontakt ze znajomymi wykonującymi zawód, co również pomaga w zlokalizowaniu zabójcy. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że film opowiada historię znalezienia mordercy i jego zabicia, tudzież „ostatecznej konfrontacji”. Właściwa fabuła rozpoczyna się w momencie, gdy morderca zostaje odnaleziony przez zdesperowanego mężczyznę, przez niego pobity i... wypuszczony na wolność z nadajnikiem i podsłuchem schowanym w jego ciele. Zemsta, bowiem ma polegać na tym, że psychopata nie zna teraz ani dnia ani godziny. Zawsze, kiedy na powrót zechce wrócić do swych krwawych zwyczajów pojawia się jego wróg, który na nowo go okalecza.

Mimo że morderca jest osobą bardzo sprytną i sprawną fizycznie (podczas filmu będzie zabijał również inne osoby, w tym innych morderców), to wytrenowany agent jest od niego silniejszy. Jednakowoż pewność siebie żądnego zemsty mężczyzny okazuje się nazbyt wielka, gdyż psychopata również nie jest osobą, którą należy niedoceniać. Obraz więc skupia się na pełnej przemocy rywalizacji dwóch pozbawionych skrupułów osób. Całości ponurego obrazu świata dopełnia fakt, iż na swej drodze napotykają inne, skrzywione postaci, które często same również czują ogromne zamiłowanie do dość krwawego uśmiercania ofiar.

Jak można przypuszczać, zarówno po tytule, jak i po opisie fabuły, produkcja opowiada o zmianie ofiary w kata. Człowiek, który chciał pokonać mordercę, sam staje się osobą czerpiącą przyjemność z sadystycznej zabawy (z) ofiarą. Gdzie kończy się człowieczeństwo, a gdzie pojawia się diabeł? Na to pytanie nie ma jasnej odpowiedzi, lecz Ji-woon Kim robi co może, aby pojawienia się diabła zapadały w pamięć. Niestety ponadto film fabularnie nie oferuje nic. Ciekawe potraktowanie wielokrotnie poruszanego motywu to jednak za mało by uznać obraz za wyjątkowy. Co więcej, w pewnym momencie Kim zaczyna przesadzać z igraszkami własnymi z widzem. Pod koniec, kilka razy zdaje się zbliżać do kulminacji historii, tylko po to by rozbuchać ją na nowo. Na szczęście za każdym razem udaje mu się widza zająć swoją opowieścią, choć prócz wartości formalnych nie przedstawia ona już żadnych innych.

Film skupia się na przedstawieniu klasycznego uwierzenia przez postać w Symboliczno-Wyobrażeniowe, i zepchnięcia świadomości o odkształceniu Realnego, które w nich następuje. W dalszym planie ewokuje również próbę zetknięcia ze spojrzeniem widza, który jest wystawiony na przesadną brutalność i ambiwalentną moralnie działalność jednego z bohaterów. Co więcej, w trakcie trwania obrazu nader często odczuwa się sympatię do osaczonego psychopaty, a niechęć w stosunku do zbyt pewnego siebie mężczyzny go ścigającego. Ostatecznie jednak obaj nie są postaciami, którym warto kibicować. Można jednak zadać sobie pytanie: kto wzbudza we mnie większą sympatię i dlaczego? Oraz jak to o mnie świadczy?

Również wizualna nadwyżka próbuje z jednej strony niepokoić widza, aby nie był biernym obserwatorem wydarzeń, a z drugiej stykać go z mgnieniem rozkoszy, którą czerpać mają z niej postaci w filmie. Przez to obraz wzbudza w widzu uczucie dyskomfortu, stykając go z nieprzyjemnymi obrazami, które wplecione w fabułę są przecież również źródłem przyjemności dla widza. Ostatecznie jednak produkcja pokazuje, że dostępu do rozkoszy tak naprawdę nie ma. Co jest najlepiej widoczne w scenie zamykającej film.

Niestety wszystko to nie jest niczym nowatorskim, w dodatku ograniczone jest to jednej myśli, co sprawia, iż jest to obraz intrygujący, lecz nazbyt powierzchowny. Fabularne braki są doskonale rekompensowane przez doskonałą stronę techniczną filmu, po której na pierwszy rzut oka rozpoznany koreańską rękę. Również aktorzy, czyli znany, również polskim widzom, Choi-min Sik (Oldboy, Pani Zemsta), jak i Byung-hun Lee (Słodko-gorzkie życie, G.I.Joe: Czas kobry), prezentują się wyśmienicie i nie sposób im niczego zarzucić.

Mimo iż gdy obejrzałem zwiastun miałem przekonanie, że Kim stworzył właśnie swój najlepszy film, to jednak okazało się ono mylące. Technicznie faktycznie jest lepiej niż w poprzednich obrazach, może za wyjątkiem Dobrego, złego i zakręconego, natomiast fabularnie ustępuje on jednak miejsca tajemniczości i traumie bohaterek Opowieści o dwóch siostrach. Nadal więc Joon-ho Bong piastuje pierwsze miejsce w mojej prywatnej liście ulubionych współczesnych koreańskich twórców filmowych.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Tropico de sangre - 2010

Po uświadomieniu sobie, iż liczba filmów pochodzących z 2010 roku, a obejrzanych przeze mnie zamyka się w ilości sześciu produkcji, postanowiłem nadrobić zaległości ubiegłoroczne, jak i z roku 2009.

Tytuł oryginalny: Tropico de sangreTytuł anglojęzyczny: Rains of Injustice
Tytuł polski: brak (tłum. z hiszpańskiego: Zwrotnik krwi)

Reżyseria: Juan Delancer
Kraj: Republika Dominikany, USA
Rok: 2010
W rolach głównych: Michelle Rodriguez, Cesar Evora, Juan Fernandez

Tropico de sangre jest filmem biograficznym opartym na życiu Minervy Mirabal, która stawiła czoła dyktaturze rządów Trujillo w Republice Dominikany. Jest ona symbolem zarówno nieugiętej walki z opresją systemu, jak i twardej postawy kobiecej w ogóle, niepozbawioną delikatniejszej strony. Minerva jest więc postacią zdecydowanie interesującą i z pewnością warto poświęcić jej udaną produkcję, która by spopularyzowała lub zmitologizowała jej postać, lub przynajmniej pełniła funkcje hołdu. Dodatkowo na pozytywny efekt finalny powinno wpłynąć okoliczność, w jakich żyła. Czasy dyktatury, strach na ulicach, przemoc, tortury w więzieniach, zabójstwa na tle politycznym etc. są w ówczesnym świecie codziennością, doskonale powinno to więc wspomóc nastrój obrazu.

Niestety, twórcom Tropico de sangre zabrakło niemal wszelkich umiejętności potrzebnych do prezentacji takiego tematu. Nie chcę tym samym stwierdzić, że film jest całkowicie nieudany, jednakże walory, jakie są go charakteryzują są nadzwyczaj skromne. Początkowo zdaje się, że wszystko jest na swoim miejscu, paradokumentalne wprowadzenie, zaprezentowanie młodej Minervy, która jeszcze jest naiwną dziewczyną, strajk i zamieszki na ulicach, przybycie policji. W tym momencie jednak pojawia się zgrzyt, aktorzy grają niezwykle nienaturalnie, zdjęcia i montaż sugerują raczej telenowelę, aniżeli poważny dramat biograficzny. Twórcy na siłę próbują zszokować widza kolejnymi brutalnymi postaciami i wydarzeniami, lecz nijak nie potrafią ich zaprezentować, aby przejęły widza ich okrucieństwem. Kolejni agresywni poplecznicy dyktatora są wrzucani chaotycznie. Poprzedza ich introdukcje jedynie informacja o ich braku litości i zapędach do stosowania przemocy. Stają się oni jednak tylko papierowymi postaciami, które pojawiają się znikąd i w nicości giną, często bez wyraźnego związku z główną osią fabularną. Zdecydowanie scenariusz jest nieprzemyślany pod kątem relacji przyczynowo-skutkowych. Można bowiem zrozumieć, że twórcy chcieli pokazać jak najwięcej, lecz dobrze byłoby gdyby wszystko wypływało z wydarzeń, które oglądamy, a nie zostało umieszczone na zasadzie losowego unaoczniania kolejnych zbrodni systemu. Jedyna wartość, jaka płynie ze scenariusza to możliwość poznania pewnych faktów historycznych dotyczących Dominikany.

Również przemoc na ekranie, czy choć duszny nastrój czasów inwigilacji i okrucieństwa są niemal nieobecne. Twórcom brakuje zarówno odwagi, jak i chęci do eksperymentowania tak z zawartością wizualną produkcji, jak i fabularną.

Słowa krytyki należą się, z pośród aktorów, najbardziej Juanowi Fernandezowi, który w swej roli dyktatora jest zatrważająco wręcz nieprzekonywujący. Nie ma w jego postaci ani krzty siły, trudno uwierzyć, że taka nijaka osoba może budzić jakiekolwiek przerażenie. Zaskakująco dobrze wypadł natomiast Cesar Evora w roli osoby, która bezpośrednio zakończy krwawe rządy Trujillo. Jego kreacja jest, co prawda raczej rzemiosłem, lecz weteran telenowel wyróżnia się na tle niewyraźnej masy innych aktorów. Główną rolę zaś powierzono, nie bez pewnych kontrowersji w Dominikanie, Michelle Rodriguez (również producentce filmu), która może znów pokazać, co czyni zdecydowanie za rzadko, że potrafi coś więcej aniżeli tylko robienie złych min i bieganie ze spluwą. Choć i tutaj broń w jej ręku się (oczywiście?) pojawi. Jak można się domyślać, to właśnie na Rodriguez spoczywa główny ciężar filmu, musi ona wyraźnie pokazać metamorfozę z przepełnionej ideałami dziewczyny, potem rzetelnej studentki w zakochaną kobietę i twardą przeciwniczkę Trujillo (która ściąga na siebie gniew odmawiając uprawniania z nim seksu), biorącą bezpośredni udział w działalności podziemnej organizacji próbującej go zdyskredytować. O ile Michelle ze swego obowiązku wywiązuje dobrze, szczególnie w sytuacjach wymagających pokazania frustracji i gniewu, będąc jednym z nielicznym plusów filmu, o tyle sposób, w jaki potraktowano Mirabal jest dość telenowelowy. Przez większość czasu jej poświęconemu obserwujemy jej życie prywatne, rodzinę, miłość, jedynie pojawiające się od czasu do czasu problemy na studiach, niemożność wykonywania zawodu i spotkanie z Trujillo, z którego nic nie wynika są dowodem, że gdzieś tam w tle istnieje straszna dyktatura. Tylko, że jest ona nazbyt daleko, nawet nie tyle od bohaterów, co można zrozumieć, jeśli film próbuje zachować rzetelność względem historii, to od widza. Umieszczane, co jakiś czas sceny różnych oblicz terroru są, jak wspominałem, przez większą część filmu, jedynym, co przypomina nam o rządach tyrana, a zarówno on, jak i owe sceny są bardzo źle wykonane. Często problemy, jakie napotyka bohaterka nie wyglądają na zbyt odmienne od zwykłych problemów codziennego życia, niespowodowanych totalitarnym rządem. Zresztą sama jej walka ogranicza się w filmie do kilku sekretnych spotkań i jednorazowego rozrzucenia ulotek. Babranie się w jej życiu miłosnym zajmuje zbyt dużo czasu względem okresu, w którym walczy z tyranią, a który wg zapowiedzi jest głównym tematem obrazu.

Dzieje się tak niemal aż do finalnych scen, gdzie wreszcie jesteśmy w stanie poczuć grozę z jaką musi zetknąć się Minera. Są to sceny jej śmierci, kiedy ginie w nienazwanej łące, pobita na śmierć przez ludzi Trujillo. Jest to jedyna scena, która ma w sobie dość silny ładunek emocjonalny, powodując, że widz w końcu może szanować Minerwę, która poświęciła, choć nie do końca świadomie, swoje życie w walce za słuszną sprawę. Wzbudza ona pewną dozę smutku i nastroju ostatecznego bezsensu jej zmagań, gdyż z filmu w żaden sposób nie wynika, aby jej osoba odegrała jakąkolwiek rolę w upadku Trujillo. Nie wiem czy tak było naprawdę, lecz jeśli tak, to musiało być więcej osób w Dominikanie, którzy nie poddawali się dyktaturze i przez to zginęli. Produkcja nie tłumaczy w żaden sposób, na czym polega wyjątkowość Minerwy. Następujące po jej śmierci sceny, w których obserwujemy koniec życia Trujillo, gwałtownie następujący z ręki swojego podwładnego, któremu niegdyś zabił brata, spełniają funkcję katharsis, pokazując, że dyktatura musi upaść, a wolność nadejść.

Ostatecznie powstał więc film mocno rozczarowujący, w którym wszechobecna groza totalitarnej dyktatury ogranicza się do tortur porażaczem prądu, kilku zabójstw pod koniec filmu, kilku uderzeń więźniów, pobicia taksówkarza przez śmiesznie wyglądających szpicli wyjętych z niskobudżetowego kryminału oraz kilku agresywniejszych działań policji. Mało duszny nastrój, zbytnie oderwanie wielu scen z życia Minervy od dyktatury, chaotyczne umieszczanie kolejnych postaci i wydarzeń zostają jedynie w małym stopniu odkupione przyzwoitym finałem oraz grą Michelle Rodriguez, a także, w mniejszym stopniu, Casara Evory. Zamiast intensywnego strachu o przyszłość bohaterów, widz z pewnym znużeniem ogląda kolejne sceny, które nie są w stanie wzbudzić w nim niemal żadnych emocji.

Słowem zakończenia wyrażam nadzieję, że w przyszłości powstanie produkcja, która streści czasy młodości Minervy w krótszym czasie i przekaże otaczającą ją rzeczywistość pełną strachu i przemocy w sposób niepokojący i przejmujący.

Poniżej znajduje się, o wiele lepszy niż sam film, zwiastun:

czwartek, 6 stycznia 2011

"Frustracje japońskiego społeczeństwa a film fabularny - kino eksploatacji i nuberu bagu" w Lublinie

10-11 stycznia 2011 roku w Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie odbędą się Dni Japonii. Drugiego dnia w godzinach porannych do ok. godz. 13.15 będą miały miejsce prelekcje, podczas których pojawię się prezentując prelekcję pt. Frustracje japońskiego społeczeństwa a film fabularny - kino eksploatacji i nuberu bagu.

Pełny program Dni Japonii znajduje się tutaj:
http://www.umcs.lublin.pl/news.php?nid=3850

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Najważniejsze to kochać - 1975 / Gładka skóra - 1964




Najważniejsze to kochać jest pierwszym filmem Andrzeja Żuławskiego, zrealizowanym poza Polską. Pod wieloma względami swoją nadwyżkową formą wzbudza skojarzenia z poprzednimi obrazami reżysera, jednak jest zdecydowanie bardziej realistyczny i zdecydowanie mniej pesymistyczny. Przez niemal cały film zdaje się, jakoby Żuławski snuł opowieść o niemożliwości zrealizowania pragnienia, o niedostępności bohaterów do rozkoszy w świecie, gdzie protagoniści produkcji stykają się z rozkoszą po wielokroć.

Główny bohater – fotograf, który zmuszony jest fotografować orgie seksualne zakochuje się w aktorce, która zmuszona jest grać w filmach erotycznych. Ona sama zaś znajduje się w dysfunkcyjnym związku małżeńskim. W trakcie trwania filmu bohaterowie zbliżają się do siebie, jednakże obraz nie pozwala im na ostateczne zbliżenie, pokazując, iż obiekt przyczyna pragnienia jest niedostępny. Związek jaki chcą stworzyć nie ma opierać się (tylko) na popędzie seksualnym, czego potwierdzeniem jest fakt możliwości spełnienia czysto seksualnego, jaki pojawiają się wiele razy. Oczywiście sama osoba kobiety czy mężczyzny nie są przyczyną pragnienia tylko obiektem, który ma otworzyć do rozkoszy/przyczyny dostęp. Szczęśliwy związek płciowy jest jednak niemożliwy, a obiekt przyczyna pragnienia istnieje tylko, gdy jest niedostępny. Wydaje się więc, iż film Żuławskiego jest klasycznym przykładem filmu, w którym rozkosz nie zostanie osiągnięta. Żuławski jednak zdaje się zapominać, że rozkosz ma korzenie masochistyczne i czerpana jest z braku i dążenia do obiektu, a nie z jego posiadania.  Film buduje więc niemożliwy do ominięcia impas pragnienia, zawieszając tym samym skuteczność ideologii i negując możliwość osiągnięcia ostatecznego szczęścia przez jednostkę.

Sytuacja ta ulega zmianie w finale obrazu, w którym niemożliwe staje się możliwe. Miłość fotografa i aktorki sprawia, że udaje im się przezwyciężyć wszelkie przeciwności i dokonać ostatecznego zbliżenia, którego obietnicą jest szczęśliwy związek, czyli ich upragniona rozkosz. Film więc usadawia się, używając rozróżnienia Todda McGowana, w kinie scalenia, ustanawiając niemożliwy obiekt, a następnie pokazując jego osiągnięcie. Jest to zaskakujące, gdyż sam spodziewałem się po Żuławskim obrazu sprzeciwiającego się ideologii, zawieszającej jej skuteczność, a ostatecznie stworzył on obraz utrzymujący złudzenie możliwości zbudowania szczęścia, osiągnięcia rozkoszy w związku płciowym.

Chciałbym teraz przeciwstawić ów film z Gładką skórą w reżyserii Francois Truffaut. Zachodzi w nim odwrotna sytuacja. Początkowo zdaje się, że protagonista tworzy związek mający szanse na rozwój prowadzący do szczęścia, co więcej gdy film zmierza do końca, pojawia się nadzieja w postaci powrotu do poprzedniego związku.

Film, który umieścić należy w kinie pragnienia skupia się na mężczyźnie o wysokim statusie społecznym, posiadającym, wydawałoby się, szczęśliwą rodzinę, dobre kontakty z żoną i dzieckiem. Oczywiście jednak szczęśliwy związek płciowy jest jedynie oszustwem, które proliferować pragnie kino scalenia. W filmie Truffaut oszustwo to nie ma racji bytu.

Główny bohater wkrótce po rozpoczęciu filmu zakochuje się w stewardesie samolotu, w którym leciał. Jak się wydaje jego afekcja w jej kierunku zostaje odwzajemniona. Otrzymujemy więc klasyczny motyw zdrady i kochanki. Nie obywa się oczywiście bez problemów, przed ich omówieniem jednak warto zastanowić się gdzie leży objet petit a protagonistów obrazu francuskiego reżysera.

Mężczyzna pragnie udanego związku, umieszcza obiekt pragnienia w postaci dziewczyny, jednak jego ostatecznym obiektem przyczyną pragnienia jest, podobnie jak w obrazie Żuławskiego, szczęśliwy związek płciowy. Jednak on już taki stworzył ze swoją żoną, poszukując nowej partnerki potwierdza więc fakt braku możliwości stworzenia udanego związku, przez to również przewiduje się, iż jego drugi związek także nie może przynieść mu rozkoszy (abstrahując nawet od tego, że obiekt przyczyna pragnienia jest zawsze obiektem niemożliwym). Jedyna rozkosz to ta płynąca z prób zdobycia obiektu pragnienia, gdy wciąż odczuwa się jego brak.

Podobna sytuacja zachodzi w przypadku dziewczyny będącej jego obiektem pragnienia. Również w jej przypadku zachodzi chęć zbudowania stałego związku, powodem ich bycia ze sobą nie ma być jedynie popęd seksualny. Potwierdzają to dwie sceny. W jednej z nich dziewczyna jest podrywana przez mężczyznę na ulicy, który jest w swym zachowaniu bardzo natarczywy - z łatwością przez to możemy zinterpretować jego zachowanie jako prowadzące do niezobowiązującego zbliżenia seksualnego. Dziewczyna odrzuca gwałtownie jego zaloty, czując się przy tym upokorzona. W podobnej sytuacji znajduje się również, pod koniec filmu, żona głównego bohatera, która również gwałtownie odrzuca zaloty przypadkowo spotkanego mężczyzny. Ich zachowanie sugeruje brak chęci spełnienia podstawowej żądzy fizycznej a prób spełnienia pragnienia i odnalezienia rozkoszy w długotrwałym związku płciowym. A to wszakże jest niemożliwe. Jest to również ukazanie niemożliwości dostępu do rozkoszy, która wymyka się również innym.

W widoczny sposób wszelkie relacje damsko-męskie w filmie Truffaut (za wyjątkiem znajomych protagonisty) ulegają dezintegracji. Zarówno oba związki bohatera obrazu, jak i związki z przeszłości jego obiektu pragnienia nie przynosiły szczęścia i były skazane na porażkę. Kolejnym faktem potwierdzającym fantazmatyczny charakter związku będącego tematem filmu jest jego ukrywanie. Jeśli podmiot znajduje prawdziwą rozkosz z przebywania z nią/nim nie będzie go/jej ukrywał przed innymi, a tym samym pozbawiał siebie rozkoszy. Tym samym okazuje się, iż powodem odczuwania rozkoszy jest nie sam związek, ile pragnienie związku. Niestety zagubieni w fantazji bohaterowie nie są w stanie tego dostrzec, co prowadzi w finale do tragicznych skutków.

Film francuskiego reżysera zawiesza więc skutecznie sprawność funkcjonowania ideologii, ukazując, że nie jest ona w stanie zapewnić rozkoszy i spełnić pragnienia, oraz, że podmiot ją wyznający/w niej egzystujacy nie może odnaleźć rozkoszy. Obnaża to kłamstwo ustanawiające podmiot w roli uległego wyznawcy ideologii, który wierzy w jej zbawienną moc.


Powyższy tekst dot.:

Tytuł oryginalny: L' Important c'est d'aimer
Tytuł polski: Najważniejsze to kochać
Reżyseria: Andrzej Żuławski
Produkcja: Francja, Włochy, RFN
Rok: 1975

Tytuł oryginalny: La Peau douce
Tytuł polski: Gładka skóra
Reżyseria: Fancois Truffaut
Produkcja: Francja, Portugalia
Rok: 1964