Podstawowym przesłaniem produkcji jest jednak pochwała odmienności, którą film wyraża zarówno fabularnie, jak i formalnie. Słup elektryczny nie jest, jak dehumanizująca technologia w przyszłości, negatywnym naznaczeniem postaci. Jest on metaforą wyróżniania się z tłumu. Chłopak jest inny, przez co jest dręczony przez rówieśników. Tę inność musi jednak utemperować i przekształcić, by działała na korzyść nie tylko jego samego, lecz także całej ludzkości. To, co więc może prezentować się jako zupełnie niekorzystna nadwyżka, okazuje się wartościowym dodatkiem.
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Naisu no mori: The First Contact, Katsuhito Ishii, Shunichiro Miki, Hajime Ishimine, 2005.
Dziwny, niezwykły, ekstrawagancki, groteskowy, surrealistyczny – wszystkie te słowa można z powodzeniem użyć do opisania jednego z najdziwaczniejszych filmów, które powstały w Japonii. I, jeśli jest to jeden z najbardziej unikalnych obrazów z Japonii, musi również być jednym z najosobliwszych obrazów w ogóle. W rzeczy samej, „Funky Forest: The First Contact” jest produkcją o poziomie kuriozum, który wymyka się jakiejkolwiek ocenie.
Etykiety:
Hajime Ishimine,
Katsuhito Ishii,
Shunichiro Miki
czwartek, 24 stycznia 2013
The Quatermass Xperiment, Val Guest, 1954.
Miniserial, który głównie skupiał się na pokazaniu reakcji ludzi na niesamowitość, zadaniu pytań o niebezpieczeństwa rozwoju naukowego oraz wskazaniu jego znaczenia, w wersji filmowej stał się udanym, lecz mniej ambitnym dreszczowcem science-fiction, gdzie ostatecznie widz czuje, jakby podróż w kosmos była dla ludzkości zagrożeniem, a nie szansą na rozwój naszej cywilizacji. A z tym się zgodzić nie mogę.
Quatermass II, Rudolph Cartier, 1955.
Tak jak wiele elementów ze społeczno-politycznej rzeczywistości zainspirowało powstanie The Quatermass Experiment, tak też duża część ówczesnej sytuacji na świecie okazała się idealnym pokarmem dla wyobraźni scenarzysty. 17 lutego 1955 roku rząd Wielkiej Brytanii ogłosił, że pracuje nad stworzeniem własnej bomby atomowej. Związane z tym sekrety i strach społeczny rodziły paranoję i były punktem wyjścia dla Kneale’a. Nie wiemy, komu ufać, obcy są wśród nas, lecz wyglądają jak my, jak ludzie, których dobrze znamy. Nie możemy przestać oglądać się za siebie, bo za moment możemy być jednym z demonicznych „nich”. Pod tym względem serial staje się swoistym prekursorem słynnej Inwazji porywaczy ciał (Invasion of the Body Snatchers, 1956) w reżyserii Dona Siegela.
W starym, dziwnym kinie
Cykl W starym dziwnym kinie w zamierzeniu skupiać się ma na krótkich prezentacjach różnorakich produkcji zrealizowanych przed 1950 r. W większości prześledzi filmy eksperymentalne, kryminały, dreszczowce, ale jeśli sięgnie po dramat czy inne gatunki, to nie będzie to bynajmniej zaskoczeniem. Nie mam przy tym zamiaru ograniczać się do produkcji, których nikt nie widział, bo sam też ich nie widziałem, ale zaprezentować zarówno obrazy (u)znane, jak i te mniej widoczne na większości map kinematografii. Wybór filmów przy tym nie odbywa się wg żadnej konkretnej segregacji – czy to dotyczącej gatunku, daty powstania czy nazwiska reżysera, tylko jest jak najbardziej przypadkowy. Powinno to, mam nadzieję, zapewnić większą różnorodność.
1. The Phantom of the Opera / Upiór w operze (1925) reż. Rupert Julian oraz niewymienieni w czołówce: Edward Sedgwick, Lon Chaney, Ernst Laemmle oraz Ye bang ge sheng / Song at Midnight (1937) reż. Ma Xu Wei-Bang.
Edogawa Rampo taizen: Kyofu kikei ningen, Teruo Ishii, 1969.
Zaczynamy nasz groteskowy rollercoaster w szpitalu psychiatrycznym, z którego ucieka główny bohater. Udaje mu się szybko spotkać dziewczynę, która chyba zna odpowiedź na dręczące go w umyśle wizje. Niestety niemal natychmiast miła Japonka ginie, on natomiast odnajduje dziwną rodzinę, w której niedawno umarł pan domu. Bohater więc udaje zmartwychwstałego mężczyznę i zajmuje jego miejsce. Czyni to wszystko, ponieważ próbuje rozwikłać dręczące go halucynacje. Prowadzi to później do kolejnych nieprzewidzianych wydarzeń. Przez cały film skaczemy po wielu lokacjach, obserwujemy zmieniające się wątki, prócz głównego, który jest prowadzony najbardziej konsekwentnie. Jedyne całkowite połączenie fabuły tkwi tylko w głównym bohaterze. Każdy fragment obrazu po chwili odchodzi w zapomnienie i zostaje zastąpiony przez kolejny, i tak jest już do samego końca tej ekscentrycznej, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, produkcji. Jednak paradoksalnie ten chaos okazuje się zaletą, gdyż to właśnie dzięki niemu powstaje specyficzny, oniryczny nastrój. Senny surrealizm jest bowiem jedynym prawdziwym „gatunkiem”, jakim możemy określić ten twór.
Powyższa recenzja jest zmodyfikowaną recenzją opublikowaną niegdyś na łamach HorrorManii.
Więcej: http://www.noircafe.pl/edogawa-rampo-zenshu-kyofu-kikei-ninge/
Więcej: http://www.noircafe.pl/edogawa-rampo-zenshu-kyofu-kikei-ninge/
Red Scorpion, Joseph Zito, 1989.
Wiele strzelanin, typowy twardziel w roli głównego protagonisty, tłum bandziorów i pustynne rejony – są to składniki, z których przyrządzono Czerwonego skorpiona i wszyscy wiedzą, że mogą one posłużyć do przygotowania tylko jednej potrawy. Jest nią klasyczny film akcji lat 80. Tym razem, po raz pierwszy, z Wielkim Szwedem w roli głównej. Produkcja ta oferuje wszystko, czego można od tego typu obrazu oczekiwać, przez co ani przez chwilę nie jest zaskakująca. Jednak nawet jeśli wiemy, czego się spodziewać, film nadal jest dość satysfakcjonującą ekranową rozwałką.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






