piątek, 4 stycznia 2019

Niepełne podsumowanie roku 2018

Coś się kroi...
Większość stron i blogów związanych z kinem ma już to za sobą. Ja zwykle w podobne podsumowania się nie angażowałem, lecz jakimś zrządzeniem losu obejrzałem w minionym roku więcej nowych produkcji niż zwykle. Postanowiłem zatem napisać pokrótce, co też najbardziej przypadło mi do gustu z bogatego w filmowe doznania roku 2018.

Podsumowanie zacznę jednak od kilku rozczarowań. Nowy film Garetha Evansa, czyli zrealizowany dla Netflixa thriller/horror Apostle okazał się być zaledwie poprawną produkcją. Po akcyjniaku Mile 22 Petera Berga nie spodziewałem się niczego dobrego, ale i tak smuci mnie, że Iko Uwais w swojej pierwszej większej, anglojęzycznej roli debiutuje w tak okropnej produkcji. May The Devil Take You (Sebelum iblis menjamput) to z kolei netflixowy horror Timo Tjahjanto, będący nie tylko najgorszą pozycją w dorobku indonezyjskiego reżysera, ale też zwyczajnie kiepskim filmem. Annihilation Alexa Garlanda, czyli miks science-fiction z thrillerem, posiada świetne zdjęcia oraz sceny w latarni morskiej, ale powiedzmy sobie szczerze: lepiej obejrzeć kolejny raz Stalkera (i poprawić seansem Solaris i lekturą The Color Out of Space) niż oglądać średnio sklejony pomysł Garlanda.


Ale dość narzekania, czas na wyróżnienia, a tych trochę będzie. Zacznijmy od kina akcji i od dwóch niskobudżetowych produkcji Jessego V. Johnsona, czyli Accident Man i The Debt Collector. W obu główną rolę zagrał Scott Adkins, a partnerują mu Amy Johnston, Michael Jai White i Ray Stevenson w miksie kopanego kina akcji z czarną komedią, jakim jest narracyjnie kulejący Accident Man oraz Louis Mandylor, Tony Todd i Michael Pare w miksie kopanego kina akcji z motywami rodem z noir. Zostając przy akcyjniakach: Joe Taslim starł się z Iko Uwaisem (nieźle też się biła Julie Estelle) w krwawym kinie sztuk walki Night Comes For Us Timo Tjahjanto. Podobnie krwawo, choć nieco bardziej ponuro i ze społecznym zacięciem było w filipińskiej szkole akcji (inspirowanej m.in. The Raid), czyli w BuyBust Erika Mattiego, który to powinien zatrudnić nowego dźwiękowca. Chiny reprezentuje wysokobudżetowy spektakl Dantego Lama Operation Red Sea (Hong hai xing dong), który co prawda jest nadmiernie patetyczny i patriotyczny, ale gdy zaczynają się strzelaniny to wyglądają najlepiej z ubiegłorocznych produkcji. Na koniec amerykańskie kino akcji pod postacią Mission: Impossible – Fallout Christophera McQuarriego. Następna część serii z Tomem Cruisem to kolejna dawka szybkiej akcji, licznych eksplozji i wielokrotnego zmieniania twarzy.

Scott Adkins i Amy Johnston w Accident Man.
Poza kinem akcji wyróżnienia dostają dwa horrory. Pierwszym z nich jest odtwórczy Gonjiam: Haunted Asylum Beom-sik Jeonga. To zrealizowany w formie found footage niezbyt oryginalny straszak, który na tyle udanie żongluje klasycznymi pomysłami gatunku, że udaje mu się stworzyć zaskakująco niepokojącą atmosferę. Drugim jest Halloween Davida Gordona Greena, który stoi w rozkroku między klasycznym slasherem, a próbami popchnięcia nurtu w nowoczesność. To co mu wychodzi najlepiej to jednak (oprócz zrobienia z final girl postaci a la Sarah Connor) ponowne wprowadzenie Micheala Myersa na listę postaci generujących niemałe zyski w kinach, co daje nadzieję na udane powroty innych ikon kina grozy.

Coś nas atakuje w Gonjiam: Haunted Asylum.
Wyróżnienia także dla Creed II Stevena Caple'a Jr., który udanie kontynuuje jedną z moich ulubionych serii filmowych. Sly wciąż jest genialnym Rockym, Dolpha Lundgrena (i obu Drago) jest jednak za mało, aby film znalazł się na top liście (może będzie ich więcej w Creed III). Sicario 2: Soldado Stefano Sollimy to nieco rozłażący się w szwach thriller z elementami kina akcji, który mimo wszystko trzyma w napięciu i wciąga grą aktorską z Benicio del Toro na czele. You Were Never Really Here Lynne Ramsay to ponure, dość powolne kino ze wściekłym Joaquinem Phoenixem na tropie pedofilskich szych i własnej traumy. Marlina the Murderer in Four Acts (Marlina Si Pembunuh Empat Babak) Mouly Suryi to korzystająca z motywów kina zemsty i westernu niespieszna opowieść o samotnej kobiecie, ratującej się przed gwałtem i podróżującej z odciętą głową jednego z oprawców. I ostatnie z wyróżnień przypada Liverleaf (Misumisou) Eisuke Naitou, czyli krwawej opowieści o nastolatkach w małym, zaśnieżonym miasteczku. Szkolna przemoc, skrajna samotność, miłosne zawody wynikają tu otwartymi złamaniami, licznymi ranami kłutymi i wypadającymi gałkami ocznymi.


Zakończone spotkanie szkolnych koleżanek w Liverleaf.
Czas na listę!

14. Avengers: Infinity War


Bracia Russo dostarczyli idealny komiksowy blockbuster. Co prawda nie istnieje on w oderwaniu od poprzedzających go dziesięciu lat filmów Marvel Studios i pędzący z akcją na łeb na szyję, lecz posiadający mnóstwo zapadających w pamięć scen, świetnego złoczyńcę oraz najliczniejszą grupę superbohaterów w historii kina. Udanie sklejając produkcję z tak liczną obsadą i z tak wielu wątków bracia Russo udowodnili, że w kwestii obfitych w CGI superprodukcji mało kto może się z nimi równać.


13. Kler

Najnowszy film Wojtka Smarzowskiego podejmuje ważny dla Polski (i nie tylko) temat przestępczej, acz wciąż zatajanej działalności Kościoła katolickiego. Jako taki wywołuje kontrowersje i osiąga kasowe sukcesy, będąc (przynajmniej póki co) jednym z najważniejszych polskich filmów XXI wieku. Wyciągając na wierzch kościelne grzechy z pedofilią na czele Smarzowski zapędza się czasem w zbyt wielki natłok tematów, lecz ostatecznie z pomocą obsady i ścieżki dźwiękowej, tworzy przejmujący obraz groźnego pasożyta rozwijającego się w społeczno-politycznym ciele naszego kraju.


12. Bhavesh Joshi Superhero

Hinduski superbohater Bhavesh Joshi atakuje! Insaaf Punch! Inspirowany DC (choć mający bliżej do netfliksowego Daredevila) film Vikramadityi Motwanego to geneza powstania bohatera, który widząc skrajną korupcję w państwie, niemoralność policji i polityków oraz cierpienie zwykłych obywateli postanawia zmienić swój kraj od wewnątrz. Choć wpisujący się w ramy kina akcji, Bhavesh Joshi Superhero czyni spory wysiłek aby dotknąć ważnych i realnych tematów związanych z problemami Indii. Czyni to w na tyle eskapistycznym wydaniu, że nie sposób nie czuć frajdy, gdy tytułowa postać pojawia się na ekranie, lecz równocześnie na tyle poważnie, że dramatyczny ciężar produkcji nie zostaje zgubiony. Jest to też powolna geneza ulicznego herosa, która dopiero po około godzinie czasu trwania filmu zaczyna wprowadzać sceny akcji. A że bohater dopiero się uczy fachu, sceny walki z bandziorami są zrealizowane w kluczu realistycznym. Oczywiście nie brak tu pewnych przegięć, lecz czymże byłoby kino superbohaterskie bez nich?



11. Detective Dee: The Four Heavenly Kings (Di ren jie zhi si da tian wang)

Jako fan filmów wuxia oglądałem najnowszą produkcję Tsuia Harka z niesłabnącym uśmiechem na twarzy. Udanie łączy on tu nie tylko klasyczne tropy gatunku, ale też nawiązuje do motywów kojarzonych z jego wczesnymi produkcjami i, oczywiście, motywów prosto z kryminału. Po nieudanej poprzedniej części powraca tu do sił, prezentując rozbuchany wizualnie, pełen nierealnych scen akcji spektakl wypełniony całą galerią ekscentrycznych postaci. Choć wszechobecne CGI nadal razi w oczy (choć zdecydowanie mniej niż w szarżującej efektami 3D poprzedniej części), to tym razem Hark wie, kiedy trzeba wykorzystać klasyczne triki szkoły wuxia, a kiedy wzbogacić je komputerem. Jest to film daleki od ideału, lecz dawno nie widziałem tak szalonego, a przy tym nie popadającego w durnowatości jianghu, za co stawiam Detektywa Dee tak wysoko na liście.



10. Wrath of Silence (Bao lie wu sheng)

Yukun Xin stworzył powolnie płynącą syntezę dramatu z kryminałem, przedstawiającym niemego ojca i jego tragiczne poszukiwania zaginionego w górniczym miasteczku synka. Przez przypadek natyka się na intrygę bogatego przestępcy, co wplątuje go w sieć kłamstw, podejrzeń i moralnej zgnilizny. Od dłuższego już czasu chińskie kino udowadnia, że w temacie powolnych, lecz mimo to pełnych emocji syntezach dramatów z kryminałami i thrillerami jest jednym z najlepszych na świecie. Wrath of Silence to kolejny przykład solidnie zrealizowanej opowieści o poszukiwaniu winy zarówno w sobie, jak i wokół siebie; o różnicach społecznych i niemym (tym razem dosłownie) cierpieniu zwykłych ludzi. Xin dodaje tu też kilka scen niczym z kina akcji, z których na pierwszy plan wysuwa się zaskakująco rozbudowana bijatyka w biurowcu, gdzie protagonista ściera się z bandą zbirów.



9. The Great Buddha+ (Da Fo Plus)

Tajwan na liście reprezentuje w tym roku Hsin-yao Huang swoim czarno-białym dramatem o ludziach z dna społecznej drabiny. Gdy jednak podglądają czynności bogatego mężczyzny, wtedy obraz robi się kolorowy i wychodzi na jaw, że szanowani ludzie są często o wiele gorsi od tych, którym odmawia się szacunku. The Great Buddha+ fabularnie jest złożony w mozaikę, która niezbyt przejmuje się prędkością narracji ani nawet nie stara się ułożyć w koherentną fabułę; zamiast tego Huang preferuje naszkicowanie powiązanych ze sobą scen i uzupełnianie tła własną narracją z offu. I choć film jest prymarnie dramatem, to znalazło się tu miejsce dla całkiem udanych humorystycznych scen. Nie są one w jednak stanie zasłonić cierpienia i beznadziejności przedstawionego świata.



8. Shadow (Ying)

Powrót do wuxia, lecz tym razem w bardziej artystycznym niż eskapistycznym wydaniu. Około 20 lat temu nastał trend, aby uznani reżyserzy z Chin i Tajwanu sięgali po kino wuxia (oczywiście trend ten wyprzedził Wong Kar Wai realizując Ashes of Time w 1994 roku) i tworzyli z nich artystyczne wizje, czerpiące inspiracje z nieśmiertelnych klasyków Kinga Hu. Ang Lee, Kaige Chen, Feng Xiaogang i – być może przede wszystkim – Yimou Zhang stanęli za kamerą takich produkcji, jak Crouching Tiger, Hidden Dragon (Lee), The Promise (Chen), The Banquet (Xiaogang) i Hero (Zhang). Zhang jednak jest jedynym z nich, który – mając początkowo niezbyt wielką wiedzę nt. gatunku – pozostał w nim do dzisiaj. Po Hero stworzył w niedługim czasie dwa kolejne filmy wuxia: House of Flying Daggers oraz The Curse of the Golden Flower. Niedawno widzieliśmy jego hollywoodzki film wuxia/fantasy The Great Wall, który ciężko uznać za dobre kino, ale myślę, że Zhang dobrze się bawił tworząc tak infantylną i komercyjną superprodukcję. W końcu wrócił z filmem Shadow, kojarzącym się z jego poprzednich wuxia najbardziej z Hero. Mamy tu całą sieć intryg, elementy klasycznych wytworów chińskiej kultury, niemal taoistyczne motywy i – oczywiście – sceny sztuk walki. Akcji jest tu jednak zdecydowanie mniej niż w poprzednich filmach reżysera, jak i jest ona mniej emocjonująca i dynamiczna; wpasowuje się bowiem w posępny nastrój całej produkcji permanentnie skąpanej w różnych odcieniach szarości, kreujących beznadziejny, pusty świat, pełen ukrywanych intencji i dworskich spisków.



7. Roma

Najnowszy film Alfonso Cuaróna pewnie wszyscy już znają. To przejmujący i pięknie wyreżyserowany obraz życia służby i rodziny w niespokojnych politycznie latach 70. w Meksyku. Cuarón pokazuje tu zarówno prywatne troski bohaterów, jak i przedstawia szersze tło, na które prymarnie składa się obraz społecznych różnic. Te wydają się stopniowo zacierać, lecz ostatecznie równość społeczna to jedynie iluzja, która zawsze się rozmywa przy dokładniejszym się jej przyjrzeniu.



6. Mandy

Psychodeliczne szaleństwo od Panosa Cosmatosa (którego Beyond the Black Rainbow uwielbiam) to odrealniony klimat, świetna ścieżka dźwiękowa, surrealne zdjęcia i genialny Nicolas Cage czujący się jak w domu podczas wymierzania krwawej zemsty dziwacznym kreaturom i sekciarskiemu guru. Mandy to jeden z najlepiej wyglądających hołdów dla kina lat 70. i 80., filtrujący je przez niemającą granic wyobraźnię Cosmatosa, dodającego tu tematy religii, miłości oraz umysłowej niestabilności.



5. Hereditary

Hereditary to bodaj najperfekcyjniej zrealizowany horror ostatnich lat. Każdy kadr jest przemyślany, mamy tu do czynienia z mistrzowskimi prefiguracjami oraz widoczną znajomością mitologii dotyczącej poruszanego tematu. Wszystko to poniekąd sprawia, że jest to nieco zbyt poukładany film by mógł naprawdę straszyć (podobnie odczucia wzbudza we mnie The Shining Kubricka, który to film uważam za absolutnie genialny, lecz zupełnie niestraszny w klasycznie horrorowym sensie), lecz jego realizacja w połączeniu z mistrzowską kreacją Toni Colette i tematem psychologicznego rozkładu jednostki rodzinnej w moim uznaniu jest niemal doskonała. Właściwie, zamiast więcej pisać zapraszam do ciekawej analizy na youtube: https://www.youtube.com/watch?v=IvYQyAkGe7M



4. An Elephant Sitting Still (Da xiang xi di er zuo)

Kolejna wizyta w Chinach to swobodnie rozwijający się dramat, którego bohaterami są cztery osoby z niezbyt przyjaznej dzielnicy. Ascetyczna wizja Hu Bo to posępny, smutny, lecz niepozbawiony nadziei (symbolizowanej przez pragnienie zobaczenia tytułowego słonia) film, dotykający takich tematów, jak przemoc w szkole i jej źródła, problemy osób starszych, stających się ciężarem dla swojej rodziny czy wpływ brutalnego środowiska na człowieka. Bo nie jest szczególnie oryginalny, lecz przez około 230 minut towarzyszenia protagonistom widz na tyle się z nimi zżywa, że ich troski obserwowane na tle obdartych murów i szarych uliczek nie pozwalają mu pozostawać obojętnym na ich los, który przecież nie jest nam samym nieznany.



3. Call Boy (Shounen)

Czymże byłoby roczne podsumowanie (a przynajmniej moje podsumowanie), gdyby nie było na nim miejsca dla pinku eiga? Jak to zwykle z pinku i podobnym filmami bywa, zaczną one być dostępne poza Japonią szerzej ze sporym opóźnieniem (wciąż jeszcze np. nie oglądałem ostatniego Hisayasu Satou), stąd też te rejony japońskiego kina reprezentuje póki co Daisuke Miura ze swoim Call Boy. Tytułowy chłopak to znudzony życiem, będący w stanie permanentnego marazmu student za dziecka osierocony przez tragiczną śmierć matki, co zapisało się w nim jako definiująca życie trauma. Pewnego razu zostaje wypatrzony i poddany testowi namiętności. Jak się okazuje był on przeprowadzony w celu ocenienia czy może on pracować jako call boy dla firmy zajmującej się dostarczaniem (nie tylko seksualnych) partnerów bogatym kobietom. Chłopak ledwo przechodzi test (którym jest stosunek z głuchoniemą dziewczyną), co wprowadza go w świat dojrzałych kobiet i ich różnorodnych fetyszy oraz pozwala mu na odkrywanie samego siebie. Widzowie japońskich erotyków o zacięciu społecznym, politycznym czy dramatycznym pewnie wiedzą, czego się spodziewać. Niespieszny tok narracji, atrakcyjne, przeważnie nocne zdjęcia, niecodzienne sytuacje erotyczne i bolesne przebijanie się przez frustracje i psychiczne problemy postaci. Miura przy okazji pokazuje nam całą paletę dzielnic Tokio i kilka lekko humorystycznych scen. Co interesujące, w pozycji dominującej (w kontekście doświadczenia czy znajomości życia, a nie sfery seksualnej) przedstawia raczej kobiety niż bohatera, który tutaj uczy się szacunku do drugiej płci, co można rozpatrywać w szerszym, społecznym kontekście. Nie sądzę, żeby Call Boy przypadł do gustu większości widzów, ale jeśli ktoś ceni produkcje z gatunku, to przy nowym filmie Miury powinien odkryć sporo pozytywnych doznań.



2. Burning (Beoning)

Chang-dong Lee stworzył wysmakowany dramat z cechami thrillera, zahaczającego o oniryzm. Metaforyczny w swojej treści Burning oferuje widzom nie tylko doskonałe zdjęcia i kreacje aktorskie, lecz również niemałe możliwości interpretacyjne. Czy jedna z bohaterek jest symbolem Korei? Jeśli tak, to czy bogaty mężczyzna, z którym spędza czas reprezentuje zachodni świat, a protagonista jest symbolem Korei Północnej? Być może, jako że polityczny wymiar produkcji jest sugerowany częściej niż raz. Poza tym jest to obraz społecznego rozwarstwienia, gdzie klasa bogata, traktuje nieświadomą swojej roli klasę niższą jako źródło chwilowej rozrywki. Jest to też historia zagubień w przytłaczających samotnościach i opowieść o braku umiejętności wydostania się z gęstej sieci kłamstw, ciężko zwisającej w praktycznie każdym zakątku złudnej koreańskiej rzeczywistości. Burning to także zagadka kryminalna, której rozwiązanie jest jednak mniej ważne niż złowieszczy obraz kraju, jaki rysuje Lee.



1. One Cut of the Dead (Kamera o tomeru na!)

Krótka notka o filmie Shin'ichiro Uedy pojawi się niebawem na łamach Kinomisji (o! już jest!). Póki co napiszę tylko, że być może nie jest to najlepszy film roku pod względem realizacyjnym, ale jest to najdoskonalsze połączenie kinowego szaleństwa z miłością do medium ostatnich lat.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz