poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Inception, 2010 / Expendables, 2010

x

Tytuł: Inception

Tytuł polski: Incepcja

 

Reżyseria i scenariusz: Christopher Nolan

USA/Wielka Brytania, 2010

 

Występują: Leonardo DiCaprio, Ellen Page, Joseph Gordon-Levitt, Cillian Murphy, Ken Watanabe.

 

Brak czasu zmobilizował mnie do powrotu do formuły ‘krótkiego spięcia’ i skróconego pisania o kilku pozycjach w jednym poście. Tę odsłonę poświęcam dwóm ostatnim wizytom w kinie.

 

„Incepcji” Nolana poświęcono już wiele czasu niemal wszędzie, gdzie tylko pisze czy mówi się o filmach, zwykle chwaląc tę produkcję i przyznając jej wysokie noty. Uważam przez to, że kolejne omawianie obrazu jest robieniem mu przysługi, może nawet nazbyt wielkiej, gdyż w moim odczuciu „Incepcja” jest, że użyję trywialnego określenia, po prostu przereklamowana. I przeceniana. Dlatego też postaram się jak najkrócej sformułować swoje odczucia względem tego filmu. Wymiennie stosuję przy tym nazwiska aktorów i postaci filmowych, ufając, iż czytelnik zorientuje się bez problemów o kim w danej chwili mówię, swoje myśli układam w pracy bez dostępu do Internetu.

 

Zakładam też teraz, że do momentu wejścia w sen Ciliana Murphy'ego akcja rozgrywa się w świecie realnym, choć nie uważam by to założenie miało prawdziwą rację bytu, poniżej wyjaśniam dlaczego.

 

Incepcja nie mogła się udać, gdyż w momencie gdy podmiot śniący dowiaduje się, że jest we śnie, zgodnie z psychoanalizą Freuda, nie może zetknąć się z traumą. Nie jest w stanie nie tylko jej spotkać (dodatkowo wiedząc, że jest we śnie, nie miałby powodu by w nią uwierzyć), może również kontrolować sen, oddalając się od traumy. Mówiąc słowami McGowana rozwijającego myśl Lacana, dotyczącą świadomego śnienia: "[...] kiedy widzimy, że sprawy zmierzają ku traumie, nieuchronnie odwracamy się od niej"(Realne spojrzenie, s. 34). Dlatego we śnie jedyną możliwością zetknięcia z sytuacją traumatyczną jest bycie podmiotem śniącym niewiedzącym o swoim stanie. W momencie, gdy Cobb informuje swój cel o pozycji śniącego, nie ma możliwości by ten zetknął się z traumatycznym problemem relacji z ojcem. Nawet jeśli wydaje mu się, że znajduje się w śnie innej osoby, wtedy tym bardziej nie ma pewności, czy to, co widzi nie jest sennym majakiem umysłu drugiej osoby (mimo, że na poziomie świadomości jest teoretycznie przekonany przez Cobba, że w te wizje należy wierzyć, podświadoma wiedza o przebywaniu w stanie snu nie pozwoli mu uwierzyć). Gdy jest we śnie, i wie o tym, nie ma powodu by wierzyć w cokolwiek, czego doświadcza. Konkluzją jest myśl, że postać grana przez Murphy'ego nie powinna, zakładając, że Freud i Lacan mają rację, spotkać się z traumą relacji z ojcem. Lub przyjmując inne słowa Freuda, nawet jeśli we śnie pojawia się myśl implikująca wątpliwość podmiotu co, do stanu w jakim się znajduje (myśl: to tylko sen), podmiot wciąż nie może sprawować świadomej kontroli nad snem, jest to tylko degradacja poprzednich przeżyć i umożliwienie tolerancji nowych. "Myśl ta służy uśpieniu czujności pewnej instancji, która w danej chwili miałaby wszelkie powody, by się obudzić i zabronić kontynuowania snu" (Freud). Wtedy cel Cobba nawet po uzyskaniu informacji, że znajduje się w śnie, przyjmuje to jako ulgę wyjaśniającą poprzednie wydarzenia i łatwiej może znieść kolejne wytwory śniącego umysłu. Może się tak dziać jednak z dwóch przyczyn: 

 

1. wiem, że może dochodzić do dziwnych wydarzeń, bo wiem, że wszystko to jest snem, więc nie mam powodu wierzyć w realność niczego, co widzę.

2. myśl "to tylko sen" staje się kolejnym elementem samego snu pozwalającym przetrwać pewien kryzys świata sennego (rozwój dziwnych wydarzeń, które, wg filmu, mogą zdradzić podmiotowi swoją nieprawdziwość), wtedy wszystko nadal pozostaje w ramach snu. 

 

Jednak jeśli założenie 1. jest prawdziwe, to jak pisałem wcześniej, incepcja nie ma prawa się udać, a podmiot nie zetknie się z traumą, nawet sztucznie mu postawioną, w decydującej chwili wycofa się. Jeśli założenie drugie jest prawdziwe, to tak naprawdę wszyscy w momencie wejścia w świat snu nie powinni być świadomi swej pozycji (wtedy film staje się wyrazicielem perwersyjnej chęci: chciałbym móc być we śnie i jednocześnie być świadom snu i sprawować nad nim kontrolę (pojawia się tu jedna z podstawowych ludzkich żądz: żądza sprawowania kontroli), co jest tylko filmową zabawą nie mającą żadnego związku ze stanem rzeczywistym, pozafilmowym), na wzór osób śpiących u chemika (wszyscy wiedzą, że weszli w świat snu, ale po wejściu jest dla nich realny).

 

Dlaczego Murphy w ogóle ma w którymś momencie snu dowiedzieć się (niezamierzenie przez Cobba i jego ludzi), że śni? Logika filmu, wyrażona przez samego Cobba, zakłada, że we śnie zawsze przyjmujemy wszystko za prawdę niezależnie, co widzimy. Dlaczego wydarzenia ze snu (spadający samochód), mają w ogóle wpływać na głębsze warstwy snu? Nie mają one oparcia w rzeczywistości, więc zjawisko spadania we śnie nie ma podstaw fizycznego zniekształcania świata sennego o poziom niższego. Jedynie poprzez podświadomość śniących, lecz skoro architekt panuje nad snem i może naginać jego fizykę do własnej woli, dlaczego nie może utrzymać świata sennego bez zniekształceń skoro nad wszystkim sprawuje władze? Skoro Eames mógł wyśnić sobie wielką spluwę, mówiąc nie bójmy się śnić z rozmachem, dlaczego nie mógł wyśnić sobie, że jest kuloodporny? Skoro mogą mieć w sennym samochodzie, senne butle z tlenem (wyśnione w ramach przygotowania do misji), dlaczego nie mogą wyśnić sobie, że oddychają pod wodą? Lub, że w sennej wodzie można oddychać jeśli nie chcą ingerować w swoje ciała. Te zarzuty tyczą się tego, że film o śnie powinien być albo bardziej groteskowy/surrealistyczny i odważny (załamywać rzeczywistość, czyż sny muszą być realne, skoro i tak podmiot śniący we wszystko uwierzy? A skoro podmiot dowiaduje się o śnie zawsze po tym jak śnił, to czyż nawet przy zachowaniu realizmu po przebudzeniu nie powinien, wg logiki filmu, wiedzieć, że śnił?) lub bardziej oniryczny i schizofreniczny. Powinien popychać granice. To, co utrzymujemy to film a'la James Bond, w którym podróże po różnych miejscach geograficznych, zostały zastąpione podróżami po różnych warstwach snów z dodatkiem bijatyki bez grawitacji. Z zimowych gór, do ulicznych strzelanin przez ekskluzywny hotel. Film w zupełnie nie śni z rozmachem.

 

Jedyną możliwością wyjaśnienia filmu, jest uznanie, że całość, od pierwszej do ostatniej minuty, była sennym majakiem Cobba (lub kogokolwiek innego), który potrafił w swym "realnym" świecie wyśnić dla siebie Ariadnę.

Tytuł: Expendables

Tytuł polski: Niezniszczalni

 

Reżyseria i scenariusz: Sylvester Stallone

USA, 2010

 

Występują: Sylvester Stallone, Jason Statham, Jet Li, Dolph Lundgren, Eric Roberts, David Zayas, Giselle Itte, Mickey Rourke, Steve Austin, Randy Couture, Aaron Aquilera, Bruce Willis, Arnold Schwarzenegger

 

W przeciwieństwie do produkcji Nolana, obraz Stallone’a w ogóle nie próbuje być ambitnym sposobem na strzelaniny i szpiegowanie. Właściwie szpiegowania tu jak na lekarstwo, za to strzelanin i mordobicia mnóstwo. Oto supertwardziele minionych lat powracają by pokazać, jak kino akcji powinno wyglądać.

 

Od razu trzeba powiedzieć, iż film skierowany jest do osób, które pałają niesłabnącą miłością do kina akcji lat 1980. Jeśli wciąż świetnie potrafisz bawić się na „Commando”, „Cobrze” czy trzeciej części „Życzenia śmierci” oraz im podobnych, to nowa produkcja Sly’a nie powinna Cię zawieść.

 

Film posiada wszystkie parafernalia, jakie wymagane są w tego typu kinie. Mnóstwo strzelania i walk wręcz, starych wyjadaczy kina akcji, niezbyt ambitne dialogi z wieloma ironiczno-kiczowatymi zdaniami, fabułę, która sprawuje funkcję uzasadnienia kolejnych scen akcji, ogromną ilość mięsa armatniego, dużo wybuchów i scen pokazujących, że ekipa „Niezniszczalnych” nie jest po prostu twarda, a jest ultratwarda. Nawet film jest zawieszony pod wieloma względami w tematyce teraźniejszości (jak przystało na dobre kino akcji), mimo że jego fabuła w większości rozgrywa się w jakimś małym latynoskim kraju, który nawet naprawdę nie istnieje, gdzie bohaterowie organizują ćwiczenia strzeleckie z udziałem miejscowej armii, jako ruchomych celów. Jest nawiązanie do, będącej od dłuższego czasu popularnej gdzieniegdzie myśli, że zło tego świata (pieniądz, hedonizm, brak honoru, utrata wartości) przychodzi z Ameryki, są humanitarne wartości pod postacią jedynej ważnej postaci kobiecej i rozrzewnienia Rourke’a, melancholijne poszukiwanie wyższych wartości w świecie ogarniętym ciągłą wojną, ale i tak wszystko ulega, jakżeby inaczej, zapomnieniu, gdy wielkie spluwy pojawiają się na ekranie a budynki i ludzie rozpadają się w drobny mak, gdy czasem ktoś strzeli „za nisko”. W tym momencie przypomina mi się „Życzenie śmierci 4”, gdzie twórcy starają się wyeksponować temat różnorakich zagrożeń związanych z narkotykami (szczególnie ich wpływu na dzieci, przedawkowań, sprzedawania siebie i kradzieży by zdobyć kokainę czy inne środki etc.), lecz kto pamięta o nastolatkach narkotyzujących się w brudnych alejkach czy ciemnych uliczkach, gdy Bronson biega z wielką giwerą rozwalając członków trzech mafii od najniższego do najwyższego szczebla?

 

Nie da się przy tym ukryć, iż film Stallone’a posiada sporo wad, udramatyzowanie akcji praktycznie nie istnieje, skaczemy od jednej sceny do drugiej z przerwami na krótkie dialogi i ironiczne komentarze, montaż jest czasem zbyt chaotyczny, sztucznie dynamizujący akcję, kamera momentami pojawia się zbyt blisko scen walk (szczególnie podczas pojedynku Li vs. Lundgren), większość postaci to jednowymiarowe pionki, które mają po jednej/dwu wypowiedziach (światło skierowane jest na, kolejno, Jasona Stathama, Sylvestra Stallone’a, Jeta Li, Dolpha Lundgrena), ale wszystko to jest do zaakceptowania w tego typu, czysto rozrywkowej, produkcji. Choć może nie wszystko, bardzo irytowało mnie pojawienie się komputerowej krwi. Jest to bardzo nie w stylu lat 1980. Ostatecznie jednak i to da się przeboleć.

 

Kino, jako medium, jest męskie (co poświadcza wielu teoretyków kina) i film Stallone’a doskonale to pokazuje, w bardzo prosty i dający sporo rozrywki sposób. „Niezniszczalni” są filmem, który nie ma ambicji bycia czymś więcej ponad ukłon w stronę miłośników starej szkoły kina akcji, z próbą wykorzystania pewnych udogodnień dzisiejszej techniki. Same zapowiedzi i aktorzy świadczą o tym, jakie jest to kino i ostatecznie otrzymujemy to, co nam obiecano, więc każdy z pewnością wie, czego się spodziewać i może zdecydować, czy jest to produkcja dla niego. Ja mam tymczasem nadzieję, że wersja reżyserska (jeśli wyciętego materiału nie wyrzucono) zostanie wydana na DVD, część druga pojawi się wkrótce, Li znów zawalczy z Lundgrenem, Arnold pojawi się na dłużej, a Van Damme zrobi szpagat w powietrzu (choć to może być już dla niego zbyt wiele).

wtorek, 17 sierpnia 2010

Daikaiju Gamera, Gamera, 1965

 

Tytuł oryginalny: Daikaijû Gamera
Tytuł anglojęzyczny: Gamera

Tytuł polski: brak.
(z jap. dosł.: Wielki potwór Gamera)


Reżyseria: Noriaki Yuasa
Scenariusz: Nisan Takahashi
Rok: 1965
Kraj: Japonia
Czas trwania: 80 min



Po niewątpliwym sukcesie, jaki studio Toho odniosło za sprawą premiery „Gojira” w reżyserii Ishiro Hondy, Daei czuło się zobligowane do wystawienia swojego zawodnika na arenie kaiju. Tak też narodził się pomysł, który z kolei dał podstawy do stworzenia całego filmu prezentującego widzom gigantycznego żółwia, zwanego Gamera, niszczącego japońskie miasta i ich infrastrukturę.

Nie sposób nie zauważyć wielu punktów zbieżnych z produkcją Hondy, wyłaniających się z produkcji Yuasy już od samego początku. Dawne podania o gigantycznym potworze, jego obudzenie wybuchem atomowym, wynikiem czego sieje on grozę i zniszczenie, gigantyzm stwora etc. Brzmi aż nazbyt znajomo. Wycięto jednak wątek konfliktu między chęcią zniszczenia stwora, dyktowaną przez zdroworozsądkową postawę obronną a zachowania go, jako obiektu testowego, co jest wynikiem myślenia par excellence naukowego. Prawdą jest, iż dwubiegunowość, niestety wprowadzona bardzo nieskładnie i nie posiadająca większego wpływu na fabułę, a jedynie irytująca swym nieprzemyśleniem i wtrąceniem na siłę, by film polubiła młodsza, wręcz dziecięca widownia, jest obecny. Wyraźnie jednak jest pokazane, iż całość zmierza do unicestwienia lub przynajmniej chwilowego pokonania bestii. Trochę smaku tej schematycznej (już wtedy) fabule dodaje wątek pojawiających się UFO. Niestety i on zostaje wkrótce złączony z główną osią fabularną, przez co film cierpi na ekstremalne uproszczenie, stając się w wielu scenach nużący i przewidywalny. Szczególnie, że bohaterowie należą do jednowymiarowych, do tego ich brak wyrazistości sprawia, iż niemal niemożliwe jest utożsamienie się, lub kibicowanie jakiejkolwiek postaci. Zabija to w widzu dużą część napięcia, jakie obraz mógłby wywołać, gdyby posiadał żywszych i pełniej zaprezentowanych bohaterów.

Oczywiste przy tego typu fabule stają się nawiązania do drugiej wojny światowej i zrzucenia bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki. W tym świetle Gamera staje się kolejną animizacją broni nuklearnej, niszczącej w sposób dosłowny i potworny (samemu będąc potworem) Japonię. Czy jest to jednak świadome nawiązanie do wojny czy zwykłe wykorzystanie motywów z „Godzilli” pozostaje kwestią otwartą. Jeśli nawet autorzy nie podeszli do tego z pełną świadomością popełnianych czynów, nadal są one wyraźnie obecne w produkcie finalnym. Osłabia je niepotrzebnie wątek dziecka lubiącego żółwie i, co za tym idzie, Gamerę. Tym bardziej, iż monstrum w jednej ze scen uratuje malcowi życie, co jest niepotrzebną fabularną niekonsekwencją, psującą ocenę zachowania Gamery i jednocześnie pozbawiającą ją najważniejszej funkcji, czyli szerzenia całkowitej destrukcji. W końcu też film bardzo widocznie zaznacza jakie jest jego ostateczne przesłanie: wspólna współpraca między różnymi narodami, która wznosi się ponad podziały i uprzedzenia. Tylko razem, jako Ziemia, możemy stać się silni i pokonać zewnętrzne zagrożenie, które, w tym konkretnym przypadku, reprezentuje Gamera, a w presuponowanym planie, broń nuklearna i wojna jako taka. Przesłanie piękne i warte podkreślenia, natomiast jego prezentacja jest zaprzeczeniem wzniosłości tematu.

Technicznie film nie zachwyca, prezentując się gorzej, zarówno muzycznie, jak i wizualnie od produkcji Hondy. Przewidywalne, proste ujęcia, które nie pomagają zainteresować się równie prostą i niezbyt dobrze udramatyzowaną fabułą, są kolejną wadą produkcji. Muzyka stanowi beznamiętne tło dla wydarzeń, które rozgrywają się na naszych oczach, nie dotykając żadnej czułej struny w umyśle odbiorcy. Sam stwór natomiast jest kolejnym gumowym monstrum, których pełno w japońskim kinie i nawet odrzutowe silniki skryte w pancerzu nie pomagają mu zyskać elementów, które zaliczyć można in plus (choć samą scenę, jak najbardziej warto pochwalić za fakt bycia najbardziej zaskakującą sceną w całej produkcji). Wręcz przeciwnie, stają się one jednym z najbardziej absurdalnych i kontradyktoryjnych w całości projektu wielkiego żółwia.

Mimo poważnych braków technicznych i fabularnych Gamera zdołała obronić swą pozycję w świecie gigantycznych kaiju zamieszkujących japońską kinematografię. Do dziś powstają kolejne filmy opowiadające o przygodach żółwia gargantuicznych rozmiarów, który awansował z zagrożenia Ziemi na obrońcę wszechświata (zmiana czasów wymusza zmianę zewnętrznego Innego, który będzie reprezentował mniej lub bardziej fantazmagoryczne zagrożenie). Trzeba przyznać, że niektóre z nich, jak np. film w reżyserii Shusuke Kaneko z 1995 roku, prezentowały wysoki poziom fantastycznego kina rozrywkowego, przewyższając niejedną produkcję z Godzillą. Dzięki temu zresztą Kaneko miał okazję samemu zmierzyć się z tematyką Króla Potworów i, trzeba powiedzieć, wybrnął z zadania udanie. To już jest jednak opowieść na inny czas.


sobota, 7 sierpnia 2010

Girlfight, Zbuntowana, 2000

Tytuł oryginalny: Girlfight
Tytuł polski: Zbuntowana

Reżyseria i scenariusz: Karyn Kusama
Rok: 2000
Czas trwania: 110 min.

W roli głównej: Michelle Rodriguez


Obraz Girlfight jest podwójnym debiutem oraz filmem, który można rozumieć w trójnasób. Jest to również film, który pozwolił występującej po raz pierwszy na ekranie Michelle Rodriguez wstrzelić się do światowej kinematografii, choć do dziś brakuje na jej koncie drugiej pierwszoplanowej roli na skalę Diany Guzman, w którą się wcieliła w swym pierwszym (nie licząc statystowania) starciu  filmowym, chyba, że lukę tę wypełni Tropico de sangre. Mimo to, udało jej się wypracować własny image silnej kobiety oraz zdobyć całkiem pokaźną rzeszę oddanych fanów, oraz, nawet figurkę z własną podobizną, dzięki roli w superprodukcji Jamesa Camerona Avatar, który ponoć zdecydował się na zatrudnienie Michelle właśnie po obejrzeniu Girlfight.

Podobnego filmowego szczęścia nie miała debiutująca na krześle reżysera Karyn Kusama, reżyserka o feministycznych poglądach, które przebijają się przez pierwszy jej film. Później Karyn udało się stworzyć tylko dwa filmy, które nie mogą się równać ani poziomem artyzmu, ani poziomem feminizmu (przynajmniej się nie równa Aeon Flux, gdyż produkcji z Megan Fox nie miałem przyjemności(?) obejrzeć) z jej debiutem. Warto jeszcze odnotować, iż reżyserka nie była przychylna zaangażowaniu do tytułowej roli Rodriguez, jednak specjaliści od castingu skutecznie wyperswadowali inne decyzje aktorskie z głowy Kusamy, dzięki czemu Michelle pokonując ok. 350 rywalek stanęła przed kamerą w swej pierwszej roli pierwszoplanowej. A jej twarz jest pierwszym, co w niej zobaczymy.

Fabuła filmu, ani sposób jej przekazania nie należą do skomplikowanych i od pierwszych scen możemy wysnuć niemałą liczbę wniosków, pozwalających na przewidzenie dalszych losów bohaterki obrazu. Pierwsza scena z wojowniczą, buńczuczną, choć trochę naiwnie przerysowaną wściekłą twarzą osoby na uboczy. Wizerunek jest dodatkowo wzmacniany jej samotnym staniem o szkolne szafki, oddalającą się kamerą, ową samotność uwydatniającą oraz mijającymi ją bez okazania krztyny zainteresowania rówieśnikami. Kolejne chwile filmu są poświęcone uwypukleniu jej nie do końca aspołecznego charakteru i statusu wyrzutka. Piszę „nie do końca aspołecznego”, gdyż, jak się przekonamy już niebawem, nie jest ona osobą, która nie chciałaby mieć przyjaciół czy partnera. Na przeszkodzie stoi jednak nie tylko jej niechęć do należenia do grupy rówieśniczek, których uganianie się za facetami, zajmowanie się makijażami etc. wg Diany jest cokolwiek żałosne, lecz również fakt posiadania wybuchowego charakteru, który niejednokrotnie ustawiał ją w pozycji agresora używającego fizycznej siły wobec upatrzonego wroga.

Nie pomaga, że ojciec nie pozwala dzieciom (Diana posiada brata) na realizowanie własnych marzeń, choć nie można przy tym powiedzieć, iżby był osobą złą. Mimo to dojdzie w trakcie filmu do bardzo agresywnego starcia między nim a Dianą, głównie spowodowanego tematem dawnego samobójstwem jej matki, do czego, wg bohaterki, przyczynił się jej ojciec. Wydaje się, że tkwi w tym jakaś prawda, jednak jej ojciec spełnia tutaj raczej rolę figury dominującego mężczyzny, który w trakcie trwania obrazu będzie sukcesywnie swoją prymarną pozycję tracił.

Diana bowiem znalazła sobie hobby, które staje się czymś więcej aniżeli tylko hobby, czy tylko sposobem na skanalizowanie swych frustracji i wybuchowości charakteru w boks. Mimo że fakt pojawienia się boksu nasuwa niemal automatycznie skojarzenia i chęć porównywania filmu z Rocky, to nie uważam aby takie porównanie było w pełni uzasadnione. Jak napisałem na początku  sytuacja, jaka zostaje zarysowana w omawianej produkcji pozwala na wysunięcie potrójnego wniosku, z czego jeden tylko można uznać za paralelny z Rocky.

Mimo to, by wyjaśnić dlaczego tak myślę, nie jestem w stanie uniknąć porównania z najsłynniejszym obrazem bokserskim. W filmie z Sylvestrem Stallone'm boks był potraktowany o wiele bardziej alegorycznie (jeżeli możemy stopniować poziom alegoryzmu). W pierwszym (a potem najbardziej w szóstym) spotkaniu z poczciwym bokserem, sport uprawiany przez Rocky'ego staje się nie celem samym w sobie, lecz sposobem na zrealizowanie celu. Balboa wykorzystuje go aby odbić się od dna, jest to kolejny przejaw tak lubianego na całym świecie schematu „od zera do bohatera”. Przy czym nie chcę krytykować obrazów o Rockym, które ze swojego zadania wywiązały się bardzo dobrze, Balboa w prosty, acz dosadny sposób nakłania swoich widzów do walki o swoje marzenia, w wyniku czego boks staje się tutaj symbolem bitwy o pragnienia (a potem ich obronę), a nie o boks sam w sobie. Dlatego też obraz o Rockym mógł trafić, i przecież trafił, do szerokiego grona odbiorców, którzy niekoniecznie muszą pasjonować się boksem.

Momentami brak tego wyraźnego wykorzystania bosku jako symbolu (i możliwości pokazania efektownych walk, film zapewne wiele by stracił, gdyby Balboa był np. tenisistą) w Girlfight. Dalej można zrozumieć wykorzystanie boksu, jako drogi ku swym marzeniom (rozumianym uniwersalnie), jednak jest to głos, który ostatecznie nie wybija się ponad inne, gdy często sugerowane jest (tutaj bardziej przez Adriana, filmową miłość Michelle), że marzeniem jest bycie profesjonalnym bokserem, a nie bycie ważną, szanowaną osobą, KTÓRA jest bokserem. Fakt, ich droga ostatecznie ma na celu wybicie się ponad biedotę i beznadzieję środowiska, w jakim przebywają, lecz nie wiedzie PRZEZ boks, a W boks. Symbolizm boksu osłabia również fakt, że służy tu on początkowo, jako bardziej konstruktywna forma realizacji drzemiących w bohaterce agresji i frustracji. Diana musi się wyładować, a lepiej zrobić to na ringu niż w szkolnym korytarzu.

Oczywiście ważną kwestią jest tu zdobywanie przez bohaterkę uznania, jako kobieta w miejscu (świecie?) zdominowanym przez mężczyzn. Niestety jest to raczej przykład ograniczony charakterem bohaterki, która z jednej strony pozwala na lepsze utożsamianie się z nią osobom o podobnym charakterze, lecz z drugiej jego bardzo silne zdefiniowanie ogranicza jej pozycję właśnie do umieszczenia jej w takich sportach/zawodach jak boks, przez co nie każda kobieta oglądająca ten film może poczuć, że daje on nadzieję, na odnalezienie swego miejsca i wybicie się w miejscach (świecie?) zdominowanych przez mężczyzn, gdyż bohaterka nie spełnia warunków bycia tzw. „every(wo)manem” (podobny zarzut można by skierować do Rocky'ego, lecz warto zauważyć, że Balboa w gruncie rzecz jest osobą o gołębim sercu, przez co stanowi połączenie agresji boksera i delikatności romantyka (sceny z przyszłą żoną), dzięki czemu daje więcej możliwości utożsamienia się z postacią).

Diana musi więc walczyć o uzyskanie (i utrzymanie) szacunku, bardziej właśnie jako kobieta, walcząca o respekt, a nie człowiek walczący o swe marzenia. Nie mam zamiaru stwierdzać, że jest to złe wykorzystanie fabuły, zważywszy, iż rzeczywiście brakuje silnych kobiecych postaci w kinie, które nie byłyby głównie spełnieniem pewnych męskich w gruncie rzeczy fetyszy (wszystko to opiera się o wyrażenie, lub raczej uniknięcie wyrażenia, co jest, jak się okazuje bardzo trudne, erotycznych inklinacji przy ukazywaniu takich bohaterek. Postać Catwoman czy japońskie pinky violence, mimo posiadania za wiodących bohaterów silne kobiety były przecież skierowane głównie do męskiej części widowni, lecz to już temat na inny czas), a byłyby po prostu postaciami o twardym charakterze. Oczywiście rodzi to pewne feministyczne dywagacje o sens pokazywania takich postaci, o pozycję kobiety, jaką powinna piastować etc., nie tylko w dialogu damsko-męskim, lecz również damsko-damskim i męsko-męskim. Warto jednak podkreślić, że duecie Kusama-Rodriguez skutecznie udaje się przedstawić „po prostu” silną i zdeterminowaną kobietę, z którą trzeba szanować, czyli najważniejsze, jak sądzę, postawione przez twórców zadanie zostaje spełnione. Swoją drogą obraz też pokazuje, że o szacunek trzeba walczyć, nie dostaje się go (często/zwykle) automatycznie, co nie jest zbyt optymistyczne.

Jednak o pewną śmieszność ocierają się kwestie typu: „walczyłeś ze mną na ringu, jak z facetem. Okazałeś mi [w ten sposób] szacunek”. Przypomina się samoistnie skecz Monty Pythona, w którym wyrośnięty bokser katuje na ringu młodą dziewczynę, wśród komentarzy aprobujących taki stan rzeczy (w ramach sportu przecież walczą, mamy równouprawnienie, sama się zgłosiła – zdają się sugerować głos komentujący i kontekst sytuacji). Czy więc naprawdę Adrian okazał jej szacunek przez to, że walczył z Dianą na ringu, jak z mężczyzną? Czy raczej przez to, że spełnił jej prośbę (potraktował ją poważnie jako osobę), czego wynikiem (w tym konkretnym przypadku) była walka na ringu?

Oczywiście druga opcja jest poprawna, Adrian okazał szacunek Dianie poprzez uszanowanie jej decyzji, co do walki, a nie poprzez samą walkę. Autorka filmu chyba nieco się zagalopowała, nazbyt prędko przeskakując od faktu szacunku poprzez równość w traktowaniu siebie nawzajem, do starcia siłowego (tutaj fizycznego) między płciami jako takiego, co ma sugerować równość jeśli adwersarze nie traktują siebie niepoważnie w walce, a nie w każdym (innym) aspekcie życia. Tak naprawdę bowiem, jedyną sceną w filmie, kiedy Diana dochodzi do wniosku, że Adrian okazał jej szacunek jest komentarz dotyczący finalnego pojedynku na ringu. Sądzę, że nie jest to przedstawienie dobre, gdyż o ile w przypadku Diany, taki stan rzeczy faktycznie można podciągnąć pod pewną równość i szacunek, to nie można byłoby tego uczynić w przypadku innej, słabszej, osoby, przez co również zaniża się pewną alegoryczność filmowej fabuły.

To, co chcę powiedzieć odnośnie powyższego akapitu, przechodząc równocześnie w nieco odleglejszą dygresję, to to, że ważne są proporcje i konteksty, bokser nie okaże szacunku rywalowi poprzez katowanie go, gdy jest on niezdolną do obrony dziewczyną, niczym w skeczu Monty Pythona (szczęściem Diana może sobie na taką walkę pozwolić), tylko okaże jej szacunek poprzez równe traktowanie jej osoby jako takiej, jej zasad, poglądów etc., niezależnie od siły (fizycznej czy psychicznej) co może, ale wcale nie musi skończyć się na pojedynku (nie tylko na ringu, ale jakimkolwiek) jeśli druga osoba (niezależnie od płci) tego chce. Zresztą gdyby ten sam mężczyzna katowałby w ten sposób drugiego, słabszego mężczyznę, również nie byłoby to z okazaniem szacunku. Sprowadza się do wniosku, że okazanie szacunku nie przejawia się w tym, że obaj adwersarze mogą ze sobą walczyć na równych prawach nie wstrzymując ciosów, tylko w tym, że nawet jeśli nie mogą walczyć na równych prawach (gdy np. jedna strona jest znacznie słabsza) to i tak szanują się wzajemnie, z samego faktu, że oboje/obaj są ludźmi.

Ostatecznie więc wypada ocenić film, jako udany i dobry, nie na darmo wszak zyskał pewną liczbę nagród i nominacji. Karyn debiutuje naprawdę na wysokim poziomie, niestety potem jej filmowa kariera staje się nie wartą dłuższego obcowania z nią papką. Tutaj jednak zarówno udramatyzowanie fabuły, przedstawienie postaci (mimo moich polemik), ujęcia, jak i muzyka nie zawodzą i składają się na udaną produkcję filmową. Bez zachwytów nad żadnym z technicznych i fabularnych aspektów, lecz na wystarczająco wysokim pułapie, który utrzymuje widza w napięciu i oczekiwaniu na dalszy rozwój wydarzeń. Co prawda dynamika bokserskich starć nie jest wielka i nie są one w filmie zaprezentowane nazbyt udanie, ale to nie one są jego główną treścią, a jedynie jej wspomożeniem.

Osobne słowa pochwały na koniec należy skierować do odtwórczyni głównej roli, Michelle Rodriguez, której to zasługą jest sprawienie, że postać Diany stała się żywa i realna. Jest to świetny debiut, po którym aż szkoda, że nie miała możliwości pojawienia się w kolejnych rolach pierwszoplanowych, które by jej umiejętności aktorskie rozwijały, gdyż trudno powiedzieć by role w takich obrazach jak Resident Evil czy S.W.A.T. były mocno kształcące. Dopiero w Lost miała znów okazję na pokazanie czegoś więcej niż tylko bardzo twardej osoby. Z drugiej strony można zauważyć, że jej styl i fizjonomia bardzo pasowały do postaci Diany więc była to, pod pewnymi względami, bardzo naturalna kreacja.

Film na koniec polecam wszystkim miłośnikom zbuntowanych dziewczyn i uczennic, boksowi na ekranie, twardych przedstawicielek płci pięknej i dramatów.

niedziela, 1 sierpnia 2010

Control, Tim Hunter - 2004

Tytuł oryginalny:
Control

Tytuł polski:
Control

Reżyseria: Tim Hunter
W rolach głównych: Ray Liotta, Willem Dafoe, Michelle Rodriguez
Rok produkcji: 2004
Czas trwania: 95 min.

Po dłuższym niebycie na filmowym blogu postanowiłem napisać słów kilka o produkcji, która wzbudziła we mnie mieszane odczucia. Nie jest to klasyczna recenzja, pojawia się w niej dużo spoilerów, więc jeśli ktoś nie chce znać ważniejszych scen z filmu, to nie powinien czytać tego, co znajduje się poniżej.

Oto, zdawałoby się, wzięto na warsztat ambitny pomysł, znany nam wszystkim już z "Mechanicznej pomarańczy" (zarówno książki, jak i filmu), po czym przedstawiono go efektowniej, prościej i ze strzelaninami, czyli po amerykańsku. Fabuła prezentuje się następująco: w osobie bohatera umieszczono brutalnego mordercę skazanego na śmierć (w tej roli Ray Liotta), którego egzekucja jest jedynie spektaklem, a on sam staje się obiektem testowym lekarza (w tej roli świetny Willem Dafoe). Badania mają pozbawić go agresji, mają wzbudzić wyrzuty sumienia, mają nauczyć go odróżniać dobro od zła i na odwrót. Pominę wydarzenia z pierwszego etapu leczenia i tym samym ok. 40% produkcji, gdyż nie mają tak bezpośredniego związku z moimi odczuciami po zakończonym seansie, jak to, co ma miejsce później.

Drugim etapem leczenia jest obserwacja w normalnych warunkach (zwykłe życie, jeśli takowe istnieje), podczas egzystowania w miejskim kotle nasz bohater zakochuje się z wzajemnością w niejakiej Teresie (w tej roli Michelle Rodriguez, jedna z niedocenianych aktorek). Fabuła jest przy tym prosta, ci którzy są źli, są źli, a dobrzy są dobrzy. Nie ma odcieni szarości, w końcu amerykański widz mógłby się pogubić, zresztą zjadacz popkulturowej papki nie tylko amerykański również. Jedyne skomplikowanie charakteru uświadczymy w dwójce: morderca, który się nawraca (ale miał ciężkie dzieciństwo, ojciec zabił matkę na jego oczach etc. - skoro ma być bohaterem trzeba go jakoś usprawiedliwić), lekarz, który rozwodzi się właśnie z żoną, ma z rzadka wybuchy agresji, kochankę, jego działania medyczne nie poddają się łatwej ocenie moralnej (ale przeżył tragiczną śmierć dziecka, depresję, drugi bohater też musi mieć usprawiedliwienie - ach, ten schematyzm). Reszta postaci prędzej czy później pokaże się, jako dobra lub zła i nie ma żadnych wątpliwości, jak ich ocenić, dzięki temu nie mają wzbudzać zbyt wielkiego zainteresowania i nie odciągną naszej uwagi od głównych bohaterów, a posłużą, jako narzędzia do ich charakteryzacji, czyli wszystko, zdawałoby się, jest w naturalnym porządku.

Główny wątek skupia się na naszym mordercy, który odkrywa trzy mądrości:
1. mechaniczno-pomarańczową mądrość, że społeczeństwo nie jest przygotowane na jednostki dobre;
2. że przeszłość (i to głównie ta niechciana) się za człowiekiem ciągnie, co też jest mechaniczne i pomarańczowe, ale tutaj raczej stanowi pretekst do kilku strzelanin i trupów, a na dodatek podciągamy to pod nr 1;
3. że warto jednak zrobić coś dobrego, gdyż lepiej się wtedy żyje, ale (ALE!) żeby to poczuć nie można być dobrym, a spotykać tylko zło (wynik byłby stricte mechaniczno-pomarańczowy), trzeba na swej drodze spotkać dobro, tylko przez kontrast można przecież odróżnić zło.

Więc doktor staje się dobrem dla mordercy, a morderca dobrem dla doktora. Każdy z nich ma jeszcze dodatkowe dobro. Doktor ma żonę (100% dobra kobieta), utrzymuje z nią kontakt, w końcu też rozwód nie dojdzie do skutku (doktor i jego żona uświadczą happy endu jako jedyni). Żeby oczywiście widz nie czuł wyrzutów sumienia z powodu odrzucenia młodej, ponętnej nowej partnerki doktora, z jego kochanki zrobiono pod koniec ambitną sukę (przepraszam za wyrażenie), która związana jest z doktorem tylko dla własnych korzyści i nie zawaha się go sprzedać.

(Były) Morderca ma tymczasem Teresę. To dzięki niej w dużej mierze pozna dobro tego świata. Polemizowałbym z tym dobrem, gdyż sztampowość postaci każe wątpić w ich realne istnienie, nie wiem, czy w prawdziwym życiu napotkałby takowe, choć życie jest nieprzewidywalne i trzeba mieć nadzieję, że tak (przynajmniej w części tak dobre). Teresa jest osobą, która miała wcześniej w życiu pecha (miłość do bohatera też nie jest wielkim szczęściem), ale się podniosła i z energią oraz konsekwencją zaczyna wszystko w nim układać. Tak samo, jak w przypadku innych postaci poza męską dwójką jest raczej jednowymiarowa, choć nie wzbudza tym negatywnego wrażenia. Jest mądra, sprytna, ambitna (lecz nie ambitna negatywnie, jak kochanka doktora), tolerancyjna pozytywnie*, miła, nie pije, nie pali, jest śliczna i uczy się aby dostać się na uniwersytet i nie być nikim (właściwie to chyba mój ideał stworzyli niechcący w tym filmie, zarówno pod względem charakteru, jak i wyglądu). Jest więc w stu procentach osobą dobrą, jak pisałem, żadnych odcieni szarości. Paradoksalnie, właśnie poprzez jej szablonowość, wycinkowość poznawanego życia (nie znamy jej przeszłości ani przyszłość, obie jednak, mają silne znamiona tragedii, choć przyszłość rysuje nieco jaśniejsze barwy) i jej zredukowanie fabularne do narzędzia, za pomocą którego morderca poznaje to, co dobre, okazuje się ona najbardziej poruszającą postacią w filmie. Nie dość, że wcześniej miała, używając eufemizmu, pecha, teraz jeszcze nie ma szczęścia i nie wiemy czy jakieś spotka. Jej nowa miłość, czyli nasz bohater, ginie na koniec filmu, zostawiając ją samą. Mimo że jego śmierć ma zapewne wzmóc tylko jego tragedię (ewentualnie także tragedię i ostateczną przemianę doktora), wzmaga tragedię jej osoby. Jego śmierć, mimo nawrócenia (jak się okazuje z własnej woli, a nie farmakologicznego, jak wydaje się przez większość filmu, więc kolejne niejasności moralne jego przypadku ponownie odsuwamy) można wytłumaczyć zachowaniem równowagi. Zabijał, został skazany, żył na kredyt, w końcu jednak ginie (można tu wysnuć paralelę z doktorem: doktor wyłonił się z dobra/życia i po poznaniu zła/śmierci (niezupełnego: mordercy, leki, ale żona, szlachetne chęci), wraca do poprzedniego stanu. Podobnie, choć w innym ułożeniu, morderca: po wyłonieniu się ze zła/śmierci (nie zanurzył się tam z własnej woli) przechodzi przez epizod dobra/życia (niezupełnego: Teresa, lekarz (nie od początku), pogodzenie się z sumieniem, ale zabójcy i zemsta z przeszłości, źli szefowie lekarza, którzy chcą go usunąć) i kończy w źle/śmierci (nie z własnej woli)). Tymczasem nie można wytłumaczyć w żaden logiczny (wg logiki filmowej) sposób tragedii Teresy, co na tle wszystkich mniej lub bardziej jasno wytłumaczalnych złych doświadczeń innych postaci, dodatkowo wywołuje silniejsze doznanie spotykających ją nieszczęść. Tak jakby na koniec wszyscy o niej zapomnieli (łącznie z twórcami filmu) i z pustki zapada w kolejną pustkę. Wydaje się, że jest nadzieja, w końcu uczy się, ma plany etc. Nadzieja jednak nie jest w tym przypadku żywa, ponieważ w filmie, ci którzy kończą źle, kończą źle, a ci którzy kończą dobrze (doktor i żona), kończą dobrze, nie ma niedopowiedzeń. Teresa jest jedyną osobą, która nie ma ani happy endu, ani sad endu, co tym bardziej stawia ja w pozycji osoby pokrzywdzonej, niedookreślenie jej losu jest bardziej frustrujące niż nawet najgorsze, rozwikłujące jej wątek możliwości, które można było w jej przypadku zastosować. Brak finału jej wątku pozbawia jej postać nadziei poprzez kontrast z finałami innych. Jeśli ktoś ma nadzieję, na lepsze jutro (doktor) to jest to jasno wyrażone, w jej przypadku brak jest tego wyrażenia, zawieszona zostaje ona w filmowej próżni.

Jest to podobna sytuacja, jak w filmie Takeshiego Kitano pt. "Lalki", gdzie wśród przejaskrawionych wręcz tragedii, które mnożą się wokół widza, największą staje się epizodyczna historia kobiety, która czeka na ukochanego pogrążona w smutku (ale i cierpliwości), po czym on do niej faktycznie przychodzi (jeden z bohaterów, który postanawia się nawrócić, kolejna analogia z "Control"), a następnie ginie. Ona o jego śmierci jednak nic nie wie, przychodzi więc na zwyczajowe miejsce spotkań by znów na niego czekać. I tak pozostaje, w stanie smutnego oczekiwania, tym razem tym tragiczniejszego, że skazanego na porażkę (a nawet potrójnie tragicznego, gdyż ona o tej przesądzonej porażce nie wie) i bez ostatecznego wyjaśnienia dalszego losu. Mimo iż jej tragedia jest nieporównywalnie większa niż Teresy to mają one wiele cech wspólnych, pod względem przedstawienia w dziele filmowym (wycinkowość, użycie do charakteryzacji innej osoby, niewyjaśnienie ostatecznego losu), wydaje się jednak, że Kitano był bardziej świadom co czyni ze swoją bohaterką.

Tak więc, "Control" oceniam jako film co najwyżej średni (szczególnie w porównaniu do "Mechanicznej pomarańczy”), lecz poprzez szablony i schematy wyłania się, jak sądzę, nie do końca zaplanowana tragedia, która potrafi poruszyć. To, o czym, zdaje się, twórcy zapomnieli, że stworzyli, i czego nie dokończyli (gdyż nie miało wpływu na główną oś fabularną) stało się największą siłą filmu. Rację widać ma Slavoj Żiżek, gdy mówi, iż najgroźniejsze są nieznane znane.

[Zdaję sobie sprawę, że nie jest to właściwie recenzja i nie oceniam tutaj aktorów, muzyki, pracy kamery etc., lecz chciałem tylko skupić się na wrażeniu wywołanym przez ten film.]

*Tolerancja negatywna: toleruję kogoś, bo nie chcę kłótni, ale wiem, że jestem lepszy, po prostu tego kogoś znoszę dla utrzymania względnego spokoju. Pozytywna to toleruję, bo wiem, że od innych mogę się czegoś nauczyć i/lub spojrzeć na pewne sprawy z szerszej/odmiennej perspektywy i traktuję ich na równych prawach niezależnie od odmienności poglądów, przekonań etc.


poniedziałek, 7 września 2009

Ansatsu shirei, Eiichi Kudo, 1984




Tytuł oryginalny: 
暗殺指令 
Ansatsu shirei 

Tytuł anglojęzyczny: 
Assassination orders 

Tytułów polskich brak. 

Reżyseria: Eiichi Kudo 
Aktor: Hideki Takahashi 
Rok produkcji: 1984 
Studio: Fuji TV / Toei 
Czas trwania: 92 min. 

Mimo, że najlepsze czasy kino samurajskie z pewnością przeżywało w latach 5.-70., kiedy to powstały najsłynniejsze dzieła Akiry Kurosawy, Masakiego Kobayashi czy Hiroshiego Inagaki, a po ekranach szaleli Zatoichi i Ogami Itto wybijający w pień hordy złych wojowników, to jidaigeki nie skończyło się w latach 70. Świadczą o tym filmy pokroju „Tasogare seibei” i „Ame agaru”. Również w latach 80. stworzono obrazy, które miłośnikowi kina spod znaku katany mogą przypaść do gustu, i po które z pewnością powinien sięgnąć. 

Jednym z nich jest niepozorny „Ansatsu shirei”. Dlaczego niepozorny? Dlatego, iż nie posiada dużego budżetu, próżno w nim szukać znanych na cały świat nazwisk, a nawet na porażkę skazane są próby wykrycia w nim oryginalnej fabuły, w końcu jest to również produkcja nie przeznaczona na rynek kinowy. Mimo tych, wydawałoby się, wielkich wad wciąż potrafi ów film zaciekawić widza spragnionego samurajskich emocji i przykuć go do ekranu na ponad 90 minut. Opowiada on historię samotnego ronina, który podejmuje się przekazania pieniędzy ojcu napotkanego mężczyzny. Nie wydaje się, aby było to zadanie szczególnie uporczywe, jednakowoż gdy tylko przyjeżdża do małego miasteczka spotyka,  kolejno: drobnego acz uporczywego złodziejaszka, zły klan samurajów, uciekającą księżniczkę, poszukiwanych spiskowców oraz starego przyjaciela, a przy tym mistrza posługiwania się kataną, który wylądował po przeciwnej stronie barykady. Mimo iż wydaje się, że z takimi problemami poradzić sobie nie łatwo oraz, że ich rozpiętość może w rękach niewprawnego twórcy zmienić film w chaotyczną bieganinę lub, wręcz przeciwnie, zachwycić nas spektakularną rozpiętością fabularną, to okazuje się, iż wszystkie wątki mają bardzo mocne powiązanie fabularne i szybko łączą się w jedną zwartą historię, która okazuje się raczej jednowątkowa z kilkoma jedynie małymi zboczeniami z głównej drogi. Momentami jest to też opowieść subtelnie, lecz wyraźnie podważająca zasadność kodeksu bushido. Jednak jest to przede wszystkim kino rozrywkowe, które ma tak naprawdę niewiele wspólnego z prawdziwym podważaniem i polemiką z owym kodeksem, której dokonał w swych genialnych filmach Masaki Kobayashi. 

Faktem jest, iż fabuła niepodważalnie momentami utyka. Autorzy nie wchodzą głębiej w żaden problem i pomimo przedstawienia sporej gamy dylematów czyhających na bohaterów to prezentują historię jednowymiarową i nie odstępują nigdy daleko od wątku głównego, co można wytłumaczyć telewizyjnością filmu. Trochę szkoda, że wszystko potraktowane jest tak pobieżnie, ale wciąż obraz wciąga i pokazuje całkiem spore spektrum przygód i podchodów, których świadkiem będzie, wraz z nami, główny bohater.

Warto przez chwilę zatrzymać się przy jego postaci. Niewątpliwie jest to jaskrawa emanacja bohatera filmów Kurosawy „Straż przyboczna” i „Sanjuro – samuraj znikąd” oraz „Ukrytej fortecy”. Niejednoznaczny moralnie, pewny siebie, nieco zadufany, twardy, choć skłonny do pomocy na swój sposób ronin, który na swojej drodze spotyka księżniczkę i pomaga ją eskortować. Skojarzenia nasuwają się same, lecz film na szczęście nie zamienia się w kalkę motywów z obrazów Cesarza, tylko wykorzystuje pewne cechy w stopniu małym. Również gra aktorska Hideshi Takahashi swoim delikatnym przejaskrawieniem oraz gestykulacją nawiązuje do Toshiro Mifune. Jednak Takahashi nie jest aktorem tej miary, co Mifune i niestety jego ruchy zalatują odrobinę sztucznością, lekko przypominającą mi momentami Sonny’ego Chibę, jednak również nie jest to ten styl. Nie ma co jednak zbytnio Hideshiego krytykować, gdyż stworzył rolę odwołującą się do starego mistrza w sposób mniej lub bardziej bezpośredni (możliwe, iż przez próbę stworzenia przejaskrawionego ronina podobieństwo z Mifune wynikło niejako samo z siebie), a z tego niełatwego zadania wywiązał się w końcu całkiem przyzwoicie. 

Trzeba też powiedzieć, że zaprawionych w chambarowych bojach widzów może czekać małe zaskoczenie, które niektórzy mogą rozpatrywać przez pryzmat rozczarowania. Otóż w trakcie filmu fabuła prowadzi nas do, zdaje się, pewnego momentu, wręcz koniecznego, który w końcu nie następuje. Ciężko o tym pisać nie zdradzając kluczowych elementów historii, wystarczy jeśli powiem, iż z jednej strony jest to pewne złamanie konwencji, a z drugiej, spore rozczarowanie.

Rozczarowująca jest też liczba walk w tym filmie. Nie chodzi o to, iż dobre jidaigeki musi być do granic nafaszerowane błyskającymi w nieskończość ostrzami, lecz ich ilość w tym filmie mogłaby być zwiększona z powowdzeniem dla całego obrazu. Mamy raptem dwie sceny szermiercze. Ich niezaprzeczalnym plusem jest jednak fakt, iż nie są one wciśnięte na siłę w historię, aby zadowolić spragnionego popisów umiejętności walk samurajów widza, lecz są logicznym wynikiem fabuły. 

Summa summarum, „Ansatsu shirei” jest filmem dobrym, dobrym głównie dla fana filmów samurajskich, jednak wciąż nie doskonałym, do doskonałości jeszcze daleka droga. Mimo wszystko każdy miłośnik chambary będzie czuł się jak w domu podczas obcowania z tym filmem. 

niedziela, 2 sierpnia 2009

Genbaku no ko, 1952


Tytuł oryginalny:
原爆の子
Genbaku no ko

Tytuł anglojęzyczny:
Children of Hiroshima

Tytuł polski:
Dzieci Hiroszimy
(tytuł dosłowny z jap. to „Dzieci bomby atomowej”)

Reżyseria: Kaneto Shindō
Data: 1952
Studio: Kindai Eiga Kyokai
Czas: 97 min.


6. sierpień, rok 1945, godzina 7:00. Pomimo wciąż jeszcze trwającej wojny, ludzie szykują się do wyjścia z domu, dzieci niedługo rozpoczną zajęcia w szkole, niektórzy, jak rybacy, już od bladego świtu są na nogach i ciężką pracą zarabiają na życie. Pogoda jest bardzo ładna, niebo rozświetlają jasne promienie słońca, wprawiając wszystkich w pozytywny nastrój. Mijając się na ulicy ludzie się witają, uprzejmie pozdrawiając i uśmiechając do siebie nawzajem. Gdy dochodzą do celu swych miejskich wędrówek powoli przystępują do zwykłych zadań dnia codziennego. Dwie sekundy po 8:16 wszystko dobiega końca. CIAŁA TOPNIEJĄ, BUDYNKI PRZESTAJĄ ISTNIEĆ, DYM SPOWIJA MIASTO, LUDZIE UMIERAJĄ, PONAD 80.000 MIESZKAŃCÓW HIROSZIMY TRACI ŻYCIE NIEMAL NATYCHMIAST.

Temperatura w centrum eksplozji wyniosła 55 mln. stopni. Ognista kula, jaka powstała w wyniku wybuchu, miała średnicę ok. 55 m. i temperaturę powierzchni ok. 300 000 stopni. Na ziemi temperatura osiągnęła 2980 stopni. Była ona wystarczająco duża, aby zwęglić drewniane słupy w odległości 3660 m. od miejsca eksplozji. Oparzenia cieplne, wywołane przez towarzyszący eksplozji błysk stwierdzono u ludzi znajdujących się w odległości 3,2 km. od centrum eksplozji. Ci, którzy znaleźli się w odległości mniejszej niż 800 m. od ognistej kuli, jaką wytworzył "Mały chłopiec" (nazwa bomby) spalili się żywcem natychmiast. Po niektórych ludziach pozostał zaledwie cień. Fala uderzeniowa przemieszczała się z prędkością ok. 2000 km/h. Wystarczyło to do tego, by większa część miasta zniknęła z powierzchni ziemi. Jej siła była tak duża, że w odległości 0,6 km. od miejsca wybuchu całkowicie zniszczone zostały budynki o konstrukcji żelbetowej (choć jeden - znany obecnie jako "kopuła bomby atomowej" częściowo ocalał). 78 100 zostało zabitych, 13 983 zaginęło, a 37 424 zostało rannych. U wielu mieszkańców Hiroszimy wystąpiły późne następstwa promieniowania jonizującego - białaczka, zaćma, zaburzenia rozwoju dzieci, itd. Na 75 000 znajdujących się w Hiroszimie budynków 7000 zostało zburzonych przez podmuch, a 55 000 spłonęło w wyniku wytworzonej przez wybuch burzy ogniowej. Całkowity obszar zniszczeń zajął ok. 12 km. kw.*

Kitajama Futaba, kobieta która przeżyła wybuch, tak opisała to wydarzenie:
„Nagle, bez uprzedniego alarmu, pojawił się bardzo wysoko, nad naszymi głowami pojedynczy nieprzyjacielski samolot. Jedna z kobiet krzyknęła: „patrzcie, spadochron!”
Odwróciłam się na ten okrzyk i właśnie w tym momencie przenikliwy błysk zakrył całe niebo. Co było pierwsze: błysk czy huk wybuchu, który zdawał się rozdzierać mnie na kawałki? Nie pamiętam. Rzuciło mną o ziemię i natychmiast świat zaczął się walić wokół mnie, na mnie, na moją głowę. Przestałam cokolwiek widzieć. Zaczęłam dość mocno pocierać sobie nos serwetką, zawieszoną przy pasku. Nagle z przerażeniem spostrzegłam, że na serwetce pozostały kawałki skóry z mojej twarzy.... Ach! I skóra z moich rąk, i skóra z ramion również zaczęła odpadać.”**

Za walkę osób na szczycie ucierpieli, jak zawsze, zwykli, niewinni ludzie. Kobiety, dzieci, starcy, mężczyźni, artyści, wszyscy. Bomba atomowa zniszczyła całą nadzieję mieszkańców Hiroszimy wraz z nimi samymi w ciągu zaledwie jednej chwili, a jej skutki, i skutki promieniowania odczuwano przez wiele kolejnych lat. Ich świadectwem byli ludzie oślepieni, bezpłodni, zdeformowani, powoli umierający, którzy narażeni zostali na śmiertelne promieniowanie bomby. W samej powojennej Hiroszimie była o wiele większa liczba sierot niż w przeważających w liczbie mieszkańców miastach takich jak choćby Tokio.

W ten świat zniszczonych marzeń, ale i rodzących się kolejnych snów, zdewastowanych budowli, lecz powstających następnych, do tego zburzonego miasta, powstającego z własnych gruzów zabiera nas Kaneto Shindo, reżyser szerzej znany obecnie z innych klasycznych filmów japońskiej kinematografii, takich jak „Kobieta-Diabeł” (Onibaba, 1964) i „Czarny kot”(Kuroneko, 1968). Jego „Dzieci Hiroszimy” (Genbaku no ko, 1952) są pełną dramatu, smutku, ale i nadziei opowieścią, z czasów, kiedy jeszcze widmo bomby atomowej i wojny w ogóle było bardzo żywe i wciąż budziło grozę.

Główną bohaterką dramatu, jaki przedstawia nam japoński reżyser jest młoda nauczycielka, pracująca w przedszkolu, imieniem Takako. Zastajemy ją w sytuacji, gdy kończy właśnie ostatnie przed przerwą letnią zajęcia. Słońce świeci, pogoda dopisuje, wszyscy są mili, uśmiechnięci, chętni do pomocy. W tym momencie ponury nastrój zniszczeń objawiony podczas czołówki filmu zanika niemal całkowicie. Na tym sielankowym krajobrazie są jednak pewne wyraźne rysy. Z rozmów Takako z innymi dowiadujemy się, iż w niedalekiej przeszłości zdarzyło się coś tragicznego, a teraz 4 lata po wyjeździe z Hiroszimy młoda nauczycielka zamierza wrócić na pewien czas w rodzinne strony. Jeszcze tylko przez chwilę utrzyma się przyjemniejszy nastrój filmu, gdyż w niedługim czasie Takako stanie na gruzach swego dawnego domu i przypomni sobie o pamiętnym dniu wybuchu bomby.

Lecz nawet na samym początku jej przejścia przez powojenną Hiroszimę, pojawia się nuta pewnej niezmienności wśród minionej, i zmieniającej, zdawałoby się wszystko, tragedii. I mimo, że to właśnie przemijanie jest często akcentowane w japońskich produkcjach, będące źródłem swoistego smutku, mono no aware, to Shindo zwraca nam w tym momencie uwagę na to, co niezmienne. Niebo rozciąga się nad miastem, tak jak wcześniej, rzeka płynie w ten sam sposób co poprzednio. I nawet jeśli tyle się wydarzyło, tyle ofiar poległo i tyle krwi przelano, to nie jest to koniec wszystkiego, czas nadal płynie, tak samo jak wspomniana rzeka i w końcu zmyje dawne cierpienia.

Właśnie drogę od smutku ku nadziei zdaje się pokazywać Shindo. Nawet jeśli zaprasza nas na melancholijną, pełną dramatu i męczeństwa podróż przez pogrążoną jeszcze w bólu Hiroszimę, to ludzie którzy ucierpieli podczas wojny powoli dochodzą do siebie. Poznajemy kobietę, która stała się bezpłodna, jednak teraz pogodzona z tym faktem adoptuje dziecko, kobieta z uszkodzoną nogą, wbrew swym obawom nie musi być samotna i dawny ukochany wciąż chce wziąć z nią ślub. Oczywiście nie można negować ogromnej dawki smutku, jaki pokazuje nam Kaneto, a jaki jest wynikiem wybuchu bomby, ale jednak powolne odzyskiwanie sił staje się bardziej widoczne w większości czasu trwania filmu niż żal i śmierć. Są to ważne, tragiczne, lecz odchodzące z wolna w przeszłość smutki powstającego na nowo miasta.

Śmierć niewinnych, osierocone dzieci, odzywająca się z opóźnieniem choroba popromienna są, oczywiście, wciąż obecnymi wydarzeniami w filmie japońskiego reżysera. Najwięcej uwagi zyskuje tu wątek dawnego służącego ojca Takako, imieniem Iwakichi, który teraz oszpecony, niemal ślepy, jest żebrakiem, a jedynym powodem do życia jest dla niego przebywający w sierocińcu wnuk Taro. Takako oferuje mu swą pomoc i deklaruje się zabrać Taro do siebie, jednak stary mężczyzna nie chce pozostać samotnym, tym samym skazując się na nieuchronną śmierć.

W filmie Shindo nie uświadczymy też postaci negatywnych, wszyscy są pomocni, opiekuńczy, pełni troski o innych, wszyscy dzielą ten sam ból i tę samą nadzieję. Jedyne zło to wojna, nie tylko wybuch bomby, lecz wojna w ogóle. Jak mówi Iwakichi: „Wojna jest największym złem, wojna jest największą głupotą!” Nie dziwi zatem, iż najbardziej szokującym, a co za tym idzie i zapadającym w pamięć momentem jest scena wspomnienia dnia wybuchu bomby. Najpierw radość. Następnie cisza. Potem ból. Spalone ciała, popękana skóra, znikający ludzie.

„Dzieci Hiroszimy” zdają się więc być pewnym spojrzeniem wstecz, które jednak nie zatrzymuje się na przeszłości a wychodzi poza nią. Jedna z postaci mówi, że nie lubi rozpamiętywać minionego czasu, lecz zdarza się, iż nie może nic na to poradzić. Shindo też, jak się wydaje, nie chce rozpamiętywać tego co było, choć nie jest w stanie uniknąć spojrzenia wstecz. Pokazuje przeszłą tragedię, ale nie zatrzymuje się na niej, ona jest tylko jednym spojrzeniem za siebie, wszak sam film zaczyna się kilka lat po wydarzeniach z Hiroszimy. Reżyser pokazuje miasto, które się odbudowuje, którego radość nie została całkiem pogrzebana, nawet mimo wciąż obecnego tam przejmującego smutku.

Pod względem technicznym, który nie pozostał na drugim planie, jak to często bywa w filmach skupiających się na tak ważnym przekazie, obraz Kaneto Shindo jest bardzo dopracowany. Zdjęcia są wyważone i pojawia się wiele wspaniałych ujęć, choć nie jest to jeszcze poziom jaki Kaneto osiągnie w swych późniejszych, wspomnianych wcześniej, produkcjach. Nieznacznie kuleje momentami gra aktorska, od czasu do czasu pewne dialogi są prowadzone odrobinę sztucznie i wymiany zdań wyglądają na nieco wymuszone na potrzeby filmu. Muzycznie nie ma nic do zarzucenia. Nie można powiedzieć aby ścieżka dźwiękowa filmu była bardzo bogata, w większości bowiem, poza odgłosami dnia codziennego nie gra w tle żadna muzyka, ale gdy już się pojawia to stoi ona na najwyższym poziomie. Nie powinno to jednak dziwić, zważywszy, że autorem ścieżki dźwiękowej jest sam Akira Ifukube.

Jeszcze przed podsumowaniem zatrzymam się na chwilkę przy jedynym minusie tej, bądź co bądź, wspaniałej produkcji. Otóż sceny przed imaginacją wybuchu bomby, powinny były zostać poprowadzone wg mnie nieco wolniej, bardziej uspokoić widza, bardziej wprowadzić go w nastrój nerwowego oczekiwania na nieuniknioną zagładę, a następnie zaskoczyć kolejnymi scenami. Nie mogę powiedzieć, że sceny te wypadły źle, ale mogło być na pewno lepiej. Film jest też, jak można się domyślać, raczej monotematyczny, jednak nie stracił on na swojej wymowie niemal nic. Tematyka wojny, pokoju, cierpienia niewinnych i nadziei jest wciąż aktualna i nie wydaje się, aby szybko miała się zdezaktualizować. Niestety.

Cóż można napisać aby podsumować ten film? Można go teraz chyba jedynie polecić wszystkim, których interesują rezultaty wojen, tym którzy mają zamiar jakieś wzniecać i wszystkim, którzy zainteresowani są kinem, kulturą i historią Kraju Kwitnącej Wiśni. Czas spędzony przy dziele Shindo nie jest czasem straconym, jest czasem, który wzbogaci nas o kolejne wartościowe doznania.

*Informacje pochodzą z portalu wiadomosci.polska.pl.
**Cytat pochodzi z Wikipedii, wolnej encyklopedii.


Powyższe zdjęcie przedstawia Kopułę Bomby Atomowej przed zniszczeniem. Pochodzi z ok. 1930 roku.

原爆ドーム (Kopuła bomby atomowej) - znajdujący się w Hiroshimie budynek-pomnik, upamiętniający zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki.

Budynek zaprojektowany jako centrum wystawowe przez czeskiego architekta Jana Letzla został ukończony w kwietniu 1915. W sierpniu tego roku został oddany do użytku.

Eksplozja po zrzuceniu bomby atomowej 6 sierpnia 1945 miała miejsce w bezpośredniej bliskości hali, hipocentrum znajdowało się ok. 150 metrów od niej. Był to jedyny tak blisko położony budynek, który nie uległ całkowitemu zniszczeniu. Został on zabezpieczony jako Pomnik Pokoju, w takim stanie w jakim znajdował się bezpośrednio po wybuchu. Wokół znajduje się Park - Pomnik Pokoju.

W 1996 Kopuła Bomby Atomowej została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Informacja pochodzi z Wikipedii, wolnej encyklopedii.

Poniżej znajduje się obecny wygląd Kopuły.

piątek, 31 lipca 2009

Prequel "Obcego" w reżyserii Ridleya Scotta



Pewnie już wszyscy wiedzą, ale i tak warto wspomnieć, że powstanie prequel słynnej serii "Obcy". Jego reżyserią zajmie się sam Ridley Scott, twórca pierwowzoru. Przypomnijmy, że seria liczy obecnie 4 filmy: "Obcy - 8. pasażer Nostromo" (Alien, 1979), "Obcy - decydujące starcie" (Aliens, 1986), "Obcy 3" (Alien 3, 1992), "Obcy - przebudzenie" (Alien - Resurrection, 1997) oraz dwa filmy, w których Obcy starli się z Predatorem, ale szkoda miejsca by o nich pisać.

Ostatnim filmem Ridleya Scotta jest "W sieci kłamstw" (Body of Lies, 2008). Poniżej znajduje się zwiastun pierwszej części w reżyserii Ridleya Scotta.