wtorek, 25 kwietnia 2017

Podsumowanie (i uaktualnienia)

Choć Odyseja Filmowa może o tym nie świadczy oglądam raczej starsze filmy i dość rzadko zaglądam do nowości. Mimo to przewinęło się przed moimi oczami już trochę produkcji z 2016, co jest jednym z powodów, aby zrobić małe, kilkuczęściowe podsumowanie ubiegłego roku. Wielu uznanych tytułów wciąż nie widziałem i pewnie przez długi czas nie zobaczę, ale kilka ciekawych produkcji obejrzałem, i kilka zupełnie niewartych oglądania.

Przedtem jednak zwrócę uwagę, że omówienia kina gatunkowego z Chin, Hongkongu i Tajwanu z 1967 i 1969 wzbogaciły się po jednym filmie: romantycznym kryminale The Dragon Creek i kryminalnym romansie Raw Passions. Obecnie przygotowuję wpis o 1970 roku i mam za sobą jakieś 55% pracy. Kiedy już wpis zostanie ukończony, wtedy wrócę do Kinoakcji, która za długo już stoi nietknięta.

Tymczasem na Kinomisji pojawiła się piąta już część serii artykułów omawiających twórczość Takashiego Miike. Tym razem pisałem o Blues Harp, Young Thugs: Nostalgia, Man, a Natural Girl oraz Ley Lines. Do przeczytania tutaj.

A teraz przejdźmy do 2016 roku.

Część 1. z (prawdopodobnie) 7.

Filmy podzieliłem w skali 1-6, gdzie 1 to najgorsza ocena, a 6 najlepsza.

1.
The Assignment, Walter Hill, USA/Kanada/Francja.
(akcja, thriller)

Michelle Rodriguez kontra Sigourney Weaver w wyjątkowo miałkim, pozbawionym krzty emocji, nudnym i zawierającym okropne sceny akcji filmie. Hill, niegdysiejszy twórca The Warriors, Driver czy Streets of Fire udowadnia już po raz kolejny, że najlepsze lata ma już dawno za sobą. Na domiar złego wepchał się tu bez pomyślunku w tematy okołogenderowe i zebrało mu się na pseudointelektualny bełkot, stojący w kontraście z (wydającym się nie do końca świadomym) szowinizmem i pulpowym kinem. Co prawda niektóre miażdżące The Assignment za światopoglądową stronę recenzje momentami przesadzają, szczególnie, że problemy tematyczne są tu najmniejszą bolączką, ale w jednym trzeba się z nimi zgodzić: film jest okropny.


2.
Asian Connection, Daniel Zirilli, USA.
(akcja, romans)

Steven Seagal i Michael Jai White na plakacie, ale w filmie Jai White pojawia się na kilka sekund, a Seagal gra tu dość rzadko widzianego bad guya, który cośtam bełkocze bez większego sensu, starając się równocześnie pokazać jako potężny wojownik i honorowy mafiozo. A że Seagal aktorem jest – delikatnie mówiąc – żadnym, to wygląda tu identycznie, jak w dowolnie wybranym filmie z jego udziałem, czyli niezbyt zachwycająco. Główne role grają tu natomiast nijaki John Edward Lee i urocza Pim Bubear, znalazło się też miejsce dla Byrona Gibsona. Fabuła o napadach na bank, przechodząca do historii a la Bonnie i Clyde jest miałka, a sam film w ogóle nie zapisuje się w pamięci; na szczęście przynajmniej wie, czym jest – stąd poziom wyżej od potworka Hilla.

Batman v. Superman: Dawn of Justice, Zack Snyder, USA.
(akcja, sci-fi, superhero)

Po co najwyżej średnim Man of Steel nie miałem zbyt wielkich oczekiwań wobec kolejnego filmu Snydera, więc nie mogę powiedzieć, że się zawiodłem. Każdy pewnie już słyszał o wadach tego filmu: zupełnie kuriozalnej fabule, nonsensownym rozwoju postaci, irytującym Luthorze, krótkiej i słabo zrealizowanej tytułowej walce, udawanym mroku, umieszczeniu zbyt wielu wątków i scenie z imieniem matek herosów. Na plus: kilka ładnych ujęć, Batman pokonujący zbirów przetrzymujących Marthę oraz Ben Affleck.






3.
31, Rob Zombie, USA.
(thriller, slasher)

Przyznam, że The Lords of Salem mi się podobało, a The Electric Warlock Acid Witch Satanic Orgy Dispencer słuchałem z przyjemnością (choć i tak jestem albumem rozczarowany). Niestety 31 niemal zupełnie rozczarowuje. Widać, że jest tu jakiś pomysł, może mało oryginalny (grupka luzaków, na których poluje grupka zwyrodnialców), ale scenografia, makijaże i parę dialogów zdradzają, że nie był to film robiony od niechcenia. Niestety dialogów jest za dużo, przez co akcja stanowczo za wolno się rozwija, nie pomagają jej też irytujące pauzy, gdy już zaczyna się robić ciekawie. Ponadto jest również za mało szalony i brutalny, mimo prób silenia się na psychodeliczną przemoc, no i aktorzy też nie zachwycają. Ostatecznie wyszło więc coś, co miało potencjał, który zgubił się w tym – wydaje się – robionym już na siłę filmie.

Approaching the Unknown, Mark Elijah Rosenberg, USA.
(dramat, sci-fi)

Samotny człowiek w podróży kosmicznej w quasi-realistycznym anturażu, czyli małość ludzka kontra nieskończoność kosmosu. Wyświechtany temat w niezbyt udanym filmie, który zarobił mnóstwo negatywnych ocen. Rosenbergowi nie idzie zbyt dobrze w kreowaniu psychologicznego dramatu, który jawi się jako zbyt powolny i mało zajmujący. Szczególnie, że protagonista nie da się zbytnio lubić, a oprócz niego nie przebywamy tu niestety z nikim innym. Mimo to, w przeciwieństwie do większości widzów, nie byłem ani przez chwilę Approaching the Unknown znużony, a oniryczno-psychodeliczna scena, która w końcu się tu pojawia, wzbudziła we mnie miłe skojarzenia z 2001: A Space Odyssey Stanleya Kubricka, filmem który jest – jak można wywnioskować po nagłówku i tytule bloga – moim ulubionym. Jeśli miałbym wybrać jakiś element produkcji, który uważam za najbardziej nieudany, to byłby to jeden z wyjściowych pomysłów: wysłać w ważną podróż kosmiczną statek z jednym astronautą, którego przeżycie zależy od niezbyt dobrze opracowanej maszyny. Ta oczywiście szwankuje, co wprowadza protagonistę (głębiej) w psychologiczne rozterki. Za rolę Stronga, przyjemnie powolny tok narracji, stojący w kontrze do filmów pokroju nowych Star Treków i kosmiczną scenę film zalicza plusy, ale za fabularne kuriozum i małą oryginalność Approaching the Unknown pozostaje w kategorii 3/6.

ARQ, Tony Elliot, USA
(sci-fi, thriller)

Zrealizowany dla Netflixa skromny film sci-fi, który zabiera widzów w pętlę czasową w postapokaliptycznej przyszłości. W domu naszego bohatera pojawiają się terroryści i niezależnie, co się stanie po kilkunastu minutach następuje reset wydarzeń. Okazuje się jednak, że jeden po drugim wszyscy ogarnięci działaniem tytułowego urządzenia zaczynają być świadomi czasowej pułapki. ARQ to sprawnie zrealizowany, o prostym, lecz konsekwentnie przedstawionym pomyśle film. Niczym niesamowitym nie zaskakuje, aktorskie kreacje nie zawsze przekonują, przedstawia się jak rasowy film na poziomie 3/6: niczym nie zachwyca, ale i niczym nie odstrasza.



4.
10 Cloverfield Lane, Dan Trachtenberg, USA.
(thriller, sci-fi)

Przyznam, że nie jest fanem Cloverfielda; najpewniej moja niechęć do filmu Matta Reevesa wynika prymarnie z mojej niechęci do filmów found footage, z których właściwie tylko 2 (nie wliczam w tę kategorię Cannibal Holocaust) obejrzałem z przyjemnością*. Do tego swoistego sequela podszedłem raczej negatywnie nastawiony, lecz otrzymałem bardzo solidny thriller ze świetnie wypadającym tu Johnem Goodmanem, który zamknął się w bunkrze z niezbyt chętnymi na bycie zamkniętymi osobami, w tym z naszą bohaterką. Trachtenberg sprawnie żongluje oczekiwaniami widza, raz każąc mu powątpiewać w katastrofę, która jakoby zaszła na świecie, a raz każe wierzyć w słowa wydającego się niezbyt zrównoważonego psychicznie mężczyzny. 10 Cloverfield Lane ogląda się dzięki temu z zaciekawieniem trwającym, aż do finalnego twistu, który trwa być może nieco za długo, lecz niewątpliwie stanowi jedną z bardziej zapadających sekwencji ubiegłego roku.

The Handmaiden (Ah-da-ssi), Chan-wook Park, Korea Płd.
(dramat, erotyczny, kryminał)

Bodaj najsłynniejszy koreański film z ubiegłego roku to bardzo sprawnie reżysersko zmajstrowany dramat erotyczno-kryminalny o mężczyznach, otrzymujących karę za niedocenianie kobiet. W tym napędzanym oszustwami, kłamstwami i pragnieniami seksualnymi filmie największym problemem była dla mnie jego przewidywalność. Park przygotował tu co prawda przynajmniej dwa sporej wielkości zwroty fabularne, ale ostatecznie zawsze byłem w stanie je odgadnąć, a na nich opiera się niemały ciężar narracyjny. Pozostało mi więc oglądać świetny pod względem technicznym i bardzo dobrze zagrany film, który pod wierzchnią warstwą opowiada o zmiennych tożsamościach czy kolonializmie i okupacji Korei przez Japonię.


Arrival, Denis Villeneuve, USA.
(sci-fi, dramat, thriller)

Villeneuve, który wg mnie jest jednym z ciekawszych współczesnych reżyserów, zgodnie z oczekiwaniami stworzył inteligentny film science-fiction o skali makro, która tak naprawdę wpływa tylko na życie głównej bohaterki, bo reszta świata to tylko tło dla jej tragedii i pogodzenia się z jej skutkami (co jednak można rozumieć alegorycznie i tym samym wrócić do skali makro). Arrival świetnie nakreślił pierwszy kontakt, stworzył interesujących kosmitów oraz przedstawił intrygujące, nawet jeśli dość znane, lingwistyczne zagadnienia. Mój największy problem z filmem to fakt, że skupia się on niemal wyłącznie na protagonistce, podczas gdy wizyta kosmitów, a przede wszystkim ich dar ma charakter globalny. Ten globalizm jest tu jednak ledwie zarysowany, są tu jedynie bliższe kontakty z Chińskim rządem, który został niestety zredukowany do narzędzi pozwalających skończyć bohaterce swoje zadanie (oraz narzędzia zwiększającego zarobek z wyświetlania). Mimo tego nieco bardziej niż zwykle irytującego amerykocentryzmu Arrival zmusza widza do myślenia nad tym, co ogląda, a to - na tle większości wysokobudżetowych filmów sci-fi - już samo w sobie jest jakimś osiągnięciem (chyba, że jestem bardziej oderwany od współczesnego kina niż mi się wydaje i coś przegapiłem...).

Jako bonus dwa seriale: Agent Carter sezon 2. był co najwyżej średni. Natomiast Banshee sezon 4. był może nie genialny, ale biorąc pod uwagę podobieństwa z filmami z dawnych lat (np. z All The Colors of the Dark) i faktem, że było to zakończenie bardzo dobrego serialu, to uznaję go za świetny.

* Są to [•REC] i Noroi the Curse.

piątek, 7 kwietnia 2017

Zebra (Shimauma, Hajime Hashimoto, 2016)

Po dłuższej przerwie, wymuszonej częściowo wymianą płyty głównej w komputerze, Odyseja Filmowa wraca do sił. Kilka minut temu pojawił się link do recenzji świetnego Tenchu Hideo Goshy, a teraz czas na kilka słów o agresywnej Zebrze (Shimauma, Hajime Hashimoto, 2016).

Film zaczyna się przedstawieniem młodego chłopaka, który w niewybredny sposób torturuje nieznanego nam nieszczęśnika. I choć szalony sadysta jest istotny dla fabuły, to nie on jednak, a inny młodzieniec jest tu protagonistą. Oto Dora, który wraz z kumplami i dziewczyną zajmują małymi oszustwami i okazjonalną przemocą. Niestety, pechowo natrafiają na yakuzę, który nie ma zamiaru zapomnieć o upokorzeniu i w celu wymierzenia zemsty na młodych przestępcach kontaktuje się z tytułowym Zebrą. Kim jest Zebra? Zebra jest szefem organizacji zajmującej się udzielaniem losu gorszego niż śmierć wyznaczonym przez klientów celom. Dorze przypada w udziale zgoła inny los; przykuwa on uwagę przywołanego na początku akapitu sadystycznego podwładnego Zebry i zamiast stać się ofiarą organizacji, zostaje do niej wcielony. Tak też, krok za krokiem, coraz głębiej zatraca się w świecie mroku i przemocy.

Zebra jest oparta na mandze Fumio Obaty rozpoczętej w 2010 roku i utrzymuje jej poziom przemocy. I choć Hashimoto nie sięga tu splatterowych wyżyn, to i tak co bardziej delikatni widzowie będą mogli poczuć się zniesmaczeni, na przykład gdy otyły mężczyzna gwałci znarkotyzowaną kobietę na oczach jej pobitego męża, którego dłoń jest przybita widelcem do podłogi. Jak można się jednak domyśleć, nie tylko o przemoc tu chodzi. Dora jest w końcu przedstawicielem tak często spotykanej w japońskim kinie grupy młodzieży: sfrustrowanej, pozbawionej autorytetów, nie widzącej świetlanej przyszłości, której blask wskazywałby odpowiednie postępowanie. W pełnym świateł neonów, bocznych uliczek i presji świecie źródeł zarobku i zabawy szukają w uciekaniu się do przemocy.

Dorę przemoc spycha do organizacji Shimaumy, gdzie – po początkowej fazie oporu – zaczyna odczuwać niemałą frajdę z pracy, choć kolejne próby sprawdzania lojalności i zdolności okazują się czasem wyniszczające psychicznie. Mimo to, nie da się ukryć, że wydaje się znajdować na odpowiedniej ścieżce kariery. Odnosi na niej takie sukcesy, że zaczyna mieć ambicje przejęcia całej organizacji. Niestety, młodzi nie mają szans na zepchnięcie starszych. Kłopoty Dory zaczynają się, gdy w celu zapewnienia sobie lojalności jednego z członków organizacji, decyduje się wziąć na celownik byłego policjanta. Ten okazuje się być bardzo twardym rywalem, a jakby tego nie było dość, także i w samej organizacji nie brak dręczących Dorę problemów, wywodzących się jeszcze z czasów szkolnych naszego (anty)bohatera.

Fabuła i jej przedstawienie są tu dość interesujące, niestety, nie oznacza to, że można Zebrę oskarżyć o zbytnią oryginalność. Momentami kojarzyła mi się z niedawno oglądanym przeze mnie Himeanole (Himeanouru, Keisuke Yoshida, 2016), gdzie również teraźniejsze problemy mają swoje źródło w szkolnych presjach. To, że japońska szkoła to siedziba przemocy, tortur i frustracji przekonywały nas niezliczone produkcje, a filmy pokroju Zebry i Himeanole wskazują, że traumy szkolne nie kończą się wraz ze zdaniem ostatniego egzaminu, tylko pozostają z niektórymi do końca życia. O ile jednak Himeanole przedstawia intrygującą opowieść zamkniętą w zaskakująco świeżo prezentującej się narracji, żonglującej stylami szczególnie udanie przez pierwszą połowę czasu trwania, o tyle Zebra zatrzymuje się dość prędko w miejscu. Po zawiązaniu fabuły brak tu zarówno udanego stopniowania napięcia, jak i zagłębiania się w problemy bohaterów.

Oczywiście, próby stopniowania napięcia i pogłębiania portretów psychologicznych w Zebrze są, problem w tym, że wypadają dość miernie. Mimo to, udana strona stylistyczna oraz świetne kreacje aktorskie wystarczają by zainteresować widza. Toteż każdy miłośnik nieco ostrzejszej strony japońskiego kina pewnie odnajdzie tu coś dla siebie, a tych kilka dodatkowych komentarzy o stanie japońskiego społeczeństwa mogą sprawić, że film będzie znośny także dla innych.


Tenchu (Hitokiri, Hideo Gosha, 1969)

Na słynnej skądinąd Kinomisji pojawiła się kolejna recenzja mojego autorstwa, tym razem dotycząca Tenchu (Hitokiri, Hideo Gosha, 1969).

"Wydaje się, że rezultat był z góry przesądzony, Tenchu (a.k.a Hitokiri) nie miał innego wyjścia – musiał być doskonałym filmem. W rolach głównych plejada gwiazd: sławny z serii o Zatoichim Shintarō Katsu, jeden z najwybitniejszych aktorów japońskiego kina Tatsuya Nakadai, kontrowersyjny i trzykrotnie nominowany do nagrody Nobla pisarz, scenarzysta i kulturysta Yukio Mishima* oraz gwiazda kina młodzieżowego, a później także akcji ze studia Nikkatsu, Yūjirō Ishihara. Reżyserował Hideo Gosha, autor takich produkcji, jak Trzech wyjętych spod prawa samurajów (Sanbiki no samurai, 1964) czy Honor samuraja (Goyōkin, 1969), a scenarzystą został Shinobu Hashimoto, który debiutował w 1950 roku scenariuszem do nagrodzonego Złotym Lwem Rashomōna Akiry Kurosawy i odpowiadał za fabuły samurajskich majstersztyków Masakiego Kobayashiego."

Całość jest dostępna tutaj.

niedziela, 19 marca 2017

Zoom Up: The Beaver Book Girl (Zumu appu: Binîru-bon no onna, Takeshi Kanno, 1981)

Jakiś czas temu Odyseja Filmowa wzbogaciła się o ostrzeżenie dla osób niepełnoletnich, motywowane pojawieniem się recenzji Kichiku: Banquet of the Beasts Kazuyoshiego Kumakiri. Pomyślałem więc, że warto dodatkowo uzasadnić to ostrzeżenie poprzez dodanie recenzji produkcji erotycznej; wybór padł na Zoom Up: The Beaver Book Girl aka Zoom Up: Woman from the Dirty Magazine (Zûmu appu: Binîru-bon no onna, Takashi Kanno, 1981).

Zoom Up to obejmująca 7 filmów seria powstająca w latach 1979-1986. Studiem produkującym serię było oczywiście Nikkatsu, tworzące ją w ramach linii roman porno, choć geneza Zoom Up sięga odmiany violent pink. Poszczególne filmy, oprócz luźnego powiązania dwóch pierwszych produkcji, nie są ze sobą związane fabularni. Beaver Book Girl rozpoczyna się znajomą dla wszystkich widzów japońskich erotyków sceną gwałtu młodej kobiety, po czym przenosi widzów w świat magazynów erotycznych. Aby przyspieszyć wprowadzanie bohaterów, trójka z nich mieszka w jednym mieszkaniu. Pierwszym z nich jest uznawany za jednego z mistrzów w swoim fachu, lecz cierpiący na impotencję fotograf erotyczny, drugim jego młody pomocnik, który bynajmniej na impotencję nie cierpi i często uprawia seks z trzecim lokatorem: młodą modelką, często pozującą dla fotografa.

Specjalizacją naszego niezbyt poczciwego fotografa są „sporty wodne”, zwane też czasami „złotymi prysznicami” Jako że protagonistą jest osoba zajmująca się wykonywaniem zdjęć do fetyszystycznych magazynów, twórcy zabierają widza na oglądane od kuchni sesje zdjęciowe w obskurnej toalecie, mieszkaniu czy na łonie natury, gdzie modelki upuszczają z siebie spore ilości moczu, a fotograf robi zdjęcia tak, by czytelnik-fetyszysta danego magazynu mógł poczuć się podglądaczem podniecającego go/ją czynności fizjologicznej. Jest też nieco bondage, ale to „złotych pryszniców” jest tutaj zdecydowanie najwięcej, szczególnie w nader mokrym finale.

Już same sceny prezentujące sposób funkcjonowania magazynu są zdecydowaną zaletą produkcji dla osób, które interesują się nie tylko roman porno. Rozpoczyna się od rozmów z redaktorem naczelnym, tutaj homoseksualistą, który nie może się powstrzymać od obmacywania fotografa (zawsze w nieco humorystycznej stylistyce) i który uważa za coś zupełnie normalnego, że jego najważniejszy pracownik był kiedyś gwałcicielem. Sesje zdjęciowe pokazywane są tymczasem ze sporym naturalizmem i skupieniem nie tylko na scenach fetyszystycznych, ale i przygotowaniach do sesji, rozmowach z modelkami, konieczności picia przez nie sporych ilości piwa, sposobów, w jakie musi kadrować fotograf etc. Stanowi to bardzo interesujący, nawet jeżeli mocno ograniczony wgląd w funkcjonowanie biznesu erotycznego w Japonii 40-30 lat temu. Co więcej, dzięki temu zabiegowi Kanno nie tylko zawiera w filmie obligatoryjne dla roman porno sceny erotyczne, lecz wplata je w fabułę, tworząc z nich coś więcej aniżeli tylko erotyczną nadwyżkę, sztucznie doczepioną do produkcji w celu wypełnienia zobowiązań gatunkowych.

Ale nie tylko o sesje zdjęciowe tu chodzi. Pewnego dnia ktoś zaczyna rzucać fotografowi ogromne ilości pieniędzy, a niedługo potem zgłasza się do niego atrakcyjna modelka, praktycznie ideał dla jego pracy. Oczywiście skrywa ona tajemnicę, która wynika w finale – oprócz sporych ilości moczu – zaskakująco symbolicznymi scenami. Otóż, mamy tu do czynienia z dwiema tragediami. Gwałciciel ma wyrzuty sumienia z powodu swojej przeszłości – stąd jego impotencja, a kobieta jest jego dawną ofiarą, która decyduje się „zgwałcić” dawnego oprawcę i w ten sposób pokonać swoją traumę. W jednej z finalnych scen wynika między nimi szamotanina, w trakcie której przewracają się nadzy przez ścianę pustych kartonów, stanowiących adekwatną metaforę ich równie pustego życia. Oboje muszą więc stawić czoła swoim traumom oraz znaleźć wybaczenie i potrafić wybaczyć.

Oczywiście, kwestie moralne dotyczące gwałtu – dość częstego zjawiska w japońskim kinie erotycznym, i do którego podchodzi się dość frywolnie (vide seria komediowo-erotyczno-superbohaterska The Rapeman) – są tu traktowane nie tylko w uproszczeniu, ale mogą razić zbyt małą krytyką czynu. W tym kontekście film jako całość można uznawać jako (do pewnego stopnia przynajmniej) reprezentacyjny dla japońskiego podejścia do tematu. Produkcja jest też wyjątkowa pod względem skupienia się na konkretnym, niezbyt często spotykanym w kinie fetyszu, a w scenach erotycznych momentami zbliża się dość mocno do produkcji pornograficznej, zdecydowanie bardziej niż wiele innych roman porno. Wszechobecna cenzura i strategiczne pozycjonowanie rekwizytów i aktorów nie pozwala jednak widzowi na zobaczenie zbyt wiele, co w tym przypadku pomaga w ostatecznym odbiorze.

Zoom Up: The Beaver Book Girl to z pewnością interesujący przykład kina roman porno, który mogę spokojnie polecić każdemu, kto lubi roman porno i chyba nikomu więcej. Mimo to sądzę, że są gorsze miejsca na pierwsze spotkanie z tym, bądź co bądź, istotnym dla historii japońskiego kina nurtem.

Garść ciekawostek:

  • W 1974 roku Nikkatsu odniosło sukces linią Best SM – cech linii chyba nie trzeba tłumaczyć.
  • Best SM tak się spodobało, że Nikkatsu postanowiło dodatkowo wzmocnić przemoc swoich erotyków i ruszyło z linią violent pink. Najbardziej (nie)sławną produkcją nurtu pozostaje bodaj Rape! 13th Hour (Reipu 25-ji: Boukan) z 1977 roku w reżyserii Yasuharu Hasebe.
  • Nikkatsu uznało jednak (po niemałej krytyce filmu), że chyba posuwają się za daleko z okrucieństwem w swoich produkcjach i zmniejszyło ich intensywność.
  • I tutaj wracamy do serii Zoom Up, gdyż Zoom Up: Rape Site (Zuumu appu: Boukou genba, Kouyuu Ohara) z 1979 roku było powrotem do agresji erotyków studia. Pierwsza część serii została pomyślana jako powrót do violent pink, a nie początek nowej serii. Nikkatsu przewidywało, że film odniesie komercyjny sukces, tak też się stało, stąd pomysł na kolejne części. Ohara został wybrany do reżyserii Rape Site, po tym jak udowodnił swój talent w produkcjach SM (sam do tej pory widziałem z jego filmów tylko Fairy in a Cage – antymilitarny bondage z podobieństwami do Salo Pasoliniego).
  • Zoom-Up w Japonii znaczy(ło) „naoczny świadek”, co wyjaśnia genezę tytułu.

piątek, 17 marca 2017

Zabójczyni (Nie Yin Niang, Hou Hsiao-hsien, 2015)


Tymczasem na Kinomisji pojawiła się moja recenzja Zabójczyni Hou Hsiao-hsiena. 

"Zabójczyni jest nie tylko pierwszym filmem Hsiao-hsiena od 8 lat, jest również jego pierwszym filmem w ogóle zrealizowanym w gatunku wuxia. Tym samym tajwański reżyser stanął u boku innych uznanych autorów artystycznego kina – Wonga Kar Waia, Anga Lee, Zhanga Yimou czy Kaige Chena – sięgających po ten bodaj najbardziej kojarzony z Chinami gatunek filmowy. Przygotowywana 7 lat i poprzedzona 25 latami przemyśleń produkcja Hsiao-hsiena znacząco odbiega jednak od wizji, jakie rozciągali przed widzem dotychczasowi twórcy mariażów kina sztuk walki z arthouse’m dzięki czemu odnajduje ona swój własny głos na tle licznych filmów wuxia.

Całość dostępna do przeczytania tutaj.

poniedziałek, 13 marca 2017

Film noir. Historyczne podstawy oraz cechy gatunku

Na łamach Kinomisji pojawił się artykuł mojego autorstwa z gościnnym udziałem pewnego czarnego charakteru, omawiający cechy kina noir oraz jego historyczne podstawy.

Całość dostępna do przeczytania tutaj.

czwartek, 9 marca 2017

Lost in White (Bing He Zhui Xiong, Wei Xu, 2015)

Lost in White
Bing He Zhui Xiong
Reżyseria: Wei Xu
Produkcja: Chiny
Premiera: 15.04.2016

Obsada: Tony Leung Ka-Fai, Dawei Tong, Dongyu Zhou, Jiajia Deng, Vision Wei, Weiyu Cao i inni.

Kolejna z serii (bardzo) krótkich recenzji na Odysei Filmowej. Tym razem odwiedzamy z powrotem Chiny na skąpany w śniegu neonoir z Tonym Leungiem Ka-Faiem w roli głównej i Thierrym Arbogastem na pozycji zdjęciowca. Wyjściowy pomysł na osadzenie akcji w małym, skutym lodem miasteczku, gdzie dochodzi do serii brutalnych morderstw brzmiał cokolwiek zachęcająco, stąd też bez większego wahania sięgnąłem po produkcję debiutującego  jako reżyser zdjęciowca Wei Xu. I faktycznie, przez sporą część czasu trwania Lost in White nie tylko trzyma w napięciu, ale i przedstawia interesujących bohaterów w osobach podstarzałego detektywa z rodzinnymi problemami Peng Zhou i jego partnerki Xue Wu. Niestety, twórcy łączą również intrygę z młodym, wybuchowym gliniarzem Hao Wangiem z wielkiego miasta, który zostaje szybko przesunięty na równorzędną pozycję ze Zhou i tym samym spycha na margines jedyną choć odrobinę interesującą postać kobiecą. Większym problemem jest jednak ten, że wraz z Wangiem dodane zostają sceny akcji rodem z produkcji z Jackiem Chanem, odcinające się stylistycznie do reszty filmu, czym wprowadzają silny dysonans. Nie pomaga również, że młodziak jest momentami zwyczajnie irytujący.

Nie chcąc zdradzać fabuły, wspomnę jedynie, że wiąże się ona z przeszłymi, zatuszowanymi przestępstwami, co otwiera Lost in White, na najważniejszą dla twórców problematykę: wybaczenie innym. Jeden z przestępców sprzed lat nie może sobie wybaczyć dawnych win, jedna z jego ofiar nie może tych samych win wybaczyć jemu. Na tym nie koniec: młody, agresywny policjant nienawidzi wszystkich przestępców, gdyż z ich ręki zginął jego ojciec, a stary detektyw nijak nie może dogadać się z żoną, która go opuściła, ani z córką, która go odwiedziła. Wszystko to prowadzi do finału, będące istną apoteozą wzajemnych przebaczeń, co ciężko uznać za zaletę filmu.


Mimo kilku udanych scen – jak otwierające produkcję zabójstwo czy sceny pościgu pod koniec – oraz udanych aktorskich kreacji i zawiązania wątku kryminalnego, ostatecznie Lost in White rozrzedza intrygę, wykorzystując ją jako pretekst do ckliwych kontestacji o uzdrowicielskiej mocy przebaczania. Nie dochodzi jednak do wyjątkowych wniosków, a przez swą tautologiczną wykładnię i niepotrzebnie przejaskrawioną charakterystykę jednego z protagonistów sprawia, że finalnie produkcja stanowi rozczarowujące kino. Kino z potencjałem i z niejednym ciekawym pomysłem, lecz warte sięgnięcia tylko przez największych miłośników kryminałów i Tony'ego Leunga.

Poniżej koreański zwiastun filmu.