sobota, 8 października 2011

The 7th Voyage of Sindbad, USA, 1958


Tytuł: The 7th Voyage of Sindbad
Tytuł polski: 7. podróż Sindbada

Reżyseria: Nathan Juran
USA, 1958

Nie będę się zbytnio rozwodził przy omawianiu tej produkcji. Fabuła jest ekstremalnie prosta, pretekstowa, infantylna i bazuje na stereotypowym postrzeganiu krajów arabskich i związków damsko-męskich. Sindbad i jego załoga, oszukani przez maga, muszą ruszyć na wyspę Colossa, gdzie znajduje się lekarstwo na stan księżniczki, ukochanej Sindbada. Jeśli nie zostanie ona przywrócona do normalności, Bagdad zostanie zaatakowany przez armię ojca wybranki serca tytułowego bohatera.

Historia jest tak naprawdę pretekstem do pokazywania kolejnych scen fantasy, które z kolei są zwykle, choć nie zawsze, pretekstem by pokazać efekty dynamotion. Niewątpliwie, gigantyczne cyklopy, smok i inne stwory są tutaj największym magnesem na widza, a nie jest nim rozbudowana historia czy głębokie charaktery. Na szczególną uwagę zasługuje genialna sekwencja pojedynku z Sindbada ze szkieletem. Aktor musiał nauczyć się na pamięć poszczególnych ruchów, podczas treningu z mistrzem fechtunku, następnie powtórzyć ruchy samemu, a na koniec Ray Harryhausen wkleił stworzony przez siebie szkielet do gotowego obrazu. Warto również zaznaczyć, iż jest to pierwszy kolorowy film z efektami specjalnymi dokonanymi przez Ray'a, magika techniki stop-motion. Jego też pomysłem było zwrócenie się w stronę baśni tysiąca i jednej nocy. W przeciwieństwie jednak do poprzednich obrazów inspirowanych baśniami, nie miał on zamiaru skupiać się na pseudoegzotyce odległych krajów czy półnagich gwazd(k)ach kina, lecz na efektach specjalnych. Te zaś stały się absolutną klasyką kina. Przy minimalnych środkach finansowych, Harryhausen i inni twórcy zaangażowani w film stworzyli hit, który do dzisiaj potrafi zaciekawić, archaicznymi co prawda, lecz nierzadko bardzo dobrze skonstruowanymi kreaturami.

Poza efektami nie dostajemy jednak zbyt wiele. Zapamiętać można jeszcze scenę nocnego szaleństwa na morzu, gdy demoniczny krzyk rozdziera burzliwe niebo. Dość interesująca jest także ścieżka dźwiękowa, autorstwa Bernarda Herrmanna. Nie jest to muzyka na miarę „Obywatela Kane'a” czy „Dnia, w którym zatrzymała się Ziemia”, lecz niektóre motywy są bardzo dobrze skonstruowane. Inne po prostu pasują do zbyt szybkiego filmu, który pędzi z wielką prędkością, nie mogąc się doczekać aż zaprezentuje widzom kolejny cud dynaramy.

Poniżej znajduje się, zdradzający zdecydowanie zbyt wiele, zwiastun. "7. podróż Sindbada", jak i dwa pozostałe filmy o Sindbadzie z efektami Harryhausena zostały wydane w Polsce na DVD w odrestaurowanych edycjach, znajdują się na nich dość ciekawe dodatki. Nieco o efektach specjalnych na blogu znajduje się tutaj.

czwartek, 6 października 2011

Star Trek: The Motion Picture, USA, 1979


Tytuł oryginalny: Star Trek: The Motion Picture
Tytuł polski: Star Trek

Reżyseria: Robert Wise
USA, 1979 (wersja reż. - 2001 r.)

Po dziesięciu latach od zakończenia kultowego serialu telewizyjnego, stworzonego przez Gene'a Roddenberry'ego,  pt. „Star Trek”, seria rusza w rejony pełnometrażowych filmów. Załoga statku kosmicznego U.S.S. Enterprise ponownie musi stawić czoła nieznanemu i dotrzeć tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek.

Sukces, również komercyjny, serialu „Star Trek” nadszedł z opóźnieniem. Nowatorskie pomysły, sprytnie połączone ze znanymi już wtedy elementami kina science-fiction, z czego najwięcej zaczerpnięto z „Forbidden Planet”, początkowo nie zyskały wystarczającej popularności. Trzeci sezon emitowano w gorszej godzinie nadawania niż poprzednie, a czwartego nie stworzono w ogóle. Gdy jednak zaczęto emitować serial w innych, poza macierzystym, kanałami oraz w innych krajach (przetłumaczono go na 47 różnych języków), szybko stał się on fenomenem, odnoszącym sukcesy komercyjne, jak i, pod wieloma względami, artystyczne, a także dotykał ważnych tematów społecznych i in., wywołując swego czasu nieczęste, acz silne kontrowersje.

Nic więc dziwnego, iż zdecydowano się wrócić do formuły serialu o eksploracji wszechświata. Zaczęto więc przygotowania do drugiej telewizyjnej produkcji. Odważną załogę, przygotowującą się do lotu w kosmos, zastał jednak rok 1977, a wraz z nim premiera innej kosmicznej sagi. Oto Luke Skywalker, dzierżąc w dłoniach miecz świetlny, stoczył zwycięski bój z Gwiazdą Imperium. Sukces „Star Wars” sprawił, iż porzucono plany, co do kreacji kolejnego serialu osadzonego w uniwersum „Star Treka”, a zamiast niego postanowiono stworzyć kinowy film. Tak też powstała pierwsza pełnometrażowa produkcja opatrzona tytułem „Gwiezdnej wędrówki”.

W przeciwieństwie jednak do filmu Lucasa, „Star Trek” nie posiadał konfliktu typu dobro kontra zło. W gruncie rzeczy nie posiadał żadnego konfliktu i pozbawiony był antagonizmów, mimo że początkowo rysuje się nam napięcie między admirałem Kirkiem a komandorem Deckerem. Co więcej, „Star Trek” nie posiada żadnej sceny akcji, prócz otwierających film chwil, gdy statki Klingonów zostają pokonane przez dziwną chmurę z nieznanych zakątków wszechświata. Ten brak szybkiej akcji sprawia, że mamy do czynienia z ambitniejszymi próbami zaciekawienia widza. Jak przystało na najlepsze odcinki serialu, tak i film wychodzi z problemu natury społeczno-moralnej, po czym dokonuje utrzymanego w niezbyt ciężkim tonie komentarza tegoż w konwencji science-fiction, której nie brak walorów rozrywkowych.

Dla każdego fana serialu niewątpliwie wiele pozytywnych emocji wzbudzi ponowne spotkanie z załogą, jak i statkami kosmicznymi, z Enterprise na czele. Już na samym początku mamy okazję rozpoznać budowę pojazdów klingońskich. Co więcej, zmieniono nieco fizjonomię wojowniczej rasy na tę, która teraz jest z nią ogólnie kojarzona. Kolejna zmiana to fakt, iż obcy nie mówią już po angielsku. Każda rasa posiada swój własny język. Po Klingonach, widzimy i słyszymy Vulkan. Pan Spock, jedna z najsłynniejszych postaci w historii science-fiction, pojawia się jako pierwszy z oryginalnej załogi, lecz następnie brak go przez większą część filmu, rozgrywającą się przed spotkaniem z tajemniczą chmurą. Dzięki wprowadzeniu pana Spocka, widzimy część jego ojczystej planety i rytuałów z niej pochodzących. Po chwili pojawia się okazja by oglądać siedzibę Floty Federacji Gwiezdnej, orbitujące wokół Ziemi stacje, co prowadzi nas aż do prezentacji nowego statku U.S.S. Enterprise. Postarano się także o jak najpoważniejsze potraktowanie naukowej strony produkcji, w którą zaangażowany był sam Isaac Asimov.

W trakcie zwiedzania poszczególnych lokacji, na scenę wkraczają kolejne postaci z serialu. Kapitan James T. Kirk, obecnie admirał, od długiego czasu starał się by na nowo objąć dowództwo nad statkiem kosmicznym. W końcu, w obliczu nieznanego zagrożenia, jego doświadczenie podczas pięcioletniej misji znanej z serialu, staje się decydującym czynnikiem by przywrócić go do statusu kapitana Enterprise. Nie spotyka się to z ciepłym przyjęciem obecnego kapitana, Deckera, który pod wieloma względami zna lepiej nową wersję statku, przez ostatnie 18 miesięcy mocno przebudowywanego. Następnie spotykamy Scotty'ego. Inżynier nieprzerwanie pracuje na statku i nadzoruje modyfikacje swojej największej miłości. Na mostku czekają już, również nieprzerwanie odbywający służbę na Enterprise, Uhura, Sulu oraz Chekov. Niedługo potem, na życzenie Kirka, do załogi dołącza dr McCoy, który po zakończeniu misji zrezygnował ze służby we Flocie. W obliczu próśb swego przyjaciela postanawia jednak wrócić na pokład. Siostra Chapel tymczasem stała się pełnokrwistym lekarzem. Po kilku problemach ze statkiem i osobowością Kirka skonfrontowanego ze swoją niewiedzą nt. nowej wersji statku, na pokład dociera pan Spock. Całkowicie pozbawiony emocji, chłodno obchodzi się ze swoimi przyjaciółmi z czasów służby na pokładzie statku federacji. Po zakończeniu misji, przebywał on na Vulkanie, gdzie przeszedł rytuał pozbawiający go resztek emocji i kierujący w stronę czystej logiki. Jego legendarny status sprawia, iż każdy, nawet Decker, ustępuje mu miejsca, a sam Spock wraca w trybie natychmiastowym jako aktywny członek załogi. W ten sposób rozpoczyna się kolejna misja.

Zdaję sobie sprawę, iż dość rozwlekle zaprezentowałem pierwsze sceny filmu, lecz dla fana „Star Treka”, są one niewątpliwą przyjemnością. Ponowne spotkanie oryginalnej załogi wzbudza uczucie radości we wszystkich miłośnikach Treka. A do tych, sam się zaliczam.

Fabuła skupia się na wspomnianej chmurze, w której centrum prawdopodobnie znajduje się jakiś pojazd. Co więcej, posiada ona niemal nieograniczoną moc i niszczy wszystko na swojej drodze, a jej kurs nieubłaganie kieruje ją w stronę Ziemi. Dodatkowo, jak wyczuwa pan Spock, dzięki swoim telepatycznym zdolnościom, w jej centrum brak jest jakichkolwiek emocji. Znajduje się tam tylko czysta logika, pół-Vulkanin zamierza do niej dotrzeć.

Pod wieloma względami film jest, czego nie ukrywa, wstępem do serii kinowej. Przez to, jego fabuła jest dość prosta i przypomina kolejny odcinek serialu. Oprócz głównego wątku, w tle przewija się 5 innych, z czego jeden mógł być wykorzystany na większą skalę. Postaci zaś nie są zbyt wyraziste, często ich charakterystyka opiera się na założeniu, że znamy je już z serialu, co może być uważane za wadę, jeśli ktoś go nie zna. Nie mogę niestety powiedzieć, jak na film reagują osoby nie zaznajomione z telewizyjnymi przygodami załogi. Na pewno jednak dla nich nagły chłód pana Spocka czy niektóre zachowania admirała Kirka nie są tak zaskakujące lub emocjonujące, jak dla osób, które z ciekawością sięgały po każdy kolejny odcinek serialu.

Plusem jest natomiast fakt, iż film nie szarżuje z prezentacją umiejętności postaci. Nie próbuje się nam na siłę wcisnąć członków załogi poprzez prezentację jak największej ilości ich zdolności, jakimi poznawali galaktykę przez 80 odcinków serialu. Fan jednak bez trudności odnajdzie nawiązania. Kirk nadal z łatwością potrafi przegadać i wzbudzić wątpliwości w logicznym komputerze, nadal posiada świetną intuicję oraz pewność siebie. Film za to nie pokazuje jego umiejętności romansowania z kobietami czy walki wręcz, które tutaj są niepotrzebne. Telepatyczne talenty Spocka są zaś ograniczone do wspomnianego „odczytania” chmury, podobnie jego mindlink pojawia się tylko raz, tak samo wykorzystany jest vulkan pinch. Twórcy w żaden sposób nie próbują za pomocą tanich chwytów wprowadzać więcej rozrywki. Są także inne motywy, które kojarzą się z serialem, jak geneza chmury, czy porównanie pojawiającego się V'gera z dzieckiem. Nie brak też ciekawych dialogów, a kąśliwe uwagi McCoya nadal potrafią wywołać śmiech. O ile jednak serial bardzo często opierał swą siłę na charakterach i ich wzajemnych relacjach, o tyle film skupia się na atmosferze i głównym wątku.

Wspomnę teraz, że spośród wszystkich wersji filmu najlepsza jest reżyserska, trwająca ok. 136 min. Posiada więcej scen od wersji kinowej, która z powodu skróconego czasu postprodukcji nie wyglądała tak, jak Robert Wise do końca zamierzał. Director's cut posiada najlepszy rytm, poszerzoną charakterystykę postaci oraz, jako że wersja ta zadebiutowała w 2001 roku, poprawione efekty specjalne*. Na największą uwagę zasługują długie sekwencje poznawania kolejnych warstw chmury. Świetna kolorystyka, nastrój i muzyka współgrają ze sobą doskonale. Momentami, film Wise'a kojarzył mi się z „2001: Odyseja Kosmiczna” Stanley'a Kubricka, choć jasno trzeba powiedzieć, że obraz Kubricka stoi przynajmniej dwa poziomy wyżej nad pierwszym kinowym „Star Trekiem”.

Film Wise'a ostatecznie sprowadza się więc do jednego, próby zetknięcia z nieznanym, które generuje doskonałą atmosferę tajemniczości zanim je poznamy. Ponadto pojawia się problem czystej logiki zestawionej z sensem istnienia. Dzięki temu po obejrzeniu „Star Treka” możemy chwilę pogłowić się nad poruszoną w nim kwestią. Jak ważne są emocje, piękno, logika, pytania o cel? Powstrzymam się nad opisaniem własnych dywagacji, gdyż zdradziłbym ważne fragmenty fabuły filmu.

Poza świetnymi sekwencjami poznawania nieznanego, poruszonym problemem i scenach wprowadzających na nowo załogę Enterprise, film jest jednak nieco zbyt prosty i nie posiada tylu warstw ile chciałoby się w nim uświadczyć. Jako jednak zaprezentowanie początku nowego rozdziału kosmicznej sagi wypada świetnie, stanowiąc dobry, jeśli nie bardzo dobry obraz. „Ludzka przygoda właśnie się rozpoczyna.”


*W edycji Blu-ray została wydana także wersja kinowa, która ma efekty specjalne poprawione po powstaniu wersji reżyserskiej, jest więc lepsza od niej pod względem technicznym, lecz gorsza fabularnie. Trzeba jednak zaznaczyć, iż wizualnie, wersja z 2001 roku prezentuje się również doskonale.

Poniżej zwiastuny wersji kinowej oraz reżyserskiej.

poniedziałek, 3 października 2011

Blitzkrieg!

By Odyseja Filmowa nie cierpiała na tak długie przerwy w dopływie świeżych postów, zamieszczać będę co pewien czas wybrane filmy krótkometrażowe. Postaram się by były to różne i nie zawsze szeroko znane pozycje, lecz zacznę od słynnego filmu.

Electronic Labyrinth THX 1138 4EB
reż. George Lucas
USA, 1967



Elektroniczny labirynt jest słynną krótkometrażówką Lucasa, która wpisana jest do Narodowego Rejestru Filmowego w USA. George nakręcił ją za studenckich czasów, po czym wygrał dzięki niej United States National Student Film Festival w 1968 roku w kategorii "dramat". Projekt wyewoluował w film pełnometrażowy, który miał swoją premierę w 1971 roku, zatytułowany "THX 1138". Osobiście uważam ten obraz za najlepszy w karierze Lucasa, który zniechęcił się brakiem zainteresowania i pocięciem filmu przez Warner Bros. Być może, gdyby zarówno "THX 1138", jak i "American Graffiti" spotkało się z pozytywnym odbiorem studia, George nie nakręciłby "Star Wars" i dalej próbował tworzyć w bardziej eksperymentalny i niekomercyjny sposób.

W krótkim filmie Lucas udanie zawarł motyw antyutopijnej przyszłości (lub alternatywnego świata), w której ludzie są bezimiennymi numerami, stale monitorowanymi przez rząd. Mimo iż obraz jest nieco chaotyczny i może razić pewnymi anachronizmami jest ciekawy, szczególnie pod względem wizualnym.

wtorek, 27 września 2011

Gonin 1-2, Japonia, 1995/1996 + Score 2: The Big Fight, Japonia, 1999

Zanim Takashi Ishii ruszył w celach eksploracji niełatwych żyć Czarnych Aniołów, stworzył on dwie produkcje opowiadające o pięciu osobach, złączonych jednym wydarzeniem. O tragicznych reperkusjach.


Tytuł: Gonin
Tytuł anglojęzyczny: The Five

Scenariusz i reżyseria: Takashi Ishii
Japonia, 1995

Występują: (1) Koichi Sato, (2) Masahiro Motoki, (3) Jinpachi Nezu, (4) Naoto Takenaka, (5) Kippei Shiina // Beat Takeshi

1. Właściciel klubu tanecznego, do którego nierzadko wpada yakuza. Ów właściciel jest mocno zadłużony u tutejszej organizacji przestępczej, która traktuje go jak, mówiąc wprost, śmiecia.

2. Młody chłopak, który lubi używać noża. Na życie zarabia przebieraniem się w zniewieściałego chłopaka, dzięki czemu wyłudza pieniądze od bogatych homoseksualistów.

3. Były policjant, który odsiedział karę w więzieniu za hazard. Był kozłem ofiarnym, mającym odwrócić uwagę od większych przestępstw. Teraz jest ochroniarzem obskurnej speluny, oszukującej swoich klientów.

4. Lubujący się w wymachiwaniu kijem baseballowym, świeżo zwolniony salaryman, który nie wie, jak zakomunikować rodzinie o swojej sytuacji.

5. Pochodzący z Tajlandii alfons, pracujący dla yakuzy. Chce on wrócić do kraju wraz z dziewczyną, lecz yakuza ma inne plany.

Właściciel klubu, odnajduje policjanta, któremu proponuje zrabowanie gangsterów. Ma im pomóc, pracujący dla nich Taj, chcący wykraść paszporty. Do grupy dołącza także chłopak, udający homoseksualistę, który początkowo chce okraść właściciela klubu, lecz gdy ten proponuje mu skok, młodzieniec zmienia zdanie. Salaryman zaś pokłócił się kiedyś z właścicielem klubu, potem się z nim pogodził, a jeszcze później za nim chodził, podsłuchał przez to o pewnym planie i, siłą rzeczy, został do niego włączony.

Skok się odbywa, yakuza traci pieniądze i twarz. Giną ich członkowie. Gangsterzy nie mają jednak zamiaru przyjąć takiej potwarzy. Zaczynają śledztwo, które prowadzi ich do jednego z członków dziwnej szajki. Niedługo potem do przestępców dołącza dwóch sadomasochistycznych gejów-zabójców (jednego z nich gra Takeshi Kitano), którzy nie cofną się przed niczym by wykonać zlecenie.

Wszystko więc brzmi intrygująco. I tak w istocie jest. Pełen przemocy, śmierci, gwałtów, krwi i brudu, zamieszkiwany przez odstające od społeczeństwa postaci wzbudza zainteresowanie niemal na każdym kroku. Mimo sztafażu rodem z groteski, Takashi Ishii skutecznie tworzy mroczne, a przy tym realistyczne kino gangsterskie, które nie kończy się na strzelaninach, lecz na charakterach wszystkich postaci. Najwięcej czasu poświęcamy właścicielowi klubu i młodzieńcowi, którzy zostają bliskimi przyjaciółmi. Nie znaczy to, że nie poznamy prywatnego życia reszty. Policjanta, który chce wrócić do rodziny, Taja, zakochanego bez szans na pomyślne zrealizowanie uczucia, salarymana, który okazuje się być niespodziewanie najbardziej szalony z nich wszystkich. Dowiemy się również co nieco o płatnych zabójcach. Wszystko to, zostaje zaprezentowane zwykle w krótkich, pojedynczych scenach. Dzięki temu, bez niepotrzebnego rozwlekania się Ishii może w prosty sposób sprawić, że przejmujemy się losem oglądanych postaci, nie będącymi jedynie papierowymi charakterami.

Można jednak zarzucić Japończykowi czasami zaburzenia w rytmie filmu. Jest to oskarżenie, jakie można wystosować w stosunku do wszystkich produkcji yakuza eiga jego autorstwa. Mimo że wszystko zdaje się znajdować się w odpowiednich pozycjach, Ishii co jakiś czas zatrzymuje się w momentach, które wymagają pójścia naprzód. Odmienne rozmieszczenie niektórych scen zdecydowanie wyszłoby obrazowi in plus.

Wszystko inne, łącznie z aktorstwem, nastrojem oraz scenami akcji, wygląda niemal identycznie, jak w przypadku obu „Kuro no tenshi”. Jest duszno, czuć brak możliwości ucieczki z matni, jaka obecna jest w życiach wszystkich na długo przed chwilą, w której widzimy ich po raz pierwszy. Strzelaniny są efektowne, lecz twórcy nie przesadzają z dynamizmem, szczególnie, gdy do akcji wkracza Beat Takeshi. Jeśli kojarzycie sceny z użyciem broni palnej w jego „Sonatine”, to w „Gonin” zachowuje się on podobnie, tylko otoczenie jest ciemniejsze.

Tak jak i emocje oraz stan bohaterów. Każdy z nich popełnia jakiś życiowy błąd, który zaważył na całej jego egzystencji, a moment napadu na yakuzę jest ukoronowaniem nietrafnych decyzji. To, co następuje potem, pokazuje, że zignorowali bądź też przegapili liczne szanse na szczęśliwe życie, na które teraz nie mają szans. Wrogowie się zaprzyjaźniają, ukochani zbliżają. Tylko salaryman był od początku bez wyjścia, przez swoje szaleństwo, choć i w jego przypadku, jak Ishii akcentuje w jednych z najmocniej zapadających w pamięć scenach, kiedyś pojawił się moment stykający go ze spełnieniem. Można wręcz powiedzieć, że jedyne co często powinni zrobić bohaterowie to zatrzymać się i przyjąć to, co mają, zamiast szukać, tym samym oddalając się od tego, czego pragną, myśląc, że się do tego zbliżają.

Pierwszy gangsterski obraz Ishiiego jest więc udany. Nie brakuje w nim zgrzytów i dysonansów, lecz wywołuje jak najbardziej pozytywne wrażenia.




Tytuł: Gonin 2
Tytuł anglojęzyczny: Five Women

Scenariusz i reżyseria: Takashi Ishii
Japonia, 1996
Występują: Yumi Nishiyama, Kimiko Yo, Shinobu Otake, Mai Kitajima, Kimiko Yo // Ken Ogata

Druga część opowieści sponsorowanej przez cyfrę 5 zabiera nas w inne rejony gangsterskich porachunków. Co ciekawe, Ishii nie trzyma się tutaj tak kurczowo koncepcji piątki bohaterek, lecz lawiruje między wątkami, co wychodzi z korzyścią dla całości. Opowieść rozpoczynamy bowiem z dala od tytułowych postaci. Starszy mężczyzna, bardzo kochający swoją żonę, ma problemy z yakuzą. Pewnej nocy gangsterzy przychodzą do niego, biją go oraz gwałcą jego ukochaną. Ta niedługo potem, nie mogąc znieść upokorzenia, popełnia samobójstwo. Jej mąż pamięta jednak, że przed śmiercią marzyła o kosztownym klejnocie. Nie mając nic do stracenia, uzbrojony jedynie w katanę własnej produkcji, mężczyzna rusza by zemścić się, zabrać yakuzie pieniądze i kupić ostatni prezent swojej żonie.

Tymczasem sklep z biżuterią, gdzie znajduje się ów klejnot staje się celem napadu grupy przestępców. Złodzieje to młodzi członkowie tego samego gangu yakuzy, który dał się we znaki mężczyźnie. Działają oni jednak w tajemnicy przed szefami. Napad niestety nie wychodzi tak, jak planowano, gdyż, dziełem przypadku, w sklepie znajduje się pięć tytułowych kobiet.

1. Porzucona przez zdradzającego ją męża kobieta, która przyszła w celu zdjęcia obrączki ślubnej.

2. Młoda dziewczyna nienawidząca mężczyzn, którzy kiedyś ją zgwałcili. Śledzi ona tajemniczą kobietę, którą spotkała niechcący w sklepie, jak ta kupowała paralizator.

3. Kobieta z paralizatorem była szefową klubu fitness. Jej przełożony, który wykorzystywał ją także seksualnie, znudził się nią jednak, a klub chce przerobić na miejsce hazardu. Zdesperowana, postanawia okraść sklep z biżuterią.

4. Dziewczyna, która zarabia jako prostytutka, udając dziewczynkę z liceum. Niestety oznaki starości są nieubłagane i jej sposób zarobku powoli ulega naturalnej destrukcji.

5. Członkini gangu napadającego na sklep, która by wiedzieć, co dzieje się z biżuterią i powiadomić o tym współpracowników udaje się z resztą kobiet.

Yakuza nie zamierza puścić w niepamięć zmarłych na skutek cięcia kataną swoich ludzi. Młodzi gangsterzy chcą odzyskać łup i ukryć sprawę przed szefami. Kobiety mają w posiadaniu biżuterię i szpiega. Mężczyzna z mieczem zmierza po klejnot i yakuzę.

Jest to najlepszy obraz gangsterski, jaki wyszedł spod ręki Takashiego Ishii. Mimo że średnia ocen tego filmu jest niższa niż pozostałych yakuza eiga reżysera, to „Gonin 2” najlepiej zbiera pomysły Japończyka i ustawia je w konfiguracji, która bez przerwy niemal trzyma w napięciu. Kilka zgrzytów pojawia się pod koniec, gdy Ishii ponownie zaczyna zbytnio żonglować scenami szybkimi i wolnymi, tworząc niepotrzebne spowolnienia. Poza tym jednak jest tu wszystko, czego można oczekiwać po nieco groteskowym kinie gangsterskim.

Nie mogę również nie pochwalić nawiązania do poprzedniej części, za pomocą klubu, którego właściciel zadarł z yakuzą w „Gonin”. Klub ów stoi teraz pusty i używa go japońska mafia, staje się on też na pewien czas kryjówką kobiet, które w nim właśnie pokazują swoją delikatną stronę. A nie mają takich okazji zbyt wiele. Film bardzo szybko wprowadza nas w brutalny nastrój produkcji i utrzymuje go do samego końca. Takashi Ishii nie ugrzecznia swych postaci, nie cofa się przed przemocą, nie próbuje uniknąć niepokojących scen. Ogranicza jednak nieco ilość szaleństwa, jakie towarzyszy poszczególnym osobom. Oprócz jednego z członków yakuzy, który zajmuje w filmie pozycję trzecioplanową, nie ma tutaj nikogo, kto zagłębiłby się całkowicie w psychopatycznym zachowaniu.

Widocznym problemem filmu jest jego budżet. Żaden z obrazów Ishiiego nie mógł poszczycić się dużą ilością pieniędzy, przeznaczoną na jego realizację, lecz w „Gonin 2” jest to najbardziej widoczne. Takashi używa nie tylko tych samych lokacji, ale i ubrań, masek i gadżetów, co w poprzednim filmie. Również obraz zalatuje „telewizyjnością”. Biorąc jednak pod uwagę kreacje aktorskie, nastrój, rytm filmu i mężczyznę z kataną, można to zignorować, przyjemność płynąca z seansu jest bowiem wystarczająco duża by na to pozwolić.

Pisać o emocjach towarzyszących seansowi, wykonaniu czy wydźwięku nie będę, gdyż nie zachodzą tu niemal żadne różnice względem wcześniej omawianych produkcji. To może więc być przyczyną rezygnacji Takashiego z dalszych prób tworzenia yakuza eiga. Stylistyczne podobieństwa, jak i wychodzące z nich myśli sprawiają, iż Ishii mógłby bardzo szybko nudzić produkcjami i wejść w krąg autoplagiatu. Tak się jednak nie dzieje, gdyż po czterech filmach w tym gatunku, Ishii poszedł w innym kierunku, po czym powrócił do pinku eiga.





Inny trailer.


---------------SCORE 2: THE BIG FIGHT----------------
Nie może się obejść bez krótkiego opisu drugiej części „Score”. Oto on.

Tytuł: Score 2: The Big Fight

Reżyseria: Hitoshi Ozawa
Japonia, 1999

Kilka lat temu, pewni przestępcy ukryli swój łup. Po wyjściu z więzienia postanawiają go odzyskać. Problemem nie jest jedynie fakt, iż znajduje się on terenie wesołego miasteczka, lecz również to, że nie tylko oni mają ochotę na pieniądze, a pośród przestępców pojawiają się także psychopatyczni policjanci, którym przydałby się dodatkowy zastrzyk gotówki. I adrenaliny.

Tak więc, na ok. 90 min. wesołe miasteczko, zmienia się w miasteczko nieustannej akcji. Strzelaniny, wybuchy, podchody, dziwaczne charaktery i jeszcze trochę strzelanin. Ponownie dla miłośników kina akcji, ponownie nic dla reszty.

poniedziałek, 26 września 2011

Kuro no tenshi Vol. 1-2, Japonia, 1997/1999 + SCORE, Japonia, 1995

Czarne anioły Takashiego Ishii.


Takashi Ishii znany jest głównie ze względu na swoje dokonania w gatunku pinku eiga, które w kręgach osób zainteresowanych tym typem kina zyskały sobie dość wysoki poziom poważania.   Oglądane przez mnie jego dwie produkcje spod znaku „Hana to hebi” (Flower and Snake), łączące erotyzm z bondage, mimo przyzwoitego, na widocznie niski budżet, poziomu wykonania, kilku intrygujących scen i pomysłów, niezłych ról takich aktorów jak Renji Ishibashi (w roli nasuwającej skojarzenia z jego kreacjami w „Dead or Alive” i „Audition” w reż. Takashiego Miike) czy Kenichi Endo, nie zasługują na wysoką ocenę. Ich pretekstowa fabuła, prowadząca po niezbyt odważnym sadomasochizmie w nużący sposób, w ogóle nie budzi zainteresowania w osobach, które nie lubują się w tego typu erotyce i fetyszyzmie. W latach 90. ubiegłego wieku, Takashi Ishii postanowił jednak zanurzyć się w odmęty yakuza eiga, w okresie 1994-1998 wyreżyserował i napisał scenariusze do czterech filmów osadzonych w realiach społeczności przestępczych Japonii. Dwa  sygnowane tytułem „Gonin” (Five [Wo]Men) oraz dwa sygnowane tytułem „Kuro no tenshi” (Black Angel). Zaburzając chronologię, wpierw pokrótce omówię przygody czarnych anielic.

 
Tytuł oryginalny: Kuro no tenshi Vol. 1
Tytuł anglojęzyczny: Black Angel
Tytuł polski: brak oficjalnego tytułu.

Reżyseria i scenariusz: Takashi Ishii
Japonia, 1997
Filmy gangsterskie w wykonaniu Ishiiego są utrzymane w bardzo mrocznej stylistyce nasuwającej skojarzenia z filmami noir. Kolory są przyciemnione, większość akcji rozgrywa się nocą w jakichś obskurnych pomieszczeniach, barwy są brudne, większość zamkniętych przestrzeni cechuje ascetyzm skąpany w punktowych źródłach oświetlenia, pozwalających rozwijać się cieniom i półmrokom. W tym nieprzystępnym i na wskroś złym świecie rodzi się dziecko. Gdy ma ono kilka lat jej rodzice, w tym ojciec chrzestny yakuzy, zostają zabici w ataku, za którym stali jego współpracownicy i starsza córka. Małej dziewczynce, imieniem Ikko, udaje się przeżyć dzięki pomocy zabójczyni noszącej pseudonim Czarny Anioł. Następnie sierota zostaje wysłana do Ameryki, gdzie ma żyć z dala od przestępczości i związanych z nią problemów.

Na ekranie przesuwają się przed naszymi oczyma ruchome schody, którymi przed chwilą zeszła Ikko. Nie mija wiele czasu, jak pojawia się na nich młoda, atrakcyjna dziewczyna. Ikko wróciła w jednej, bardzo prostej, lecz udanej sekwencji, która nie zaburza nastroju produkcji. Dziewczyna ma już 20 lat, osiągnęła właśnie, wg japońskiego prawa, pełnoletność. Przybiera, na wzór dawnej wybawicielki, imię Czarny Anioł i rusza zemścić się za krzywdy dokonane jej rodzinie.

Film wrzuca nas natychmiast do brutalnego świata gangsterów. Pozbawieni skrupułów, nie wahający się zabić, zgwałcić i torturować nikogo przestępcy, skorumpowani policjanci i inne niemoralne osoby zaludniają kreowane przez Ishiiego światy. Są to przy tym jednostki zwykle niezrównoważone z licznymi problemami wewnętrznymi. Misja, którą sobie wyznacza Ikko sprawi, iż ona sama zetknie się ze swoimi demonami, jej ideały upadną, partner zginie, a trauma z przeszłości wypłynie na powierzchnie w tragicznym finale. W tym kotle osób, którym wystarczy mała rysa dokonana na ich osobowości by zaczęły się one załamywać, trudno się czasami widzowi odnaleźć. Jedynie kibicować możemy dwudziestoletniej Ikko by wymierzyła swą zemstę, choć jej rodzice nie byli osobami, używając eufemizmu, bez skazy.

W „Kuro no tenshi” dominuje estetyka nadmiaru nie tylko w przypadku kreacji charakterów, lecz także w scenach akcji, kiedy młoda dziewczyna bez większych trudności wystrzeliwuje wszystkich wokół, krew tryska, a zabójcy nie muszą nawet zbytnio unikać pocisków. Ten, kto ma zginąć zawsze polegnie, niezależnie od prób ucieczki. Z akcją jednak wiążą się największe wady filmu. Ishii, we wszystkich swoich gangsterskich produkcjach, w sposób nierzadko irytujący przeciąga sceny zmuszając aktorów do krzyków i płaczów, niemal jak z produkcji Andrzeja Żuławskiego. Pierwsza część „Czarnego anioła” jest przy tym najbardziej wykrzyczanym yakuza eiga w dorobku japońskiego reżysera. Inną negatywną cechą jest zbyt obfite mieszanie scen wolnych z szybkimi, szczególnie, gdy chwile akcji nagle zatrzymują się by pozwolić na kolejną, niewiele już wnoszącą do obrazu ekspresję postaci.

Wracając jednak do „Kuro no tenshi”, należy dopowiedzieć, iż Ishii zadośćuczynia za wszystkie niemal swoje potknięcia doskonałą, mroczną atmosferą, ciekawą fabułą i główną bohaterką. Oglądanie jak ładna Japonka rozprawia się z silniejszymi mężczyznami jest, bądź co bądź, przyjemnością samą w sobie, co twórcy filmowi zauważyli już dawno temu, czego dowodem są np. filmy w stylu pinky violence z lat 1970. Także tutaj Riona Hazuki staje na wysokości swego zadania i świetnie radzi sobie z rolą, emitując ze swej postaci mnóstwo energii. Szkoda, że nie zagrała ona w zbyt wielu filmach.

Filmy Takashiego za granicą Japonii porównywane są do, oczywiście, produkcji Quentina Tarantino, o czym świadczą napisy na pudełkach DVD, starające się przekonać, iż Ishii jest „japońską odpowiedzią” na amerykańskiego twórcę. Nie sądzę jednak aby zachodziło między tymi dwoma twórcami na tyle wielkie podobieństwo by owe oświadczenia traktować inaczej aniżeli chwyt marketingowy. Skoro już błądzę nieco oddalony od ścisłego omawiania filmu, to wspomnę także o mojej ulubionej scenie, niemal całkowicie wyjętej z kontekstu całości. W pokoju hotelowym, Ikko i jej pomocnik w egzekwowaniu zemsty (jak możemy się domyślać, zakochany w dziewczynie) włączają rytmiczną muzykę muzykę i zaczynają tańczyć. Świetna, choć skąpana w przyciemnionym świetle, sugerującym egzystencję w brutalnym świecie, scena, pokazująca jedyny raz, że w gruncie rzeczy Ikko jest młodą dziewczyną, której odebrano możliwość spędzenia radosnego dzieciństwa. Doskonała chwila ulotnego szczęścia w morzu przemocy.

Mimo różnych wad, ostatecznie obraz uważam za udany i z przyjemnością oglądałem, nie raz, zmagania Czarnej Anielicy. Po pierwszym seansie z niecierpliwością włożyłem więc płytę z drugą częścią „Black Angel” by poznać dalsze losy Ikko...

(Poniżej zwiastun, skupiający się na scenach akcji.)


Tytuł oryginalny: Kuro no tenshi Vol. 2
Tytuł anglojęzyczny: Black Angel 2
Tytuł polski: brak.

Scenariusz i reżyseria: Takashi Ishii
Japonia, 1999
...i zostałem zaskoczony faktem, iż druga część opowiada osobną historię, całkowicie odseparowaną od poprzedniej. Nowa fabuła, nowe postaci, nie do końca nowe problemy, „Kuro no tenshi Vol. 2” można oglądać bez znajomości „Vol. 1”, podobieństwa zachodzą tutaj tematyczne oraz stylistyczne (te drugie szczególnie łączą wszystkie gangsterskie pozycje reżysera), są one jednak zbyt odległe by mówić o jakiejkolwiek kontynuacji. Szkoda więc, że spotkamy już Ikko, zamiast tego czeka na nas Mayu.

Jest ona płatnym zabójcą. W młodości niemal została ofiarą gwałtu, lecz uratował ją nieznajomy mężczyzna. Pewnego dnia dostaje ona zlecenie zabicia jednego z przywódców gangu yakuzy. W trakcie wykonywania zadania sprawy jednak tragicznie się komplikują. Okazuje się, że drugi szef wysłał dodatkowych zabójców, którzy mieszają się między Czarną Anielicę a niedoszłą ofiarę. Co gorsza, jednym z osobistych ochroniarzy celu jest mężczyzna, który kiedyś uratował ją przed gwałtem. W trakcie strzelaniny ginie również niewinny przechodzień, którego młoda żona postanawia się zemścić za jego śmierć. Jedna strzelanina, która nie mogła już chyba mieć gorszych reperkusji.

Fabułę obserwujemy z trzech perspektyw. Od strony Mayu, która została we wspomnianej akcji postrzelona. Musi ona radzić sobie nie tylko z gorączkowymi wizjami, w których nawiedza ją dawny wybawiciel, lecz także ze swoim uzależnieniem od alkoholu. Dostaje ona najwięcej czasu ekranowego, co uzasadnia tytuł filmu. Niestety powolność wielu scen z jej udziałem, aż do momentu wyzdrowienia jest nieco nużąca, a jej problem alkoholowy potraktowany po macoszemu. Niektóre jej wizje jednak wykonano intrygująco, a wprowadzenie jej ekscentrycznego zleceniodawcy uatrakcyjnia nieprędki tok jej wątku.

Drugą osobą jest wspomniany ochroniarz, który zrobi wszystko dla swego szefa. Sytuacja komplikuje się, gdy wszelkie machinacje powoli wychodzą na jaw, a on sam stara się pomóc dziewczynie, której partner poniósł przypadkową śmierć. Jest to dość ciekawy wątek, podchody yakuzy ogląda się ciekawie, a wewnętrzna walka, jaką toczy w sobie gangster, mimo że dość prosta, w kontekście całości wypada zadowalająco. Jedynie zdziwienie we mnie budzi fakt, że potrafi on z łatwością w walce wręcz pokonać każdego mężczyznę, za to w starciu ze Mayu nie ma żadnych szans. Film dość nieskutecznie stara się wmówić widzom jej wielką fizyczną siłę i spryt.

Trzeci punkt widzenia prezentuje dziewczyna, która straciła męża. Prowadzi ona kwiaciarnię. Pewnego dnia, korzystając z faktu, że jej mąż był w dzieciństwie członkiem młodocianego gangu, poznaje pewnego członka yakuzy (epizodyczna, bardzo dobra rola Susumy Terajimy), od którego dowiaduje się, na kim ma wykonać zemstę oraz dostaje broń. Pomoc jaką otrzymuje ma jednak swoją cenę.

Fabularnie więc „Kuro no tenshi Vol. 2” jest bardziej rozwinięte niż pierwsza część. Niestety rozwój akcji, szczególnie w pierwszej, nieco sztucznie rozwleczonej połowie, psuje film. Mayu też nie jest tak interesującą postacią, jaką była Ikko (ani tak atrakcyjną), więc oglądanie jej przygód nie jest już tak emocjonujące. Na szczęście, gdy trójka postaci się spotyka po raz drugi, akcja zawiązuje się na tyle mocno, iż śledzenie jej od tej pory staje się zajęciem intrygującym. Pod każdym innym względem, nastrój, muzyka, kreacje, światło, zdjęcia etc. prezentują się niemal identycznie, jak w „Kuro no tenshi Vol. 1” oraz „Gonin”, co nie jest dziwne zważywszy na fakt, iż za wszystkimi filmami stoi ta sama grupa twórców.

Drugie spotkanie z Czarnym Aniołem jest mniej satysfakcjonujące niż pierwsze. Nadal jednak pojawiają się tu sceny i chwile warte uwagi, choć jest to najgorszy film gangsterski Ishiiego w jego karierze.








 
-------------WYDŹWIĘK FILMÓW – ZAWIERA SPOILERY--------------

W obu produkcjach reżyser kreuje świat fantazmatyczny, w którym bohaterowie mogą przez krótki czas wejść w posiadanie lub znacznie zbliżyć się do obiektu, jawiącego im się jako obiekt stanowiący przyczynę ich pragnienia. W tych zetknięciach wychodzi na jaw, iż okazuje się on jedynie kolejnym obiektem, który nie ma żadnej możliwości ugaszenia pragnienia. Gdy gangster wraz z kochanką (córką ojca chrzestnego yakuzy) knują przejęcie władzy, jest ona dla nich równoznaczna z dostępem do upragnionej, ostatecznej rozkoszy. Gdy jednak udaje im się wykonać wyznaczone sobie zadanie, okazuje się, że ich sytuacja wcale nie uległa gwałtownej zmianie. Muszą nadal szukać dostępu do rozkoszy (rozumiem tutaj rozkosz jako lacanowskie jouissance), która za każdym razem oddala się i umieszcza się w kolejnym, zawsze naprawdę niedostępnym miejscu.

Ta pogoń za obiektem przyczyną pragnienia jest najbardziej widoczna w przypadku Ikko, która poświęca siebie w uzyskaniu zemsty za śmierć ojca i matki. Po drodze traci wszystko, co stanowiło dla niej jakąkolwiek wartość. Utrata tych obiektów (które naprawdę jako jedyne mogły jej dać choć trochę szczęścia) ma być stratą, która jest wliczona w koszt uzyskania ostatecznej rozkoszy. Rozkosz ta z kolei, nawet w najmniejszym stopniu nie potrafi zapewnić tyle radości, co wszystko, czego musiała się wyrzec Ikko. Ginie jej partner, zabity przez jej wrogów, jej ideał, który naśladuje, okazuje się być teraz uzależnionym od narkotyków i alkoholu niewolnikiem przeciwnika dziewczyny, jej matką okazuje się być ktoś inny niż całe życie wierzyła, w końcu sama też zostanie porwana i torturowana fizycznie oraz psychicznie przez yakuzę. Największy cios otrzymuje jednak w finale filmu, gdy okazuje się, że osoba, która faktycznie stoi za zabójstwem jej „rodziców” jest jej prawdziwą matką, a Ikko jest wynikiem zatuszowanego gwałtu. W ferworze walki, wzajemnych oskarżeń, podejrzeń oraz prób osiągnięcia spełnienia, Ikko jest zmuszona, by ratować własne życie, zabić swoją własną matkę. Tym samym osiągnęła cel, jaki wyznaczyła sobie na samym początku, równocześnie nigdy wcześniej nie będąc od niego tak daleko jak na koniec filmu. W ten sposób „Kuro no tenshi Vol. 1” pokazuje, iż dojście do obiektu pragnienia rodzi traumę, gdy uświadomimy sobie, że nie potrafi on ugasić przyczyny pragnienia. Niesie to ze sobą traumatyczne skutki, szczególnie jeśli „zwyczajnym” obiektem okazuje się tragedia, jaka rozgrywa się w życiu Ikko. Tragedia ta, mimo że fatalna w skutkach stanowi ostatecznie tylko kolejny nie przynoszący spełnienia obiekt, nie odmienny od żadnego innego w kwestii dostępu do rozkoszy, można więc powiedzieć, że dziewczyna straciła wszystko, nie zyskując zupełnie niczego.

-----------------O WYDANIU FILMÓW-----------------

Oba filmy zostały wydane m.in. w boxach „Tokyo Bullet Triple Pack” i Tokyo Bullet Reloaded Triple Pack”. W pierwszym znajdują się dwa filmy Takashiego Ishii („Gonin”, „Black Angel”) oraz szybkie kino akcji, inspirowane dokonaniami Johna Woo pt. „Score”. W drugim boxie umieszczono drugie części wszystkich filmów z boxu pierwszego. Tak, jak w przypadku „Black Angel 2”, tak i pozostałe filmy nie kontynuują żadnych wątków poprzedników i opowiadają całkiem nowe historie. W momencie, gdy kupiłem te boxy, a było to kilka ładnych lat temu, w serii „Tokyo Bullet” wydano także „Violent Cop”, „Boiling Point” oraz „Sonatine” w reżyserii Takeshiego Kitano, „Triple Cross” Kinji Fukasaku, a także „Pistol Opera” Seijuna Suzuki. Większość filmów jest zdecydowanie warta uwagi, choć filmy Kitano można poszukać w lepszych wydaniach.

Mała uwaga jeszcze dot. „Tokyo Bullet”. Otóż pierwszy box ma niedobrze wykonany obraz widescreen, gdyż jest to widescreen, lecz w letterboxie, tzn. nie dość, że na górze i dole są czarne pasy, to pojawiają się one także po bokach (wynikiem czego górny i dolny są większe aniżeli powinny). Problem ten nie występuje jednak we wszystkich odtwarzaczach.

-----------------SCORE – słów kilka o filmie-------------------

Skoro już wspomniałem o wydaniach „Tokyo Bullet Triple Pack”, to nie wypada nie napisać kilku słów o „Score”.

 Tytuł: Score
Reżyseria: Atsushi Muroga

Japonia, 1995

Jest to bardzo szybkie, naładowane scenami akcji kino. Jak pisałem widać nawiązania do filmów Johna Woo, za inspirację szczególnie posłużył „Uciekający cel” z Jean-Cleude'm Van Damme'm w roli głównej. Sceny strzelania z kuszy czy moment strzelaniny w opuszczonej fabryce są niemal kalkami podobnych scen ze wspomnianego filmu Chińczyka. Fabuła jest, jak można przypuszczać, bardzo prosta. Wpływowy gangster zmusza pewnego mężczyznę (Atsushi Muroga) do poprowadzenia napadu. Odbiór łupu ma nastąpić w starej, opuszczonej fabryce. Niestety, jeden z członków próbuje zabrać pieniądze dla siebie, ludzie wpływowego gangstera interweniują, a w środku zamieszania pojawia się dwójka złodziei.

Umieszczenie bohaterów w rozpadającej się budowli pozwoliło twórcom na zaoszczędzenie pieniędzy. Dzięki temu, niewielki budżet został przeznaczony niemal wyłącznie na sceny akcji. Wszyscy miłośnicy tego typu kina powinni więc być usatysfakcjonowani. Reszta nie znajdzie tutaj nic dla siebie.

Traumstadt, RFN, 1973


TRAUMSTADT
TRAUMSTADT
TRAUMSTADT
TRAUMSTADT


Niespełniony, niegdyś odnoszący sukcesy, dzisiaj bezskutecznie poszukujący natchnienia artysta, zaczyna mieć dość życia w wielkim mieście. Jego odrzucenie industrialnych przestrzeni nie jest nagłe ani gwałtowne, powoli jednak wyłania się na powierzchnię jego umysłu. Małżeństwo zaś, którego jest częścią, powierzchownie wydaje się być udane. Na jego obrazie jednak również pojawiają się rysy w postaci zanikającej komunikacji między małżonkami. Wtedy pojawia się nieznajomy, który twierdzi, iż przysłał go dawny znajomy artysty. Ów zaś artysta, wraz z żoną, dostają zaproszenie do (wy)kreowanej przez dawnego znajomego utopii, składającej się z samych ludzi o skłonnościach artystycznych. W tym mieście snów każdy może robić, na co ma tylko ochotę, a że ludzie zebrali się tam ekscentryczni, to ich zachcianki również do zwyczajnych nie należą.

Film Schaafa jest uważany dzisiaj za dzieło kultowe, na pewno w uzyskaniu tego statusu pomógł fakt bardzo ograniczonego dostępu do omawianej produkcji. Emitowany na kilku festiwalach oraz w niemieckiej telewizji nigdy nie został wydany na żadnym nośniku*. Spotkałem się nawet z określeniem go jako „kultowego wśród filmów kultowych”. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że coraz więcej podobnych mu produkcji zostaje wydanych na Blu-ray i/lub DVD, los ten może spotkać także „Traumstadt”, na co mam nadzieję. A jakie produkcje są mu podobne? Trudno wskazać na film (a wskazuję tylko z powodu faktu, iż nie jestem w stanie umieścić tutaj żadnego zwiastuna, a chcę nakreślić panujący nastrój), który miałby najwięcej wspólnego z produkcją Johannesa, lecz na myśl nasuwają się produkcje Fernando Arrabala („Viva la muerte!” (Long Live Death!), „Drzewo guernici”), Shinji Aoyamy („Saraba hakobune” [Farewell to the Arc]), Alejandro Jodorowsky'ego („El Topo”, „Święta góra”) czy Andrzeja Żuławskiego („Trzecia część nocy”, „Diabeł”). W momencie, gdy ominiemy już nieprzyjazne tereny, które oddzielają nasz świat od tytułowego miasta, znajdujemy się bowiem w surrealistycznym otoczeniu, gdzie niczego nie można być pewnym. W utopii, która, jak każda utopia wcielona w życie, staje się antyutopią. Pełną kłamstw, anarchii, ukrytych, obscenicznych praw i zaczynającego dominować szaleństwa.

Na początku wydaje się, iż dostajemy się do raju pełnego wolności. Nie potrzeba nam pieniędzy, możemy mieszkać, gdzie chcemy. Oczywiście, już wtedy widzimy, iż poszczególni mieszkańcy nie należą do osób zbyt stabilnych psychicznie, a architektura jest dość stara i monotonna, lecz nie zapominajmy, że jest to kraina artystyczna. Pierwszym, co się nasuwa na myśl w tej chwili, to kwestia istoty kreacji dzieła. Skoro wszyscy są artystami, którzy tworzą wewnątrz własnej, zamkniętej społeczności, bez możliwości dalszej ekspozycji swej sztuki, po co dalej tworzyć? Czy jest sens produkowania sztuki, która nie ma żadnego innego celu, poza tym, że zostanie wyprodukowana? Po chwili jednak zaczyna się ujawniać fakt, że ekspresja poszczególnych postaci jest dotykającym ich wszystkich szaleństwem, wywodzącym się z różnych źródeł, najsilniej zaś z frustracji i poczucia niespełnienia.

Nasz artysta, oscyluje między akceptacją a odrzuceniem zastanego świata nie mogąc się w nim do końca odnaleźć, lecz równocześnie przyciągany przez liczne jego elementy, nadto młodą dziewczynę, która staje się jego obsesją. Żona artysty pierwsza reaguje gwałtownym odrzuceniem miasta, tak samo, jak gwałtownie je zaakceptowała. Jej los stanie się w końcu jednym z momentów rozbicia resztek iluzji doskonałości, otaczającej bohaterów. Potem wszystko stanie się jedną podróżą w otchłań.

Zdecydowanie kreacja świata, pomysłowa, odważna, nierzadko zapadająca w pamięć, stanowi największą siłę filmu. Znajdują się w nim przynajmniej trzy sekwencje, które wywołają bardzo pozytywne wrażenie w każdym, kto przepada za tego typu eksperymentalno-surrealistycznym kinem. Jest to czynnik, który sprawia, iż „Traumstadt” zdecydowanie warto obejrzeć, nawet mimo jego widocznych wad. Największą z nich jest brak zdecydowania twórcy, który od psychologicznej wyprawy, przechodzi w tematykę antyutopijną, a potem próbuje zahaczyć o problem kondycji artysty, a nawet wplata wątki religijne. Prowadzi to do osłabienia ostatecznego przekazu, który dodatkowo staje się niemal tak niejasny, jak motywacje poszczególnych postaci. Czy oglądamy fantazmat umysłu bohatera, który tworzy sobie swój własny świat fantazji niczym bohaterowie „Zagubionej autostrady” i „Inland Empire” Davida Lyncha, czy też mamy do czynienia z próbą komentarza (nie)możliwości stworzenia realnie istniejącej utopii? Wydaje się, że Schaaf sam zbytnio zapędził się w swoją wizję i zaczął się gubić w ilości zaproponowanych przez siebie ekscentryzmów. To one w gruncie rzeczy przesuwają film w stronę interpretacji, sugerującej fantazmatyczny wymiar miasta snów, bez konieczności ustanawiania go w rzeczywistej przestrzeni.

Oczywiście wnioski, jakie wypływają z produkcji są znane i, tym samym, mało zaskakujące. Utopia nie ma racji bytu i zawsze staje się antyutopią, fantazja nie daje uwolnienia od uścisku Realnego i nie prowadzi do spełnienia. Trauma zawsze się wyłania i zmusza do pokonania siebie niszcząc lub zniekształcając iluzję, a próby jej ominięcia i/lub wyciszenia nie prowadzą do unicestwienia tejże traumy, ich wynik jest bowiem odwrotny. Ucieczka od problemu utrzymuje problem w mocy, stawienie mu czoła może go mocy pozbawić. Jak często więc bywa, o sile filmu nie tyle stanowi jego przesłanie, co sposób jego prezentacji. A ten w „Traumstadt” jest wystarczająco intrygujący by wybaczyć mu wiele jego niedoskonałości i, najzwyczajniej, z przyjemnością śledzić przesuwające się na ekranie obrazy.

Ostatecznie więc obraz Johannesa Schaafa jest zdecydowanie wart uwagi i znalezienia. Mimo że nieco rozczarowuje swoim niezdecydowaniem i lekkim zagubieniem, to stanowi ciekawą wizję. Szczególnie pod względem wizualnym. Sądzę, że po tym opisie filmu każdy, kto powinien go obejrzeć czuje, że jest to produkcja dla niej/niego. Z pewnością pozostali mogą napotkać opór w próbie czerpania radości z przebywania w mieście snów.


Tytuł: Traumstadt
Tytuł anglojęzyczny: Dream City

Reżyseria: Johannes Schaaf
RFN, 1973 
--------------------------------------------
*Pozwolę sobie tutaj na małą dygresję. Przez długi czas podobny los dzielił inny kultowy film, mianowicie „Herostratus” Dona Levy'ego (1967). W tym roku, po raz pierwszy, Brytyjski Instytut  Filmowy (BFI) wydał go na podwójnym Blu-ray (obejmującym wersje widescreen i letterbox) wraz ze wszystkimi krótkometrażowymi filmami Levy'ego oraz estetycznym bookletem zawierającym sporo informacji o filmie i jego autorze. Jak się można domyślać, zakup mocno polecam.

poniedziałek, 28 marca 2011

Bian cheng san xia (Magnificent Trio), 1966 / Shi san tai bao (The Heroic Ones), 1970 - reż. Chang Cheh

Ostatnio poczułem chęć ponownego sięgnięcia po kinematografię z Honkongu oraz, co za tym idzie, z Chin. Mówiąc wprost, oznacza to głównie uświadczenie kolejnych pojedynków kung fu i/lub potyczek triad. Pierwszymi filmami, jakie obejrzałem w ramach powrotu w te rejony są:



Bian cheng san xia
Magnificent Trio
reż. Cheh Chang
Hongkong, 1966

Pamiętam, że onegdaj natknąłem się na wzmiankę o tej produkcji w niemal zapomnianym przeze mnie dokumencie przedstawiającym rozwój chińskiej kinematografii. Wbiła mi się za to do głowy scena, w której mistrz kung fu wręcza wybrance swego serca biały kwiatek. Prędzej czy później musiałem więc ów film obejrzeć.

Pod wieloma względami jest to produkcja, która faktycznie wyróżnia się z setek filmów kung fu, lecz w dalszym ciągu pozostaje w ramach swojego nurtu i osobom, które nie przepadają za tego typu kinem po prostu się nie spodoba. Trzeba jej jednak oddać sprawiedliwość i przyznać, iż nie jest to obraz, który stanowi jedynie niedorobiony pretekst do pokazania kilku scen walk. Dodać należy, iż obraz jest ważny dla samego gatunku, ponieważ dochodzi w nim do poważnej zmiany. Do tej pory gwiazdami i bohater(k)ami kina spod znaku kung fu były kobiety. Chang postanawia zmienić ten stan rzeczy i wprowadza bohaterów męskich, których prezentuje jako wielkich wojowników już w samej czołówce.

Niestety, już sam tytuł i wspomniana czołówka stają się pod pewnym względem wadą. Dzieje się tak w odniesieniu do fabuły, która niemal do połowy nie daje jednoznacznej odpowiedzi czy jeden z głównych bohaterów stanie po stronie zła (która to strona jest jego punktem wyjściowym), czy też dobra. Niestety, czołówka, w której trzech wojowników oswobadza uciśnionych chłopów, oraz sam tytuł, sprawiają, że każdy, kto potrafi liczyć do trzech, po kilkunastu minutach, gdy wszystkie postaci zostaną już wprowadzone, nie będzie miał żadnych wątpliwości, kto należy do tytułowego trio. W ten sposób jeden z największych fabularnych plusów zostaje utracony. A poza nim nie dzieje się tutaj nazbyt wiele.

Pojawiają się za to, oczywiście, wątki romantyczne. Właściwie to każdy z bohaterów rozwija własny, acz pierwszy i zarazem najważniejszy, dotyczący syna poległego na polu bitwy generała, pozostaje bez jasnej odpowiedzi czy to naprawdę była relacja miłosna. O tym jednak za moment. Wspomniany wcześniej wojownik, który startuje po stronie zła już od początku obrazu znajduje się w silnym związku z kobietą. Niestety zmiana stron konfliktu, jakiej dokonuje, ściąga na jego partnerkę śmierć. Przyjaciel z pola bitwy pierwszego herosa, zakochuje się tymczasem z wzajemnością we wdowie z wioski, którą trio broni. Co ciekawe, mamy tutaj odstępstwo od zwyczajowego zaprezentowania rozwoju uczuciowego w ramach schematu kina kung fu. Otóż zwykle kobieta mówi „twoje kung fu jest wspaniałe! Kocham cię!”, tutaj zaś to romantyczna i delikatna strona odpowiada za rozwój związku. Cheh nie odcina się jednak o fascynacji siłą kochanka, gdyż to początkowo dzięki niej jakakolwiek relacja ma szansę na ukształtowanie, wstępnie jako wdzięczność za uratowanie życia. Po raz kolejny jednak, ciężki los wojownika za słuszną sprawę, sprawia, iż miłość nie ma szans na przetrwanie.

Główny wątek skupia się na walce tytułowych bohaterów z urzędnikiem państwowym, który nie dość, że wyzyskuje biednych, to jeszcze jest skorumpowany, kłamliwy i nie cofa się przed zabójstwami. W centrum wydarzeń znajduje się także jego doradca, który to potrafi odnaleźć się w każdej sytuacji i to on faktycznie decyduje o wszystkich niemal poczynaniach swego przełożonego. Córka głównego negatywnego charakteru, początkowo zakładniczka wieśniaków, sprzewciwia się jednak swemu ojcu i pomoże synowi generała, który podczas przełomowych scen filmu stanie się ofiarą kłamstw swego rywala. Nie jest przy tym do końca jasne, czy robi to z powodu niedookreślonego uczucia odczuwanego w stosunku do syna generała, z powodu współczucia wieśniakom, które objawia się w kilku scenach w pierwszej połowie filmu, czy też z powodu, jak sama twierdzi, chęci czynienia sprawiedliwości, nawet jeśli oznacza ona działanie na szkodę ojcu.

Klasycznie więc w kinie wuxia, politycy są przedstawieni jako wyzyskiwacze, lecz, równie klasycznie, zawsze znajduje się się jakiś Inny, który sprawuje nad wszystkim pieczę. Tak tek jest i w tej produkcji, kiedy w końcu pojawia się ów Inny i przywraca porządek. Ostatecznie więc, Cheh sugeruje swym widzom, że zło faktycznie się dzieje, ale takie jest przeznaczenie, któremu nie ma sensu się sprzeciwiać, należy je zaakceptować, tym bardziej, iż na koniec zawsze pojawi się siła, która przywróci sprawiedliwość.

Gorszym pod względem fabularnym, acz lepszym jeśli chodzi o choreografię scen walki jest inny film Chang Cheha, mianowicie:

 
Shi san tai bao
The Heroic Ones
reż. Chang Cheh
Hongkong, 1970

Temu obrazowi nie będę poświęcał wiele czasu. Fabuła skupia się na machinacjach, spiskach i wewnętrznych walkach o władzę, ponownie więc polityka i próby uzyskania wyższego statusu społecznego są źródłem wszelkiego zła, szczególnie w połączeniu z ludzką pychą. Wszystkie polityczne chęci osiągnięcia celu za pomocą niewybrednych metod prowadzą jednak, przewidywalnie zważywszy na gatunek filmu, do kolejnych rozwiązań siłowych. Film jest wręcz nimi nafaszerowany, są to długie starcia, w których jeden lub kilku bohaterów stawia/ją czoła hordom wrogów. W pewnym momencie obraz przez to staje się niemal nużący, lecz Cheh oferuje widzom sprawny kontrapunkt, gdy jedną z postaci spotyka zaskakujący los. Jest to najbardziej zapadający w pamięc moment, można nawet pokusić się o stwierdzenie, że film istnieje dla tej właśnie sceny, która dokonuje transpozycji fabularnej. Wspomnę jeszcze, że tutaj również pojawia się wątek miłosny, lecz znika on zanim ma szansę się rozwinąć. Gdy wydaje się, że właśnie następuje moment zbliżenia, okazuje się, że dziewczyna, do której przychodzi 13. generał zginęła podczas walk, które nawet nie były pokazane w kadrze, tym bardziej więc miłość staje się tragicznym niespełnieniem. Ostatecznie jednak, mimo prób zbudowania interesującej fabuły, gdyby z produkcji usunąć sceny walk, nie wyróżniałaby się niczym szczególnym i pewnie nikogo by nie zainteresowała.

W obu filmach nacisk położony jest na przeznaczenie, które odgrywa najważniejszą rolę w życiu człowieka i nie ma sensu mu się przeciwstawiać. A jeśli ruszamy do walki, to tylko dlatego, że tak chciał los. Wszystko jest zdecydowane, jesteśmy marionetkami, które odgrywają swoje role.

Niedługo krótkie opisy następnych dwóch filmów. Postaram się w ten sposób zrobić ograniczony szkic produkcji z Hongkongu i, mniej, z Chin. W najbliższym czasie zdominują je produkcje ze studia braci Shaw.

Poniżej zwiastun Magnificent Trio oraz scena walki z The Heroic Ones: