poniedziałek, 28 marca 2011

Bian cheng san xia (Magnificent Trio), 1966 / Shi san tai bao (The Heroic Ones), 1970 - reż. Chang Cheh

Ostatnio poczułem chęć ponownego sięgnięcia po kinematografię z Honkongu oraz, co za tym idzie, z Chin. Mówiąc wprost, oznacza to głównie uświadczenie kolejnych pojedynków kung fu i/lub potyczek triad. Pierwszymi filmami, jakie obejrzałem w ramach powrotu w te rejony są:



Bian cheng san xia
Magnificent Trio
reż. Cheh Chang
Hongkong, 1966

Pamiętam, że onegdaj natknąłem się na wzmiankę o tej produkcji w niemal zapomnianym przeze mnie dokumencie przedstawiającym rozwój chińskiej kinematografii. Wbiła mi się za to do głowy scena, w której mistrz kung fu wręcza wybrance swego serca biały kwiatek. Prędzej czy później musiałem więc ów film obejrzeć.

Pod wieloma względami jest to produkcja, która faktycznie wyróżnia się z setek filmów kung fu, lecz w dalszym ciągu pozostaje w ramach swojego nurtu i osobom, które nie przepadają za tego typu kinem po prostu się nie spodoba. Trzeba jej jednak oddać sprawiedliwość i przyznać, iż nie jest to obraz, który stanowi jedynie niedorobiony pretekst do pokazania kilku scen walk. Dodać należy, iż obraz jest ważny dla samego gatunku, ponieważ dochodzi w nim do poważnej zmiany. Do tej pory gwiazdami i bohater(k)ami kina spod znaku kung fu były kobiety. Chang postanawia zmienić ten stan rzeczy i wprowadza bohaterów męskich, których prezentuje jako wielkich wojowników już w samej czołówce.

Niestety, już sam tytuł i wspomniana czołówka stają się pod pewnym względem wadą. Dzieje się tak w odniesieniu do fabuły, która niemal do połowy nie daje jednoznacznej odpowiedzi czy jeden z głównych bohaterów stanie po stronie zła (która to strona jest jego punktem wyjściowym), czy też dobra. Niestety, czołówka, w której trzech wojowników oswobadza uciśnionych chłopów, oraz sam tytuł, sprawiają, że każdy, kto potrafi liczyć do trzech, po kilkunastu minutach, gdy wszystkie postaci zostaną już wprowadzone, nie będzie miał żadnych wątpliwości, kto należy do tytułowego trio. W ten sposób jeden z największych fabularnych plusów zostaje utracony. A poza nim nie dzieje się tutaj nazbyt wiele.

Pojawiają się za to, oczywiście, wątki romantyczne. Właściwie to każdy z bohaterów rozwija własny, acz pierwszy i zarazem najważniejszy, dotyczący syna poległego na polu bitwy generała, pozostaje bez jasnej odpowiedzi czy to naprawdę była relacja miłosna. O tym jednak za moment. Wspomniany wcześniej wojownik, który startuje po stronie zła już od początku obrazu znajduje się w silnym związku z kobietą. Niestety zmiana stron konfliktu, jakiej dokonuje, ściąga na jego partnerkę śmierć. Przyjaciel z pola bitwy pierwszego herosa, zakochuje się tymczasem z wzajemnością we wdowie z wioski, którą trio broni. Co ciekawe, mamy tutaj odstępstwo od zwyczajowego zaprezentowania rozwoju uczuciowego w ramach schematu kina kung fu. Otóż zwykle kobieta mówi „twoje kung fu jest wspaniałe! Kocham cię!”, tutaj zaś to romantyczna i delikatna strona odpowiada za rozwój związku. Cheh nie odcina się jednak o fascynacji siłą kochanka, gdyż to początkowo dzięki niej jakakolwiek relacja ma szansę na ukształtowanie, wstępnie jako wdzięczność za uratowanie życia. Po raz kolejny jednak, ciężki los wojownika za słuszną sprawę, sprawia, iż miłość nie ma szans na przetrwanie.

Główny wątek skupia się na walce tytułowych bohaterów z urzędnikiem państwowym, który nie dość, że wyzyskuje biednych, to jeszcze jest skorumpowany, kłamliwy i nie cofa się przed zabójstwami. W centrum wydarzeń znajduje się także jego doradca, który to potrafi odnaleźć się w każdej sytuacji i to on faktycznie decyduje o wszystkich niemal poczynaniach swego przełożonego. Córka głównego negatywnego charakteru, początkowo zakładniczka wieśniaków, sprzewciwia się jednak swemu ojcu i pomoże synowi generała, który podczas przełomowych scen filmu stanie się ofiarą kłamstw swego rywala. Nie jest przy tym do końca jasne, czy robi to z powodu niedookreślonego uczucia odczuwanego w stosunku do syna generała, z powodu współczucia wieśniakom, które objawia się w kilku scenach w pierwszej połowie filmu, czy też z powodu, jak sama twierdzi, chęci czynienia sprawiedliwości, nawet jeśli oznacza ona działanie na szkodę ojcu.

Klasycznie więc w kinie wuxia, politycy są przedstawieni jako wyzyskiwacze, lecz, równie klasycznie, zawsze znajduje się się jakiś Inny, który sprawuje nad wszystkim pieczę. Tak tek jest i w tej produkcji, kiedy w końcu pojawia się ów Inny i przywraca porządek. Ostatecznie więc, Cheh sugeruje swym widzom, że zło faktycznie się dzieje, ale takie jest przeznaczenie, któremu nie ma sensu się sprzeciwiać, należy je zaakceptować, tym bardziej, iż na koniec zawsze pojawi się siła, która przywróci sprawiedliwość.

Gorszym pod względem fabularnym, acz lepszym jeśli chodzi o choreografię scen walki jest inny film Chang Cheha, mianowicie:

 
Shi san tai bao
The Heroic Ones
reż. Chang Cheh
Hongkong, 1970

Temu obrazowi nie będę poświęcał wiele czasu. Fabuła skupia się na machinacjach, spiskach i wewnętrznych walkach o władzę, ponownie więc polityka i próby uzyskania wyższego statusu społecznego są źródłem wszelkiego zła, szczególnie w połączeniu z ludzką pychą. Wszystkie polityczne chęci osiągnięcia celu za pomocą niewybrednych metod prowadzą jednak, przewidywalnie zważywszy na gatunek filmu, do kolejnych rozwiązań siłowych. Film jest wręcz nimi nafaszerowany, są to długie starcia, w których jeden lub kilku bohaterów stawia/ją czoła hordom wrogów. W pewnym momencie obraz przez to staje się niemal nużący, lecz Cheh oferuje widzom sprawny kontrapunkt, gdy jedną z postaci spotyka zaskakujący los. Jest to najbardziej zapadający w pamięc moment, można nawet pokusić się o stwierdzenie, że film istnieje dla tej właśnie sceny, która dokonuje transpozycji fabularnej. Wspomnę jeszcze, że tutaj również pojawia się wątek miłosny, lecz znika on zanim ma szansę się rozwinąć. Gdy wydaje się, że właśnie następuje moment zbliżenia, okazuje się, że dziewczyna, do której przychodzi 13. generał zginęła podczas walk, które nawet nie były pokazane w kadrze, tym bardziej więc miłość staje się tragicznym niespełnieniem. Ostatecznie jednak, mimo prób zbudowania interesującej fabuły, gdyby z produkcji usunąć sceny walk, nie wyróżniałaby się niczym szczególnym i pewnie nikogo by nie zainteresowała.

W obu filmach nacisk położony jest na przeznaczenie, które odgrywa najważniejszą rolę w życiu człowieka i nie ma sensu mu się przeciwstawiać. A jeśli ruszamy do walki, to tylko dlatego, że tak chciał los. Wszystko jest zdecydowane, jesteśmy marionetkami, które odgrywają swoje role.

Niedługo krótkie opisy następnych dwóch filmów. Postaram się w ten sposób zrobić ograniczony szkic produkcji z Hongkongu i, mniej, z Chin. W najbliższym czasie zdominują je produkcje ze studia braci Shaw.

Poniżej zwiastun Magnificent Trio oraz scena walki z The Heroic Ones:



czwartek, 27 stycznia 2011

Akmareul boattda / Widziałem diabła, 2010

Tytuł oryginalny: Akmareul boattda
Tytuł anglojęzyczny: I Saw the Devil
Tytuł polski: Widziałem diabła

Reżyseria: Ji-woon Kim
Kraj: Korea Płd.
Rok: 2010
Występują: Byung-hun Lee, Choi-min Sik


Ji-woon Kim jest reżyserem, którego obejrzane przeze mnie filmy są bardzo dobre, lecz równocześnie każdemu z nich doskwierają pewne wady, nieumożliwiające pojawieniu się całkowitego zachwytu po seansie. W Polsce do tej pory ukazały się, jeśli dobrze pamiętam, 3 jego produkcje. Słodko-gorzkie życie osadzone w realiach świata gangsterów, opowiadające o jednym z nich, walczącym o życie po wydaniu na niego wyroku śmierci. Opowieść o dwóch siostrach, w której poznajemy tajemnicę skrywaną przez tajemniczy dom i umysł tytułowych sióstr w konwencji azjatyckiej ghost story. Dobry, zły i zakręcony to natomiast luźna wariacja na temat słynnego filmu Sergio Leone. Warto jeszcze odnaleźć, niewydaną w Polsce, Cichą rodzinkę, której bardzo udany remake swego czasu wykonał Takashi Miike. Najnowszym obrazem zmiennego Koreańczyka jest kino zemsty, w którym głównymi bohaterami są mszczący się tajny agent oraz seryjny morderca. Już na wstępie warto zwrócić uwagę, że Kim przy okazji tej opowieści sięgnął po dość ekstremalne środki wyrazu, przez co emisji filmu niemal (patrz komentarze) zakazano w jego ojczyźnie.

Widziałem diabła już na samym początku atakuje ponurą atmosferą samotności. Noc, pusta ulica, delikatne opady śniegu i sunący w tym nieprzyjaznym, choć estetycznym wizualnie, otoczeniu samochód. Dziewczynę, która nim jedzie spotyka pech, pojazd się psuje.  Pomoc jej oferuje tajemniczy nieznajomy, kobieta zostaje jednak pouczona przez ukochanego, z którym rozmawia przez telefon, żeby spokojnie zaczekać na pomoc drogową i nie ufać obcemu. Niestety, ów obcy jest psychopatą, który gwałci, zabija, często ćwiartuje młode dziewczyny. Jego atak jest agresywny i skuteczny, lecz jest on jedynie preludium okropności, jakie przypadną kobiecie w udziale.

Od razu rzuca się w oczy w kreacji mordercy jego brak sumienia, swoista, paradoksalna, niewinność. Mamy przed sobą człowieka, który nie widzi nic złego w brutalnym zabijaniu, więc, wg niego, nie czyni on żadnego zła. Lub czyni czyste zło, nieskażone wyrzutami sumienia czy kalkulacją, zło, w gruncie rzeczy, właśnie diabelskie. Przy okazji jego sposób bycia łamie większość kreacji dotyczących psychopatycznym morderców, które charakteryzują zachodnie kino, przy czym miłośnicy koreańskich produkcji tym aspektem akurat nie powinni być nazbyt zaskoczeni.

Jego przeciwnikiem zostaje narzeczony zamordowanej dziewczyny, który pracuje w tajnych specjalnych i ma przez to dostęp do broni oraz kilku przydatnych nowinek technicznych. Co więcej, ojciec dziewczyny jest emerytowanym policjantem, który wciąż ma kontakt ze znajomymi wykonującymi zawód, co również pomaga w zlokalizowaniu zabójcy. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że film opowiada historię znalezienia mordercy i jego zabicia, tudzież „ostatecznej konfrontacji”. Właściwa fabuła rozpoczyna się w momencie, gdy morderca zostaje odnaleziony przez zdesperowanego mężczyznę, przez niego pobity i... wypuszczony na wolność z nadajnikiem i podsłuchem schowanym w jego ciele. Zemsta, bowiem ma polegać na tym, że psychopata nie zna teraz ani dnia ani godziny. Zawsze, kiedy na powrót zechce wrócić do swych krwawych zwyczajów pojawia się jego wróg, który na nowo go okalecza.

Mimo że morderca jest osobą bardzo sprytną i sprawną fizycznie (podczas filmu będzie zabijał również inne osoby, w tym innych morderców), to wytrenowany agent jest od niego silniejszy. Jednakowoż pewność siebie żądnego zemsty mężczyzny okazuje się nazbyt wielka, gdyż psychopata również nie jest osobą, którą należy niedoceniać. Obraz więc skupia się na pełnej przemocy rywalizacji dwóch pozbawionych skrupułów osób. Całości ponurego obrazu świata dopełnia fakt, iż na swej drodze napotykają inne, skrzywione postaci, które często same również czują ogromne zamiłowanie do dość krwawego uśmiercania ofiar.

Jak można przypuszczać, zarówno po tytule, jak i po opisie fabuły, produkcja opowiada o zmianie ofiary w kata. Człowiek, który chciał pokonać mordercę, sam staje się osobą czerpiącą przyjemność z sadystycznej zabawy (z) ofiarą. Gdzie kończy się człowieczeństwo, a gdzie pojawia się diabeł? Na to pytanie nie ma jasnej odpowiedzi, lecz Ji-woon Kim robi co może, aby pojawienia się diabła zapadały w pamięć. Niestety ponadto film fabularnie nie oferuje nic. Ciekawe potraktowanie wielokrotnie poruszanego motywu to jednak za mało by uznać obraz za wyjątkowy. Co więcej, w pewnym momencie Kim zaczyna przesadzać z igraszkami własnymi z widzem. Pod koniec, kilka razy zdaje się zbliżać do kulminacji historii, tylko po to by rozbuchać ją na nowo. Na szczęście za każdym razem udaje mu się widza zająć swoją opowieścią, choć prócz wartości formalnych nie przedstawia ona już żadnych innych.

Film skupia się na przedstawieniu klasycznego uwierzenia przez postać w Symboliczno-Wyobrażeniowe, i zepchnięcia świadomości o odkształceniu Realnego, które w nich następuje. W dalszym planie ewokuje również próbę zetknięcia ze spojrzeniem widza, który jest wystawiony na przesadną brutalność i ambiwalentną moralnie działalność jednego z bohaterów. Co więcej, w trakcie trwania obrazu nader często odczuwa się sympatię do osaczonego psychopaty, a niechęć w stosunku do zbyt pewnego siebie mężczyzny go ścigającego. Ostatecznie jednak obaj nie są postaciami, którym warto kibicować. Można jednak zadać sobie pytanie: kto wzbudza we mnie większą sympatię i dlaczego? Oraz jak to o mnie świadczy?

Również wizualna nadwyżka próbuje z jednej strony niepokoić widza, aby nie był biernym obserwatorem wydarzeń, a z drugiej stykać go z mgnieniem rozkoszy, którą czerpać mają z niej postaci w filmie. Przez to obraz wzbudza w widzu uczucie dyskomfortu, stykając go z nieprzyjemnymi obrazami, które wplecione w fabułę są przecież również źródłem przyjemności dla widza. Ostatecznie jednak produkcja pokazuje, że dostępu do rozkoszy tak naprawdę nie ma. Co jest najlepiej widoczne w scenie zamykającej film.

Niestety wszystko to nie jest niczym nowatorskim, w dodatku ograniczone jest to jednej myśli, co sprawia, iż jest to obraz intrygujący, lecz nazbyt powierzchowny. Fabularne braki są doskonale rekompensowane przez doskonałą stronę techniczną filmu, po której na pierwszy rzut oka rozpoznany koreańską rękę. Również aktorzy, czyli znany, również polskim widzom, Choi-min Sik (Oldboy, Pani Zemsta), jak i Byung-hun Lee (Słodko-gorzkie życie, G.I.Joe: Czas kobry), prezentują się wyśmienicie i nie sposób im niczego zarzucić.

Mimo iż gdy obejrzałem zwiastun miałem przekonanie, że Kim stworzył właśnie swój najlepszy film, to jednak okazało się ono mylące. Technicznie faktycznie jest lepiej niż w poprzednich obrazach, może za wyjątkiem Dobrego, złego i zakręconego, natomiast fabularnie ustępuje on jednak miejsca tajemniczości i traumie bohaterek Opowieści o dwóch siostrach. Nadal więc Joon-ho Bong piastuje pierwsze miejsce w mojej prywatnej liście ulubionych współczesnych koreańskich twórców filmowych.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Tropico de sangre - 2010

Po uświadomieniu sobie, iż liczba filmów pochodzących z 2010 roku, a obejrzanych przeze mnie zamyka się w ilości sześciu produkcji, postanowiłem nadrobić zaległości ubiegłoroczne, jak i z roku 2009.

Tytuł oryginalny: Tropico de sangreTytuł anglojęzyczny: Rains of Injustice
Tytuł polski: brak (tłum. z hiszpańskiego: Zwrotnik krwi)

Reżyseria: Juan Delancer
Kraj: Republika Dominikany, USA
Rok: 2010
W rolach głównych: Michelle Rodriguez, Cesar Evora, Juan Fernandez

Tropico de sangre jest filmem biograficznym opartym na życiu Minervy Mirabal, która stawiła czoła dyktaturze rządów Trujillo w Republice Dominikany. Jest ona symbolem zarówno nieugiętej walki z opresją systemu, jak i twardej postawy kobiecej w ogóle, niepozbawioną delikatniejszej strony. Minerva jest więc postacią zdecydowanie interesującą i z pewnością warto poświęcić jej udaną produkcję, która by spopularyzowała lub zmitologizowała jej postać, lub przynajmniej pełniła funkcje hołdu. Dodatkowo na pozytywny efekt finalny powinno wpłynąć okoliczność, w jakich żyła. Czasy dyktatury, strach na ulicach, przemoc, tortury w więzieniach, zabójstwa na tle politycznym etc. są w ówczesnym świecie codziennością, doskonale powinno to więc wspomóc nastrój obrazu.

Niestety, twórcom Tropico de sangre zabrakło niemal wszelkich umiejętności potrzebnych do prezentacji takiego tematu. Nie chcę tym samym stwierdzić, że film jest całkowicie nieudany, jednakże walory, jakie są go charakteryzują są nadzwyczaj skromne. Początkowo zdaje się, że wszystko jest na swoim miejscu, paradokumentalne wprowadzenie, zaprezentowanie młodej Minervy, która jeszcze jest naiwną dziewczyną, strajk i zamieszki na ulicach, przybycie policji. W tym momencie jednak pojawia się zgrzyt, aktorzy grają niezwykle nienaturalnie, zdjęcia i montaż sugerują raczej telenowelę, aniżeli poważny dramat biograficzny. Twórcy na siłę próbują zszokować widza kolejnymi brutalnymi postaciami i wydarzeniami, lecz nijak nie potrafią ich zaprezentować, aby przejęły widza ich okrucieństwem. Kolejni agresywni poplecznicy dyktatora są wrzucani chaotycznie. Poprzedza ich introdukcje jedynie informacja o ich braku litości i zapędach do stosowania przemocy. Stają się oni jednak tylko papierowymi postaciami, które pojawiają się znikąd i w nicości giną, często bez wyraźnego związku z główną osią fabularną. Zdecydowanie scenariusz jest nieprzemyślany pod kątem relacji przyczynowo-skutkowych. Można bowiem zrozumieć, że twórcy chcieli pokazać jak najwięcej, lecz dobrze byłoby gdyby wszystko wypływało z wydarzeń, które oglądamy, a nie zostało umieszczone na zasadzie losowego unaoczniania kolejnych zbrodni systemu. Jedyna wartość, jaka płynie ze scenariusza to możliwość poznania pewnych faktów historycznych dotyczących Dominikany.

Również przemoc na ekranie, czy choć duszny nastrój czasów inwigilacji i okrucieństwa są niemal nieobecne. Twórcom brakuje zarówno odwagi, jak i chęci do eksperymentowania tak z zawartością wizualną produkcji, jak i fabularną.

Słowa krytyki należą się, z pośród aktorów, najbardziej Juanowi Fernandezowi, który w swej roli dyktatora jest zatrważająco wręcz nieprzekonywujący. Nie ma w jego postaci ani krzty siły, trudno uwierzyć, że taka nijaka osoba może budzić jakiekolwiek przerażenie. Zaskakująco dobrze wypadł natomiast Cesar Evora w roli osoby, która bezpośrednio zakończy krwawe rządy Trujillo. Jego kreacja jest, co prawda raczej rzemiosłem, lecz weteran telenowel wyróżnia się na tle niewyraźnej masy innych aktorów. Główną rolę zaś powierzono, nie bez pewnych kontrowersji w Dominikanie, Michelle Rodriguez (również producentce filmu), która może znów pokazać, co czyni zdecydowanie za rzadko, że potrafi coś więcej aniżeli tylko robienie złych min i bieganie ze spluwą. Choć i tutaj broń w jej ręku się (oczywiście?) pojawi. Jak można się domyślać, to właśnie na Rodriguez spoczywa główny ciężar filmu, musi ona wyraźnie pokazać metamorfozę z przepełnionej ideałami dziewczyny, potem rzetelnej studentki w zakochaną kobietę i twardą przeciwniczkę Trujillo (która ściąga na siebie gniew odmawiając uprawniania z nim seksu), biorącą bezpośredni udział w działalności podziemnej organizacji próbującej go zdyskredytować. O ile Michelle ze swego obowiązku wywiązuje dobrze, szczególnie w sytuacjach wymagających pokazania frustracji i gniewu, będąc jednym z nielicznym plusów filmu, o tyle sposób, w jaki potraktowano Mirabal jest dość telenowelowy. Przez większość czasu jej poświęconemu obserwujemy jej życie prywatne, rodzinę, miłość, jedynie pojawiające się od czasu do czasu problemy na studiach, niemożność wykonywania zawodu i spotkanie z Trujillo, z którego nic nie wynika są dowodem, że gdzieś tam w tle istnieje straszna dyktatura. Tylko, że jest ona nazbyt daleko, nawet nie tyle od bohaterów, co można zrozumieć, jeśli film próbuje zachować rzetelność względem historii, to od widza. Umieszczane, co jakiś czas sceny różnych oblicz terroru są, jak wspominałem, przez większą część filmu, jedynym, co przypomina nam o rządach tyrana, a zarówno on, jak i owe sceny są bardzo źle wykonane. Często problemy, jakie napotyka bohaterka nie wyglądają na zbyt odmienne od zwykłych problemów codziennego życia, niespowodowanych totalitarnym rządem. Zresztą sama jej walka ogranicza się w filmie do kilku sekretnych spotkań i jednorazowego rozrzucenia ulotek. Babranie się w jej życiu miłosnym zajmuje zbyt dużo czasu względem okresu, w którym walczy z tyranią, a który wg zapowiedzi jest głównym tematem obrazu.

Dzieje się tak niemal aż do finalnych scen, gdzie wreszcie jesteśmy w stanie poczuć grozę z jaką musi zetknąć się Minera. Są to sceny jej śmierci, kiedy ginie w nienazwanej łące, pobita na śmierć przez ludzi Trujillo. Jest to jedyna scena, która ma w sobie dość silny ładunek emocjonalny, powodując, że widz w końcu może szanować Minerwę, która poświęciła, choć nie do końca świadomie, swoje życie w walce za słuszną sprawę. Wzbudza ona pewną dozę smutku i nastroju ostatecznego bezsensu jej zmagań, gdyż z filmu w żaden sposób nie wynika, aby jej osoba odegrała jakąkolwiek rolę w upadku Trujillo. Nie wiem czy tak było naprawdę, lecz jeśli tak, to musiało być więcej osób w Dominikanie, którzy nie poddawali się dyktaturze i przez to zginęli. Produkcja nie tłumaczy w żaden sposób, na czym polega wyjątkowość Minerwy. Następujące po jej śmierci sceny, w których obserwujemy koniec życia Trujillo, gwałtownie następujący z ręki swojego podwładnego, któremu niegdyś zabił brata, spełniają funkcję katharsis, pokazując, że dyktatura musi upaść, a wolność nadejść.

Ostatecznie powstał więc film mocno rozczarowujący, w którym wszechobecna groza totalitarnej dyktatury ogranicza się do tortur porażaczem prądu, kilku zabójstw pod koniec filmu, kilku uderzeń więźniów, pobicia taksówkarza przez śmiesznie wyglądających szpicli wyjętych z niskobudżetowego kryminału oraz kilku agresywniejszych działań policji. Mało duszny nastrój, zbytnie oderwanie wielu scen z życia Minervy od dyktatury, chaotyczne umieszczanie kolejnych postaci i wydarzeń zostają jedynie w małym stopniu odkupione przyzwoitym finałem oraz grą Michelle Rodriguez, a także, w mniejszym stopniu, Casara Evory. Zamiast intensywnego strachu o przyszłość bohaterów, widz z pewnym znużeniem ogląda kolejne sceny, które nie są w stanie wzbudzić w nim niemal żadnych emocji.

Słowem zakończenia wyrażam nadzieję, że w przyszłości powstanie produkcja, która streści czasy młodości Minervy w krótszym czasie i przekaże otaczającą ją rzeczywistość pełną strachu i przemocy w sposób niepokojący i przejmujący.

Poniżej znajduje się, o wiele lepszy niż sam film, zwiastun:

czwartek, 6 stycznia 2011

"Frustracje japońskiego społeczeństwa a film fabularny - kino eksploatacji i nuberu bagu" w Lublinie

10-11 stycznia 2011 roku w Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie odbędą się Dni Japonii. Drugiego dnia w godzinach porannych do ok. godz. 13.15 będą miały miejsce prelekcje, podczas których pojawię się prezentując prelekcję pt. Frustracje japońskiego społeczeństwa a film fabularny - kino eksploatacji i nuberu bagu.

Pełny program Dni Japonii znajduje się tutaj:
http://www.umcs.lublin.pl/news.php?nid=3850

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Najważniejsze to kochać - 1975 / Gładka skóra - 1964




Najważniejsze to kochać jest pierwszym filmem Andrzeja Żuławskiego, zrealizowanym poza Polską. Pod wieloma względami swoją nadwyżkową formą wzbudza skojarzenia z poprzednimi obrazami reżysera, jednak jest zdecydowanie bardziej realistyczny i zdecydowanie mniej pesymistyczny. Przez niemal cały film zdaje się, jakoby Żuławski snuł opowieść o niemożliwości zrealizowania pragnienia, o niedostępności bohaterów do rozkoszy w świecie, gdzie protagoniści produkcji stykają się z rozkoszą po wielokroć.

Główny bohater – fotograf, który zmuszony jest fotografować orgie seksualne zakochuje się w aktorce, która zmuszona jest grać w filmach erotycznych. Ona sama zaś znajduje się w dysfunkcyjnym związku małżeńskim. W trakcie trwania filmu bohaterowie zbliżają się do siebie, jednakże obraz nie pozwala im na ostateczne zbliżenie, pokazując, iż obiekt przyczyna pragnienia jest niedostępny. Związek jaki chcą stworzyć nie ma opierać się (tylko) na popędzie seksualnym, czego potwierdzeniem jest fakt możliwości spełnienia czysto seksualnego, jaki pojawiają się wiele razy. Oczywiście sama osoba kobiety czy mężczyzny nie są przyczyną pragnienia tylko obiektem, który ma otworzyć do rozkoszy/przyczyny dostęp. Szczęśliwy związek płciowy jest jednak niemożliwy, a obiekt przyczyna pragnienia istnieje tylko, gdy jest niedostępny. Wydaje się więc, iż film Żuławskiego jest klasycznym przykładem filmu, w którym rozkosz nie zostanie osiągnięta. Żuławski jednak zdaje się zapominać, że rozkosz ma korzenie masochistyczne i czerpana jest z braku i dążenia do obiektu, a nie z jego posiadania.  Film buduje więc niemożliwy do ominięcia impas pragnienia, zawieszając tym samym skuteczność ideologii i negując możliwość osiągnięcia ostatecznego szczęścia przez jednostkę.

Sytuacja ta ulega zmianie w finale obrazu, w którym niemożliwe staje się możliwe. Miłość fotografa i aktorki sprawia, że udaje im się przezwyciężyć wszelkie przeciwności i dokonać ostatecznego zbliżenia, którego obietnicą jest szczęśliwy związek, czyli ich upragniona rozkosz. Film więc usadawia się, używając rozróżnienia Todda McGowana, w kinie scalenia, ustanawiając niemożliwy obiekt, a następnie pokazując jego osiągnięcie. Jest to zaskakujące, gdyż sam spodziewałem się po Żuławskim obrazu sprzeciwiającego się ideologii, zawieszającej jej skuteczność, a ostatecznie stworzył on obraz utrzymujący złudzenie możliwości zbudowania szczęścia, osiągnięcia rozkoszy w związku płciowym.

Chciałbym teraz przeciwstawić ów film z Gładką skórą w reżyserii Francois Truffaut. Zachodzi w nim odwrotna sytuacja. Początkowo zdaje się, że protagonista tworzy związek mający szanse na rozwój prowadzący do szczęścia, co więcej gdy film zmierza do końca, pojawia się nadzieja w postaci powrotu do poprzedniego związku.

Film, który umieścić należy w kinie pragnienia skupia się na mężczyźnie o wysokim statusie społecznym, posiadającym, wydawałoby się, szczęśliwą rodzinę, dobre kontakty z żoną i dzieckiem. Oczywiście jednak szczęśliwy związek płciowy jest jedynie oszustwem, które proliferować pragnie kino scalenia. W filmie Truffaut oszustwo to nie ma racji bytu.

Główny bohater wkrótce po rozpoczęciu filmu zakochuje się w stewardesie samolotu, w którym leciał. Jak się wydaje jego afekcja w jej kierunku zostaje odwzajemniona. Otrzymujemy więc klasyczny motyw zdrady i kochanki. Nie obywa się oczywiście bez problemów, przed ich omówieniem jednak warto zastanowić się gdzie leży objet petit a protagonistów obrazu francuskiego reżysera.

Mężczyzna pragnie udanego związku, umieszcza obiekt pragnienia w postaci dziewczyny, jednak jego ostatecznym obiektem przyczyną pragnienia jest, podobnie jak w obrazie Żuławskiego, szczęśliwy związek płciowy. Jednak on już taki stworzył ze swoją żoną, poszukując nowej partnerki potwierdza więc fakt braku możliwości stworzenia udanego związku, przez to również przewiduje się, iż jego drugi związek także nie może przynieść mu rozkoszy (abstrahując nawet od tego, że obiekt przyczyna pragnienia jest zawsze obiektem niemożliwym). Jedyna rozkosz to ta płynąca z prób zdobycia obiektu pragnienia, gdy wciąż odczuwa się jego brak.

Podobna sytuacja zachodzi w przypadku dziewczyny będącej jego obiektem pragnienia. Również w jej przypadku zachodzi chęć zbudowania stałego związku, powodem ich bycia ze sobą nie ma być jedynie popęd seksualny. Potwierdzają to dwie sceny. W jednej z nich dziewczyna jest podrywana przez mężczyznę na ulicy, który jest w swym zachowaniu bardzo natarczywy - z łatwością przez to możemy zinterpretować jego zachowanie jako prowadzące do niezobowiązującego zbliżenia seksualnego. Dziewczyna odrzuca gwałtownie jego zaloty, czując się przy tym upokorzona. W podobnej sytuacji znajduje się również, pod koniec filmu, żona głównego bohatera, która również gwałtownie odrzuca zaloty przypadkowo spotkanego mężczyzny. Ich zachowanie sugeruje brak chęci spełnienia podstawowej żądzy fizycznej a prób spełnienia pragnienia i odnalezienia rozkoszy w długotrwałym związku płciowym. A to wszakże jest niemożliwe. Jest to również ukazanie niemożliwości dostępu do rozkoszy, która wymyka się również innym.

W widoczny sposób wszelkie relacje damsko-męskie w filmie Truffaut (za wyjątkiem znajomych protagonisty) ulegają dezintegracji. Zarówno oba związki bohatera obrazu, jak i związki z przeszłości jego obiektu pragnienia nie przynosiły szczęścia i były skazane na porażkę. Kolejnym faktem potwierdzającym fantazmatyczny charakter związku będącego tematem filmu jest jego ukrywanie. Jeśli podmiot znajduje prawdziwą rozkosz z przebywania z nią/nim nie będzie go/jej ukrywał przed innymi, a tym samym pozbawiał siebie rozkoszy. Tym samym okazuje się, iż powodem odczuwania rozkoszy jest nie sam związek, ile pragnienie związku. Niestety zagubieni w fantazji bohaterowie nie są w stanie tego dostrzec, co prowadzi w finale do tragicznych skutków.

Film francuskiego reżysera zawiesza więc skutecznie sprawność funkcjonowania ideologii, ukazując, że nie jest ona w stanie zapewnić rozkoszy i spełnić pragnienia, oraz, że podmiot ją wyznający/w niej egzystujacy nie może odnaleźć rozkoszy. Obnaża to kłamstwo ustanawiające podmiot w roli uległego wyznawcy ideologii, który wierzy w jej zbawienną moc.


Powyższy tekst dot.:

Tytuł oryginalny: L' Important c'est d'aimer
Tytuł polski: Najważniejsze to kochać
Reżyseria: Andrzej Żuławski
Produkcja: Francja, Włochy, RFN
Rok: 1975

Tytuł oryginalny: La Peau douce
Tytuł polski: Gładka skóra
Reżyseria: Fancois Truffaut
Produkcja: Francja, Portugalia
Rok: 1964

piątek, 10 września 2010

Moje teksty w magazynie KZ

Poniżej znajduje się lista moich tekstów, jakie napisałem dla magazynu KZ. Kolejne będą pojawiać się w przyszłości.

Amerykański sen... nam się lepiej śpi bez niego - o Harvey'u Pekarze, jego komiksach Amerykański splendor i filmie pod tym samym tytułem.

Thor: Geneza Nordycki bóg w służbie amerykańskich wartości - o superbohaterze Marvela, Thorze, jego powstaniu i sukcesie.

Blood & Water Jesteśmy tylko krwią i wodą... - recenzja miniserii Blood + Water z Vertigo.

Dracula: A Symphony in Moonlight and Nightmares ...in a nightmare without cease / you dream of poison to bring peace - recenzja powieści graficznej Marvela Dracula: A Symphony in Moonlight and Nightmares.


EC uwodzi niewinnych (także wampirami) Zejście do krypty komiksu - historia wydawnictwa EC.

Tomb of Dracula Zakamarki grobowca Draculi - ogólne omówienie serii Marvela Tomb of Dracula.

X-Men: Pierwsza klasa Mutanty ruszają w świat - recenzja filmu Mathew Vaughna X-Men: First Class, zrealizowanego na podstawie komiksów Marvela.

The Crow - James O'Barr Emocjonalizm kruka - recenzja komiksu The Crow.

Moon Knight - rycerz o wielu osobowościach Awatar zemsty egipskiego boga - omówienie postaci Moon Knight z uniwersum Marvela.

Dziwne przygody czas zacząć - recenzja antologii Strange Adventures z Vertigo.

Daredevil - geneza i ogólne spojrzenie na postać Krótkie podsumowanie losów Śmiałka - tytuł mówi za siebie.

wtorek, 7 września 2010

Kozure Okami: Sono chisaki te ni, 1993



Tytuł: Kozure Okami: Sono chisaki te ni
Tytuł anglojęzyczny: Lone Wolf and a Cub: Final Conflict
Tytuł polski (własne tłum.): Samotny Wilk i Szczenię: W tych małych rękach

Reżyseria: Akira Inoue
Scenariusz: Kazuo Koike

Kraj: Japonia
Rok: 1993

Występują: Masakazu Tamura, Tatsuya Nakadai, Yushi Shoda

Seria o Samotnym Wilku nieustępliwie prowadziła swego bohatera poprzez zagrożenia i konflikty feudalnej Japonii okresu Tokugawa. Najpierw poprzez karty mangi, później w kolejnych filmowych i serialowych adaptacjach. Przyznać od razu należy prymat filmowym wersjom z Tomisaburo Wakayamą w roli nieugiętego Ogami Itto. Niestety seria filmów z bratem Shintaro Katsu nie została zakończona, po latach zaś postać Wilka powróciła w kolejnym wcieleniu, które przedstawiło skrót całej serii mangi w postaci jednego filmu.

Niestety nadmiar fabularny produkcji bardzo negatywnie wpływa na odbiór całości. Przede wszystkim razi wielość wątków, która nie pozwala należycie rozkoszować się co krótszymi, pojawiającymi się i znikającymi nie pozostawiając w pamięci wyraźnych śladów. Tak samo wygląda się sposób prezentacji głównego bohatera, który raz pojawia się w jednym miejscu, po kilku minutach zaś przebywa w kompletnie innych okolicznościach, które ostatecznie nie mają na główną oś fabularną żadnego wpływu. Przez to film, z powodu nagromadzenia w powolnym, bądź co bądź, stylu narracji nic nie dodających do fabuły scen, potrafi w wielu miejscach nużyć. Dodatkowo nie są to również sceny, które by zachwycały wizualnie lub pomysłowością. A to jest już w stosunku do tego typu kina ogromny zarzut.

Po pierwsze jego wizualna nieatrakcyjność (za wyjątkiem kilku naprawdę estetycznie ujmujących kadrów) jest ogromną wadą w świetle ogółu kina japońskiego, jak i samej Japonii, która jest przecież krajem (czasem aż nazbyt) estetycznym. Często nawet w niskobudżetowych produkcjach kadrowanie i walory wizualne są przedmiotem zachwytu lub choćby zainteresowania, jakby wręcz umiejętności ich wykonywania były u wielu twórców wrodzone. Niestety omawiany film stoi o wiele niżej poziomem, nie stanowiąc żadnej niemal konkurencji dla popowego przesytu wizualnego ani minimalistycznego estetyzmu kina jidaigeki wyreżyserowanego przez takich wirtuozów kina jak Masaki Kobayashi.

Brak pomysłowości jest natomiast zarzutem również w kontekście serii o Ogamim Itto, która zawiera w sobie mnóstwo scen i chwil, zaskakujących czytelnika/widza wiele razy. Tutaj tego zaskakiwania brak, a po dwóch, trzech wątkach gaśnie wszelka antycypacja kolejnych wydarzeń. Tym bardziej, że w rolę Itto wcielił się człowiek, który oprócz ograniczonego sztafażu dramatycznego aktora, nie posiada żadnych cech, które pasowałyby do postaci Samotnego Wilka. Czytając mangę nasuwa się bardziej na myśl osoba przypominająca ekspresją Toshiro Mifune, filmowe kreacje Tomisaburo Wakayamy również prezentowały osobę, która swą aparycją potrafiła wzbudzić trwogę, natomiast tutaj mamy przed sobą jednostkę umęczoną, odczuwającą niemalże weltschmerz, gdyby nie buddyjskie mądrości o reinkarnacji pewnie byłaby to postać całkiem tragiczna i pozbawiona nadziei.

Przy ekranie potrafi jednak widza utrzymać z powodzeniem Tatsuya Nakadai. Każdy miłośnik kina japońskiego zna go doskonale z licznych, zwykle doskonałych kreacji u takich reżyserów jak Masaki Kobayashi, Kon Ichikawa, Hiroshi Teshigahara czy Akira Kurosawa, tutaj również prezentuje się znakomicie, swoją wyrazistością przewyższając wszystkich pozostałych aktorów i jako jedyny pozostając w pamięci widza po zakończonym seansie. Wciela się on w rolę przeciwnika, również naznaczonego tragicznie przez życie, Itto, Retsudo Yagyu, który jest jedyną osobą, jaka może się równać szermierczymi umiejętnościami z głównym bohaterem produkcji. Oczywiście na koniec zostaniemy świadkami pojedynku dwóch adwersarzy, rozgrywającego się nad morzem i przypominającego miejscem starcia finały licznych produkcji o Miyamoto Musashim.

Warto jednak zwrócić uwagę na podtytuł filmu, który w dużej mierze może posłużyć za charakterystykę fabuły, a szczególnie motywacji i działań protagonisty obrazu. Choć w anglojęzycznym „tłumaczeniu” zostaje to utracone na rzecz próby zainteresowania miłośnika walk i pojedynków ostatecznych, w wersji japońskiej tytułu jest wyraźnie wyeksponowana rola, jaką w całej historii odgrywa mały Daigoro, syn Ogamiego Itto. Jest to bodaj jedyna adaptacja mangi Kazuo Koike, w której tak uwydatniona jest rola dziecka. Faktem jest jednak, iż bez wiedzy o oryginalnym tytule trudno byłoby ją ustawić w tak centralnej pozycji, która by skupiała więcej uwagi niż w poprzednich filmach czy serialach o Samotnym Wilku.

Daigoro tutaj bezpośrednio wpływa na działania swego ojca, który musi go otaczać opieką, przez co nie może zachowywać się jak całkiem samotny ronin, inna sprawa, że często odnosi się wrażenie, jakby zapominał, że posiada dziecko. Taka już jednak specyfika japońskiego wojownika. Daigoro wpływa również na losy innych, córka Yagyu Retsudo ratuje mu życie, w końcu dochodzi w niej do pewnej przemiany, nie bez udziału samego Ogamiego. Swój wpływ będzie również malec miał na głównego adwersarza bohatera obrazu, w czasie, gdy będzie z nim przebywał poznamy miłą, ojcowską stronę Retsudo, a w finale Daigoro chwyci za ostrze, i mimo że nie będzie w stanie, jako małe dziecko, wyrządzić nim żadnej krzywdy, to ustanawia to jego pozycję na przyszłość, jako kontynuatora ścieżki ojca po meifumado, ścieżce demonów, krwi i walki. (Co ciekawe aktor, który w dziecięcych latach wcielał się w Daigoro w serii filmów z Tomisaburo Wakayamą, kiedy był dorosły został aresztowany za morderstwo.) Tak naprawdę bowiem całość życia wojownika sprowadza się do krwi i śmierci, a wzniosłe akcenty są co najwyżej ekstremalną rzadkością. Podtytuł „wszystko w tych małych rękach” w kontekście tragicznego finału staje się jakby pesymistyczną przepowiednią kolejnych zabójstw i kolejnych cierpień, jakie przypadną w udziale zarówno Daigoro, jak i osobom, które napotka na swej drodze niekończącej się walki.

Ostatecznie w tej walce, jak i w finiszu historii, nie ma żadnego zwycięzcy. Jedni giną, inni popełniają samobójstwo, jeszcze inni pójdą w ich ślady. Do dziś nie jestem w stanie zrozumieć finalnego seppuku jednej z postaci, które odbieram jedynie za przykład wielkiego tchórzostwa okazanego przez osobę, po której bym się go nie spodziewał. Czy naprawdę popełnienie samobójstwa jest jedynym honorowym rozwiązaniem wszystkich spraw? Czy skierowanie miecza przeciw sobie nie jest wyświadczeniem przysługi tym, którzy byli/są twoimi wrogami? Oczywiście ta dywagacja nie jest nowa, a jej rozstrzygnięcie z powodu różnic kulturowych jest co najmniej, używając eufemizmu, problematyczne.

Sam omawiany film zaś ustanawia siebie bliżej wartości buddyjskich, a samobójstwo jawi się w nim,  bardziej jako forma zadośćuczynienia. Niestety produkcja nie wzbudza w widzu wymaganych emocji, aby jej fabuła okupowała umysł widza z wystarczającą siłą by przejął się on losem wszystkich obecnych w niej postaci. Otrzymujemy więc nieco nieskładny obraz, który potrafi nużyć i jedynie na krótkie chwile zmusić do uważniejszego obserwowania akcji, a to zdecydowanie za mało, by uznać go za obraz udany.