Na stronie HorrorManii pojawiła się moja recenzja niezbyt dobrego horroru, jakim są "Ruiny". Tutaj.
poniedziałek, 7 listopada 2011
niedziela, 6 listopada 2011
Takashi Miike + Richard Stanley

Takashi Miike, reżyser takich produkcji, jak "Ichi the Killer", "Audition" czy "13 Assassins" oraz Richard Stanley, twórca "Dust Devil" czy "Hardware", stworzą prawdopodobnie razem film. Ma on być zatytułowany "The Secret Life of Lord Musashi" i opowiadać o feudalnym lordzie Terukatsu, zarządcy prowincji Musashi. Prawdopodobnie produkcja będzie oparta na powieści Junijiro Tanizaki, który ponoć miał dostęp do tajnych dokumentów opisujących masochistyczne, seksualne upodobania lorda. Ze szczegółami.
poniedziałek, 31 października 2011
Karty z dziennika Szatana, reż. Carl Theodor Dreyer, Dania, 1921.
Blade af Satans Bog
Leaves Out of the Book of Satan
Karty z dziennika Szatana
reż. Carl Theodor Dreyer
Dania, 1921
Film Carla Theodora Dreyera zmusza nas do przyjrzenia się czterem nowelom łączonych osobą Szatana (którego widzimy) i Boga (którego, jak nakazuje drugie przykazanie nie widzimy, lecz „słyszymy”*). Bóg przedstawia się w obrazie Duńczyka jako postać mściwa i, pod pewnymi względami, zazdrosna. Szatan miał czelność zamarzyć sobie czegoś, o czym nawet nie marzy Bóg. Wszechmocny postanawia więc ukarać Diabła i zsyła go na Ziemię. Tutaj, w formie ludzkiej, ma on kusić ludzi i szerzyć zło. Jednak każda osoba, która oprze się manipulacjom Szatana odejmuje swoim zachowaniem 1000 lat od kary nieszczęśnika. W tym odejmowaniu również istnieje pewna manipulacja ze strony Boga, czym bowiem jest tysiąc lat odjęte od nieskończoności? W ten sposób Ziemia i ludzkie życie nie mają dla Boga ani Szatana żadnej wartości, są niczym plac zabaw, w którym jedna strona zmusza drugą do ciągłej gry. W pewnym zaś momencie można stwierdzić, iż Szatan, który przebywa na naszej planecie bardziej przejmuje się ludźmi aniżeli Bóg. Co więcej, wcale nie chce kontynuować swych uczynków, lecz nie ma żadnej możliwości wyjścia z kręgu, w który go wrzucono. Nasuwa się tutaj na myśl ostatnia kwestia Don Juana z „Oka diabła” Ingmara Bergmana, jako jedyne zdroworozsądkowe podejście do impasu dobra i zła.
W pierwszej noweli Szatan spycha na złą drogę Judasza, który wydaje Rzymianom Jezusa. W drugiej Szatan jest głową Świętej Inkwizycji. W trzeciej okazuje się być ważną personą w czasach Rewolucji Francuskiej, a na koniec Rosjaninem, zajmującym wysokie stanowisko w siłach okupujących duńskie ziemie.
Trzeba przy tym zaznaczyć, iż każda pokusa, którą wytwarza Szatan opiera się na niespełnieniu mającym swoje źródło w podłożu seksualnym. Niemożność wejścia w posiadanie obiektu pragnienia, którym jest „doskonała” partnerka oraz towarzysząca temu zazdrość, powodowana faktem, iż jest ona z kim innym (i ten ktoś czerpie z tego powodu przyjemność) otwiera kolejne osoby na uległe machinacjom Szatana.
W pierwszej noweli wrogi stosunek Judasza wobec Jezusa objawia się, gdy Maria Magdalena obmywa siedzącemu Jezusowi nogi olejkiem, po czym wyciera jego stopy swoimi włosami. Judasz, wyraźnie zniesmaczony i zazdrosny, sugeruje mesjaszowi sprzedanie olejku i rozdanie pieniędzy biednym, lecz Jezus sprzeciwia się twierdząc, że biedni są zawsze, a on jest tylko teraz. Po tej scenie trudno sympatyzować z jakąkolwiek postacią, wszyscy rysują się jako cechowani egotyzmem. Przez resztę czasu akcji obserwujemy, jak ziarno podejrzeń zasadzone przez Szatana rośnie, ku samego Szatana smutkowi, który marzy by Judasz sprzeciwił się manipulacjom. Co ciekawe, w tej, jak i w kolejnej noweli, Szatan stawia siebie w roli autorytetu boskiego. Przekonuje Judasza, że Jezus nie jest synem Boga, lecz wysłannikiem diabła, tym samym twierdząc, że to podążanie za złem jest dobrem.
Rozwinięte jest to w drugiej noweli. Szatan stoi na czele świętej inkwizycji, dzięki czemu może z łatwością odnajdywać grzeszników. Lecz nie to stanowi jego główne zadanie, zamiast tego woli zmieniać ludzi prawych w grzeszników za pomocą zarówno psychicznych, jak i fizycznych tortur. Używając swego autorytetu kościelnego zmusza do czynienia grzechów, twierdząc, iż to one prowadzą do usuwania tychże i odkupienia. Jako dostojnik Kościoła ma do tego pełne prawo i nikt mu się sprzeciwia, w końcu kto, jeśli nie tak wysoki rangą ksiądz może mieć rację w sprawach teologii? Gdy więc każe kogoś niewinnego torturować i zabić, to tylko po to by „ratować jego/jej nieśmiertelną duszę”. Bardzo przypomina to sceny, które zaobserwować możemy później np. w „Diabłach” Kena Russela (święta inkwizycja wymusza wskazanie win za złe uczynki, których nie popełniono, za pomocą tychże, co ma prowadzić do „usunięcia” zła) czy w komiksie „Borgia” Jodorowsky'ego i Manary (papież rozkazuje zabić niemowlaka czy też uśmierca młodych chłopców, dzięki temu „pozwalając” im ratować reprezentanta Boga na Ziemi i, w ten sposób, „ocala” ich dusze).
Prowadzi to do bardzo intrygującego założenia. Co jeśli to, co czynimy wierząc, iż jest dobre, jest tak naprawdę jest złe? Skąd mamy mieć pewność, że narzucane przez religie i osoby sprawujące religijną władzę zasady, które w założeniu mają prowadzić do zbawienia, nie są manipulacją zmuszającą nas do nieświadomego czynienia szkód. Idąc dalej, czy jeśli czynimy zło, wierząc, że czynimy dobro, to czy powinno nam się odmówić zbawienia? Czy nieświadomość jest jakimkolwiek usprawiedliwieniem? Być może dobrem jest sprzeciwić się temu, co określa się tym mianem i szukać drogi gdzie indziej.
Inkwizytor-Szatan zmusza zakochanego mnicha do zabicia ojca ukochanej, jak i jej samej. Mnich jest dodatkowo zazdrosny, gdyż dziewczyna ma innego wybranka, a ponadto odmawia okazania jakiejkolwiek afekcji słudze bożemu. Na jej nieszczęście, ojciec dziewczyny zajmuje się horoskopem, co sprowadza na niego gniew Kościoła. Kolejne dwa ciekawe aspekty tej noweli są związane z osobą ojca. Otóż on, jak też sama dziewczyna, jest osobą głęboko wierzącą w Boga i całkowicie żyjącą wedle zasad ogólnie określających to, co rozumiemy jako dobro. To właśnie ściąga na nich uwagę Szatana, tortury, nieszczęście, śmierć – wszystko to czynione za przyzwoleniem Boga**. Gdyby nie wierzyli tak silnie w Boga, prawdopodobnie ich los nie byłby tak tragiczny. Ponadto, intrygujący jest fakt, że ojciec przewiduje następujące wydarzenia w horoskopie, w ten sam sposób wprawiając je w ruch. Gdyby nie próbował ich przewidzieć, nigdy by się nie wydarzyły. Sam moment odczytania przyszłości, „zmusza” ją aby ta nadeszła. Jest to podobne założenie, jakie towarzyszy np. historii Edypa, a ściślej, jego rodziców. Gdyby nie próbowali uniknąć oni tragicznej przyszłości (Edyp zabije ojca i będzie współżył ze swoją matką), nigdy by ona nie nastąpiła, swymi próbami ucieczki przed losem, wypełniają go. Idąc kilka kroków wstecz, gdyby nie zechcieli poznać swych losów, nie musieliby uciekać przez tragedią, w ten też sposób nigdy nie „zmusiliby” jej by ta nastąpiła – odczytanie horoskopu równa się temu wydarzeniu. Na podobnych założeniach opiera się także jeden z ciekawszych filmów z nurtu giallo, „Siedem czarnych nut” w reżyserii Lucio Fulci, gdzie próbująca uratować ofiarę tajemniczego zabójcy medium, swymi czynami „zmusza” swoją wizję by ta się wypełniła.
Trzecia nowela nie jest tak interesująca jak poprzednia, jednak stanowi najbardziej dramatyczne rozwiązanie ze wszystkich. W niej też najpełniej objawia się natura niechętnego czynieniu złu, do czego zmusza go Bóg, Szatana. Ostatnia zaś stanowi odstąpienie fabularne od, do tej pory, eksploatowanego schematu (niespełnienie, otwarcie na Szatana, wypełnienie losów), dzięki czemu możemy zaobserwować odwrotne, lecz nie mniej tragiczne, zakończenie. Jest to z jednej strony zmiana pożądana, z drugiej zaś odrobinę razi patriotyzm reżysera. Osadza on bowiem akcję w swojej ojczyźnie, tam też umieszczając ludzi zdolnych sprzeciwić się Szatanowi i postępujących nadzwyczaj moralnie. Tworzy to tym większy dysonans względem poprzednich nowel, gdyż brak jest w nim tak wyraźnych znamion ważności historycznej wydarzeń, w których uczestniczy Szatan. Ukrzyżowanie, Inkwizycja, Rewolucja Francuska, po czym znajdujemy się na wsi w okupowanym przez krótki czas rejonie Danii. Idąc tropem poprzednich nowel należałoby umieścić Szatana u źródeł okupacji, gdzie mógłby on pełnić jedną z ról decyzyjnych. Oczywiście można założyć, iż zło czynione przez Szatana jest po prostu złem i nie jest ważne, gdzie i na jaką skalę jest czynione. Jest to, oczywiście, założenie zasadne, lecz w żaden sposób nie sugerowane poprzez diegezę poprzednich nowel.
Ostatecznie, „Karty z dziennika Szatana” są wartościowym przykładem twórczości filmowej w czasach kina niemego. Nieco dziś zapomniane dzieło Dreyera nie znajduje się, co prawda, na poziomie filmów Langa, Murnaua czy Eisensteina, lecz warto się z nim zaznajomić. Pomimo nieco nużącej długości i archaizmowi, który odznaczył swe piętno na tym filmie silniej niż na produkcjach wspomnianych reżyserów, zdecydowanie zachęcam do poznania wycinka z historii Szatana.
*Film jest niemy.
**A nawet z Jego rozkazu. On bowiem nakazał Szatanowi czynienie zła, gdyby tego nie zrobił, nie byłoby zła. Oczywiście, rodzi to kolejne komplikacje. Czy ludzie wpadając w sidła Szatana nie są sami winni swego postępowania? Szatan umiejętnie potrafi wykorzystać prawo (symboliczne) do wypełnienia swych celów. Mnich jest zobowiązany właśnie za pomocą owego prawa, które jawi się również jako moralne (duchowe), wykonywać polecenia inkwizytora. By sprzeciwić się złu, musiałby wyrzec się całego prawa, wszystkiego niemal czego go nauczono, a nawet swego kontekstu kulturowo-społecznego, słowem musiałby zaprzeczyć wszystkiemu, co wg obowiązującego prawa jest dobre.
Inną kwestią jest słuszność decyzji stworzenia zła przez Boga. Bez zła nie istniałoby przecież dobro, które możemy określić jedynie poprzez opozycję. Stworzenie zła równa się więc stworzeniu dobra.
niedziela, 16 października 2011
Herostratus, Wielka Brytania, 1967
HEROSTRATUS
reż. Don Levy
1967
słów kilka
"Herostratus" Dona Levy'ego jest absolutnie doskonałym filmem, jeśli weźmiemy pod uwagę jego montaż, użycie światła oraz dźwięku, a także pracę kamery. 7 lat spędzonych na pracy nad tym obrazem sprawiło, iż powstało audiowizualne arcydzieło. Arcydzieło kina eksperymentalnego, które, co prawda, ugryzło trochę większy temat niż było w stanie przełknąć, mimo to nadal pozostaje obrazem pod wieloma względami wybitnym.
Jak sam Don Levy sobie życzył, podczas krótkiego omawiania filmu, powstrzymam się od informacji nt. fabuły czy identyfikacji lub jej braku z bohaterem. Pod względem fabularnym obraz jest bowiem dość prosty, liczy się wrażenie, jakie ów wzbudza. Używając cyklicznej, nielinearnej narracji, ciągłej repetycji motywów sonicznych i wizualnych, zderzeń obrazu (ciepłe kolory kontra zimne, jasne światło przeciw zupełnej czerni) oraz dźwięku (sceny wypełnione całkowitą ciszą skonfrontowane z nagłymi kakofoniami, długie milczenie postaci zderzone z ich pełnymi pasji krzykami), mieszając elementy wystudiowanej gry z fragmentami dokumentalnymi, Levy próbuje przerzucić traumy (bunt młodości, manipulacja autorów reklam, niemożność egzystencji społeczno-politycznej wedle obiecanych po wojnie zasad etc.) w sposób emocjonalny i intensywny. Czy mu się to udaje? Polecam sprawdzić na własnym umyśle.
Wszelki opis filmu, który unika większego ujawniania fabuły, musiałby w dominującym stopniu analizować go od strony technicznej, a gdybym takową analizę napisał pewnie powtórzyłbym to, co już jest napisane. Zamiast tego zalecam więc kupno bardzo dobrze wydanego Blu-ray'a. Jest to pierwsze w ogóle wydanie tego filmu, a odpowiada za nie British Film Institute. Na dwóch "niebieskich" płytach znajdują się dwie wersje filmu "Herostratus" (widescreen i letterbox), krótkometrażowe obrazy Levy'ego: satyryczny "The Ten Tousands Talents", inspirujący "Time Is", eksperymentalny "Five Films", a także wywiad z reżyserem (39 min.) i booklet, w którym można poczytać nieco więcej o technice wykonania i osobie Dona Levy'ego.
Niestety nie znalazłem lepszego fragmentu filmu, ten poniżej ma satyryczny wydźwięk, lecz jego śmieszność w kontekście całości nie śmieszy już tak bardzo. Dość powiedzieć, iż jest to wizualnie jedna z najmniej eksperymentalnych scena.
niedziela, 9 października 2011
Blitzkrieg!
LA FEMME QUI SE POUDRE
The Woman Who Powders Herself
1970-1972
reż. Patrick Bokanowski
Pierwszy film Bokanowskiego skupia się na przedstawieniu rytuału nakładania makijażu, jako drogi do odkrycia przez ów rytuał ludzkich pragnień i obsesji. Te z kolei wiążą się z chęcią osiągnięcia piękna, choćby nawet sztucznego. Czy jednak twarz, którą się w ten sposób przybiera jest naszą? Czy jest to tylko iluzja, zakrywająca realne? Jedynie wyobrażenie naszej tożsamości, która tak naprawdę skrywa się nie w ułudnej fizjonomii, lecz tam, gdzie złuda nie dociera? W centrum, które utrzymywane jest pod powierzchownym pięknem? W dość niepokojący i surrealistyczny sposób przyjdzie rozważać to każdemu, kto zechce poświęcić 18 min. na oraz Patricka Bokanowskiego.
Ore wa matteru ze (I am Waiting), Japonia, 1957
NIKKATSU NOIR #1
filmy wydane przez Criterion w boxie „Nikkatsu Noir”
Tytuł: 俺は待ってるぜ
(Ore wa matteru ze)
Tytuł anglojęzyczny: I am Waiting
Tytuł polski: brak (tłum. własne: Czekam)
Reżyseria: Koreyoshi Kurahara
Japonia, 1957
Deszczowa noc. Długie cienie. Samotna sylwetka mężczyzny idącego wolno w nieznanym celu. Po chwili napotyka on równie samotną postać stojącej kobiety. Mężczyzna proponuje jej schronienie na noc. Jest on właścicielem małej knajpki. Nie trzeba długo czekać by zauważyć, że dwie postaci łączy coś więcej niż samotność. Oboje uciekają przed swoją przeszłością, swoimi uczuciami i swoimi myślami.
Koreyoshi Kurahara zaprasza nas w nostalgiczny czarny kryminał, w którym główne role odegrali m.in. Ken Hatano i Mie Kitahara – aktorzy znani z innych japońskich noir, jak choćby, również wydanego w ramach Nikkatsu Noir, „Sabida naifu”. Stworzyli oni dobre kreacje, a Hatano doskonale pasuje do roli miłego młodzieńca. Równie dobrze wychodzą mu także nagłe napady wściekłości, których w filmie nie brak.
„Ore wa matteru ze” można podzielić na dwie części. Pierwsza skupia się na uczuciu rodzącym się między dziewczyną, twierdzącą, że jest kanarkiem, który zapomniał, jak się śpiewa, a chłopakiem, marzącym o dołączeniu do swego brata, żyjącego w wiejskich rejonach Brazylii. Ta część produkcji jest spokojna, romantyczna i powolna. Oprócz powoli wyłaniających się przeszłości postaci, jedynymi rysami na lirycznej powierzchni obrazu są próby przekonania dziewczyny by wróciła z mężczyznami spod ciemnej gwiazdy do ich kabaretu.
Wątek romantyczny okazuje się jednak bardzo prosty i nieco infantylny. Jest on prezentowany jako remedium na wszelkie bolączki bohaterów. Na szczęście twórcy potrafią zatrzymać się i nie popaść w niepotrzebną ckliwość. Właściciel knajpki, były bokser, wie, że to, co teraz wydaje się być wyjątkowym uczuciem, później przemieni się w zwyczajne wspomnienie. Związek partnerski nie jest w stanie nikogo spełnić. W pierwszej połowie obrazu znajduje się również element francuski, w końcu słowo noir z języka tego kraju pochodzi.
Następnie przechodzimy w drugą, kryminalno-gangsterską część filmu. Dziewczyna, o której już wszystko wiemy, staje się postacią w tle, a bokser zaczyna prywatne śledztwo, mające na celu odnalezienie jego brata. Ponownie pojawiają się tutaj znaczące wady, jak i zalety. Na minus należy policzyć ogromne zbiegi okoliczności, które zmuszają bohaterów do kolejnych spotkań. Okazuje się bowiem, iż los brata boksera jest związany z osobami, u których pracuje dziewczyna. Gdyby zaś twórcy pokusili się o skomplikowanie scenariusza i zmuszenie bohatera do eksploracji miejsc poza pracą dziewczyny, wtedy ich związek, który w drugiej połowie filmu właściwie nie istnieje, prawdopodobnie w ogóle nie miałby już racji bytu.
Zaletą produkcji są z pewnością nastrój, świetnie współgrające z tematyką filmu piosenki, ciemne ujęcia, których nie powstydziłyby się wysokiej klasy filmy noir. Co jakiś czas również „Ore wa matteru ze” raczy nas pojedynkami na pięści. Mimo że walki, kiedy już się pojawiają, nierzadko rażą ogromną sztucznością, to bohater jest na tyle ciekawą postacią, emanującą wystarczająco silną energią by oglądać jego potyczki siłowe z zainteresowaniem i oczekiwaniem na ich wynik.
Obraz jest więc nierówny, momentami intryguje, momentami okazuje się zbytnio uproszczony. Zdecydowanie zabrakło większego rozbudowania fabularnego. Dziwi też potraktowanie Reiko. Najpierw pojawia się ona jako jedna z dwóch głównych postaci w filmie, po to tylko by ją odsunąć na drugi plan, gdy wątek kryminalny staje się centrum historii. Niemal każdy aspekt filmu cierpi na jakieś niedomogi. Mimo wszystkich wad, warto jednak produkcję Kurahary obejrzeć. Nastrój czarnego kryminału oraz dość intrygujące postaci sprawiają, że „Ore wa matteru ze” jest dobrym przykładem połączenia romansu z kinem gangsterskim, którego potencjał nie został wykorzystany.
Poniżej znajduje się tytułowy utwór z filmu wraz z różnymi ujęciami z produkcji.
This is Dynamation!
Powyżej znajduje się krótki film, który służy głównie jako reklama "7. podróży Sindbada". W nim zdradzone zostają także niektóre "sekrety" dynamation. Na przykładzie pierwszego kolorowego filmu w tej technice, można zobaczyć, jak powstawały ówcześnie efekty specjalne, a przy okazji obejrzeć kilka scen z obrazu o legendarnym żeglarzu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




