czwartek, 26 lipca 2012

Death Race 2000, USA, 1975.

Death Race 2000
Wyścig śmierci 2000
reż. Paul Bartel
USA, 1975

Cudowne lata siedemdziesiąte przyniosły nam wiele B-klasowych produkcji, które nierzadko utrzymały swą aktualność i świeżość w zdecydowanie lepszym stanie aniżeli ich A-klasowi pobratymcy. Zresztą nie tylko do lat siedemdziesiątych to zjawisko jest ograniczone. Roger Corman, niekwestionowany mistrz kina niskobudżetowego, zdecydował się wyprodukować jeden z takich filmów w 1975 roku. Obraz jest adaptacją krótkiej noweli poświęconej morderczym wyścigom w futurystycznej, antyutopijnej Ameryce. Ówczesna gwiazda telewizyjnego ekranu, David Carradine, wcieliła się w głównego bohatera, enigmatycznego Frankensteina. Sylvester Stallone zaś, jeszcze zanim przybyło mu masy mięśniowej potrzebnej by stać się Rocky'm, wykreował inspirowanego mafijnymi czasami nieprzyjaznego kierowcę z wybuchowym charakterem. Z takimi nazwiskami, Paul Bartel rozpoczął reżyserię niskobudżetowego klasyka. Zapnijmy więc pasy i przyjrzyjmy się wyścigowi śmierci z bliska.

Obraz rozpoczyna się otwarciem wyścigu, które służy zarówno jako prolog oraz jako rozpoczęcie głównej akcji. Kolejni kierowcy oraz zasady panujące w świecie przedstawionym są nam komunikowane przez trójkę dziennikarzy. Oprócz funkcji informacyjnej pełnią oni istotną rolę w fabule oraz w satyrycznym obrazowaniu roli mediów. Słowo o dodatkowe o dziennikarzach się jak najbardziej należy, gdyż stanowią oni ogromną zaletę całej produkcji. Bombastyczny, łatwo wpadający w zachwyt mężczyzna komentuje, używając górnolotnego słownictwa wymieszanego z ówczesnym slangiem (charakterystycznym m.in. dla mainstreamowych komiksów tego okresu), wydarzenia doprowadzając do ich karykaturalnej formy słownej. Jego komentarze wprowadzają mnóstwo czarnego humoru, dzięki zestawieniu ich z obserwowaną akcją. Śmierć, niewola mediów, kontrola polityczna, wszechobecne kłamstwo – w jego ustach wszystko to jest zabawnym tematem, idealną karmą dla mas, spragnionych brutalnej rozrywki. Ktoś kogoś zabił? Ojej, czyż mogło zdarzyć się coś lepszego? Już sprawa mediów w tym by wszyscy usłyszeli o tym wesołym zdarzeniu z trasy. W końcu, co lepiej nas bawi niż przemoc? Chyba tylko więcej przemocy. Gdy jednak ktoś próbuje pokazać zło tkwiące w niekontrolowanej brutalności, wtedy nasz dziennikarz czuje dyskomfort. Bez brutalności, nie ma zabawy.

Pani dziennikarz natomiast jest idealną parodią prowadzących talk showy w stylu choćby rodzimych „Rozmów w toku”. Wspominając przed każdym wywiadem, że jest bliską przyjaciółką każdej ważnej osoby, prowadzi rozmowy gratulując, m.in., żonie pierwszej ofiary wyścigu zaszczytu, jaki ją spotkał. Nie można także zapomnieć o starszym dziennikarzu, który z miną i tonem eksperta tłumaczy nam ile punktów otrzymuje się za zabijanie ludzi. Najwięcej warci są staruszkowie (100 punktów), ale niemowlaki czy małe dzieci to także nie lada gratka dla kierowcy. Gdy nie ma wartościowych celów w pobliżu, zadowolić można się mniejszą ilością punktów za osoby w średnim wieku. Biada wszystkim, którzy nieopacznie lub w celach doświadczenia ekstremalnego sportu na własnym poziomie adrenaliny pojawią się na ulicy. Co przypomina mi o jednej z moich ulubionych scen w obrazie. Gdy Frankenstein zbliża się do szpitala, lekarze i pielęgniarki wystawiają na ulicę chorych starców (dzień eutanazji). Kierowca zamiast jednak zadowolić się ogromnym łupem, skręca i rozjeżdża pielęgniarki i lekarzy, co dziennikarz komentuje stwierdzając, iż nawet Frankenstein posiada amerykańskie poczucie humoru.

Każdy samochód i kierowca posiadają przy tym własną osobowość. Poszczególne pojazdy mają własne tematy. Samochód-country z lubującą się w kolekcjonowaniu kochanków kobietą za kierownicą. Samochód-nazizm z kobietą z „rasy panów” i jej nawigatorem, który nie jest zbyt dobrym kochankiem. Jest też samochód-mafia ze Stallone'm za kierownicą. I, oczywiście, kultowy pojazd z piłowatym grzbietem, który został podstawą samochodu w serii gier komputerowych „Carmageddon” inspirowanych filmem. Za jego kierownicą zasiada narodowy bohater – Frankenstein. Postać niemal mityczna, która w wielu wyścigach straciła wiele części ciała i jest pozszywanym monstrum. Czy aby jednak na pewno?

Aktorsko nie możemy spodziewać się popisów, które zapamiętamy do końca życia. Carradine gra niemal jak zawsze, zachowuje podobne niewzruszenie, co bohater „Legend kung fu”. Sly natomiast jest Sly'em. W wielu momentach to on kradnie show i jego postać wysuwa się na pierwszy plan. Zresztą Stallone jest w tym momencie swojej kariery na poziomie, ponad który nie wniesie się już wiele wyżej. Nie chcę przy tym krytykować Sylvestra, który potrafi wykreować zapadające w pamięć postaci, o czym świadczy produkcja z jego udziałem z kolejnego roku, czyli kultowy, również dla mnie, „Rocky”, gdzie Sly pokazuje na co go stać.

Sam „Wyścig śmierci 2000” zaś, jak wyraźnie widać, skupia się, poza samochodowo-śmiertelną rozrywką, na próbie zadania pytań o samą zasadność traktowania brutalności jako rozrywki. Temat, w kontekście ostatnich wydarzeń filmowych (premiera „The Dark Knight Rises” przychodzi na myśl), wciąż aktualny. Niczym Moore w „Bowling for Canada” obraz „Death Race 2000” wysnuwa wnioski jakoby przemoc eksploatowana do tak wielkich rozmiarów jest rdzeniem Ameryki. Kraj opiera się na przemocy od samego początku swej kreacji i traktuje ją nie tylko jako koherentny element swojej kultury, ale wręcz jedną z jej „cnót”. W filmie objawia się to w przejaskrawionym, kłamliwym prezydencie, ruchu oporu przeciw przemocy, który wcale od przemocy nie stroni, publice chciwej rozlewu krwi, ludziach igrających ze śmiercią dla mocnych wrażeń, sportowców-zabijaków jako ikon popkultury, zabijaniu jako sport narodowy. Jakkolwiek sami byśmy nie sądzili, film odpowiada za nas: takie rzeczy, tylko w Ameryce. I nie da się ukryć, że znajduje się w tym pewna doza prawdy. Ileż to razy słyszymy o kolejnych strzelaninach, masakrach czy zabójstwach w USA? A o ilu nie słyszymy? Faktem jest, który by nie być jednostronnym należy podać, iż zdarzają się one w innych krajach także. Czy winne temu są filmy? „Death Race 2000” poprzez sam fakt bycia taką brutalną produkcją, jednocześnie nie pochwalając przemocy, dodając dużą dozę satyry, stwierdza, iż kino nie jest odpowiedzialne za ten stan rzeczy. W końcu w innych krajach kinowe blockbustery nie różnią się zbytnio od amerykańskich, a jakoś tam nie dochodzi do tylu strzelanin. Należałoby stwierdzić, że problem tkwi w osobie, która ogląda film, a nie w filmie, który ogląda osoba.

Zresztą historia USA pokazuje, że często atakuje się popkulturę jako winowajcę zbrodni; atak na branżę komiksową, ze szczególnym skupieniem się na EC, w latach 1950., ataki na muzykę, na gry komputerowe, powtarzające się ataki na kino, a zapomnieć przecież nie można, iż przed czasem telewizji i wszechobecnych (niestety nie w Polsce) komiksów na brak przemocy narzekać nie było można. Zaczynam jednak nazbyt oddalać się od omawianego filmu. Nie chcę zacząć szukać źródła przemocy w Ameryce (i na świecie), gdyż nie jest to przedmiotem recenzji. Wielu już to robiło z różnym rezultatem. W tym momencie, jak często to robię, mogę zasugerować zajrzenie do tekstów Slavoja Żiżka. Nawet jeśli go nie lubicie, to w tej kwestii mówi kilka ciekawych rzeczy.

Tymczasem brutalność w „Death Race 2000” w dzisiejszych czasach nikogo nie zbulwersuje, wyścigi nie są tak efektowne jak w nowszych produkcjach, a wrzucone przez Cormana sceny erotyczne (jak przemoc to i seks, prawda?) są grzeczniejsze niż współczesne teledyski popowych wykonawców. Film nie może więc zbytnio szokować współczesnego widza. A jednak zachował świeżość, niekwestionowaną pomysłowość, widoczny zapał oraz porusza, w sposób humorystyczny, ważne kwestie. Tak, jest też kiczowaty, w końcu to produkcja klasy B, lecz pokazuje w sposób pozbawiony uprzedzeń kontrolę rządu, medialną propagandę i panującą dezinformację, umiłowanie prymitywnej przemocy w ludziach i wiele innych nagannych zachowań. Nie wzbudzi może tak głębokich kontemplacji nad kondycją człowieczeństwa, jakie stają się naszym udziałem po obejrzeniu filmów Michaela Hanekego czy Ingmara Bergmana (których w tym momencie polecam), lecz zwariowana produkcja samochodowa okazuje się dość udanym mariażem ambicji i kiczu, a takie połączenie, gdy wychodzi korzystnie, wypada pochwalić i polecić. Co też czynię.


wtorek, 24 lipca 2012

Star Trek: The Next Generation - Skin of Evil


Space...
The Final Frontier.

These are the voyages of the starship Enterprise.
Its continuing mission: to explore strange new worlds, to seek out new life and new civilizations,
to boldly go where no one has gone before!

W 2012 roku mija 25 lat odkąd serial „Star Trek: The Next Generation” ruszył dumnie tam, dokąd nie dotarł jeszcze żaden człowiek, czy też serial. Z tej też okazji przyglądam się z perspektywy czasu moim ulubionym odcinkom kosmicznej wędrówki.


ODCINEK 3.
Sezon 1., odcinek 23.
Skin of Evil

„Skin of Evil” jest dość dziwnym odcinkiem w mojej grupie ulubionych. Zapamiętany on został głównie z dwóch względów: kapitan Picard rozmawia z czarną plamą, a Natasha Yar umiera przez ową czarną plamę zabita. I żaden z tych dwóch elementów nie wypadł zachwycająco. Mimo wszystko, odcinek zapada w pamięć również z innych, bardziej pochlebnych względów.

Pierwszym i najważniejszym momentem jest jednak wspomniana śmierć Yar, szefowej ochrony, której miejsce zajmie Worf. Natasha ginie w sposób całkiem nie heroiczny, zupełnie nie tak jak wymagałaby tego konwencja. Nie poświęca się wyższej sprawie, po prostu idzie po ranną Troi i zostaje nagle zabita przez potężną, psychopatyczną istotę, która wygląda, gdy odpoczywa, jak plama atramentu. Przypomina się Latający Cyrk Monty Pythona. Lecz scena śmierci, właśnie dlatego, że jest tak nieheroiczna wypada dobrze.

Nie dość, iż jest to pierwsza śmierć osoby z głównej obsady w serii (nie licząc śmierci Spocka w filmie „Gniewie Khana”, który zmartwychwstał w „Poszukiwaniu Spocka”), co stanowi duże zaskoczenie dla widza,to tego typu odejście jest dobrym sposobem na pokazanie, że nasi bohaterowie są też ludźmi (i Klingonami, androidami etc.), którzy mogą zostać zwyczajnie zabici czy zranieni i nie muszą zawsze żegnać się z życiem w blasku chwały. Ten aspekt możliwości bycia okaleczonym czy zabitym zostanie lepiej zaprezentowany w serialu „Deep Space Nine”, najbardziej w odcinku „The Siege of ER-558”. Twórcy „The Next Generation” zaś „poprawią” śmierć Yar w innym odcinku, który znajduje się na tej liście, mianowicie w „Yesterday Enterprise”.

Co zaś począć z plamą? Na korzyść dziwacznego stwora przemawia kilka faktów. Po pierwsze, gdy już przybierze bardziej humanoidalną formę wygląda dość złowrogo. Po drugie, jest on postacią o ogromnej mocy, która siłą woli potrafi dokonać niemal wszystkiego. Jest to jeszcze ten czas w „The Next Generation”, kiedy nie ma zbyt wiele istot o niemal nieograniczonej mocy, więc ten aspekt nie zniesmacza. W późniejszych odcinkach przez pewien czas niestety przesadzano z omnipotencją napotykanych kosmicznych bytów, która stała się odrobinę nużąca. Po trzecie jest to istota czysto psychopatyczna. Jego jedyna żądza to żądza niszczenia, zabijania, torturowania, znęcania się. Jest co prawda powiedziane, że czyni to z przyczyn zaszłych w jej przeszłości, wykoślawionej samotności, lecz ostatecznie nie mamy złudzeń, że jest to stwór poza możliwościami oraz chęciami zrehabilitowania się za wyrządzone zło. Jak nasza odważna załoga ma przeciwstawić się takiemu przeciwnikowi? Gdy zawodzi dyplomacja, pozostaje tylko jedno rozwiązanie.

Nie ma w tym odcinku zbyt wiele do rozmyślania na tematy ogólne. Przyznać należy, iż starania twórców by próbują zetknąć nas jak najbliżej z czystym złem są widoczne, lecz trudno powiedzieć aby zamierzenie się udało. Napotykamy tutaj zagubionego, sfrustrowanego stwora, który swoje ułomności próbuje ukryć pod płaszczem przemocy i okrucieństwa, mającego zwrócić na niego uwagę, której tak pożąda. Jest to pewien psychopatyczny ewenement w „Star Treku”. Nie jest to ewenement, jaki określić można jak niespodziewana eksplozja geniuszu, lecz jako nieco odmienne spojrzenie na serię. Dzięki temu odcinek pozostał w pamięci i znalazł się na tej liście. „Skin of Evil” mimo wyraźnych niedopatrzeń i nie do końca przemyślanych pomysłów, posiada wystarczającą ilość zalet, a przynajmniej nieszablonowość, pozwalającą na pochwalenie ostatecznego wyniku.


niedziela, 15 lipca 2012

Huozhe (Żyć!), reż. Zhang Yimou, Chiny/Hongkong, 1994.

Huozhe
Żyć!

reż. Yimou Zhang
Chiny/Hongkong
1994

Zhang Yimou zasłynął w świecie filmowym przejmującymi dramatami, w których nietrudno było doszukać się politycznych komentarzy. Tego typu postępowanie nie spotykało się z przychylnością chińskich władz, choć pojawiły się w jego filmografii produkcje, które nie cierpiały na ataki ze strony cenzury. Obecnie reżyser jest kojarzony także z powodu swojej przygody z kinem wuxia („Hero”, „Dom latających sztyletów” i „Cesarzowa”), lecz to właśnie jego dramaty, jak choćby doskonały obraz „Zawieście czerwone latarnie” świadczą najpełniej o umiejętnościach Yimou jako filmowego artysty.

Jego produkcja „Żyć!” jest filmową „dokumentacją” losów niezamożnej rodziny na tle historycznych wydarzeń, związanych z dojściem komunistów do władzy. Historię rozpoczynamy, gdy ojciec rodziny traci cały majątek z powodu uzależnienia od hazardu. Pasmo nieszczęść spada na niego natychmiast całą lawiną. Utrata domu, pieniędzy, odejście żony, która zabiera dzieci, śmierć ojca nie mogącego znieść nagłej sytuacji, pogorszenie się zdrowia matki. Protagoniście udaje jednak się przewartościować swoją hierarchię wartości i na jej szczycie postawić rodzinę. Dzięki temu, po pewnym czasie znów przebywa z kochającą żoną, matką, córką-niemową (straciła głos z powodu choroby) i synem. Mąż tworzy własną trupę lalkowego teatru i wydaje się, że skromnie, lecz szczęśliwie rodzina dotrze do końca swej podróży na Ziemi. Najgorsze i najlepsze zarazem ma jednak dopiero nadejść, oto bowiem zaczyna się rewolucja, która dotknie każdego obywatela Chin.

Yimou dzieli swój obraz na kolejne okresy czasu, sygnowane ważnymi zmianami politycznymi. W ten więc sposób poznamy czas przed rewolucją, okres brutalnej i okrutnej, jak każda, wojny, czas naiwnej wiary w komunistyczny sen oraz czas uświadomienia sobie, że jest to tylko sen, a rzeczywistość jest zupełnie inna. Niestety, ani życie snem, ani rozpoznanie stanu rzeczywistego nie jest w stanie zaoferować szczęścia, ani, tym bardziej, wolności. Człowiek, rodzina, a nawet populacja miasteczka, w którym żyją nasi bohaterowie, są jedynie małym elementem całości, kontrolowanej przez beztwarzowy system, który manifestuje się poprzez wizerunek Mao Tse Tunga, czerwonych książeczek i nakazów płynących z niedookreślonej „góry”. Każdy może okazać się klasowym wrogiem czy kapitalistycznym szpiegiem, poszanowanie życia jest tylko pustą ideą, a tak doskonale działające służby są jedynie żałosnym cieniem stanu sprzed lat.

Zhang mimo że otwarcie nie umieszcza żadnych negatywnych komentarzy, odnoszących się do systemu politycznego, tworzy jego negatywny obraz. Obraz pełen ludzi, próbujących zadowolić rząd, czy to z naiwnej wiary w lepszy los czy z powodu strachu przed śmiercią, ludzi wyzyskiwanych i okłamywanych od najmłodszego. Niestety system nie jest im w stanie zapewnić bezpieczeństwa ani zdrowia. Przeto śmierć nie jest czymś rzadko spotykanym. Punktem przełomowym filmu jest scena, w której mąż musi spalić marionetki używane w jego teatrze. One dawały mu nadzieję i radość w czasie biedy, w czasie wojny, w czasie narodowej pracy o zwycięstwo rewolucji, one, poprzez niego, czynnie działały by rewolucja komunistyczna mogła odnieść sukces. I sukces odnosi, po czym każe zniszczyć marionetki, kojarzące się nowej władzy z obalonymi figurami władzy poprzedniej. Nadzieja gaśnie.

Obraz chińskiego reżysera prezentuje wydarzenia w sposób minimalistyczny. Nie uświadczymy tutaj żadnych wielkich wydarzeń na pierwszym planie. Wszystko prezentowane jest z perspektywy zwyczajnej rodziny, która dotykana jest przez niezwyczajne wydarzenia. Jest to więc tym bardziej ponura i beznadziejna wizja zastanej rzeczywistości. Człowiek nie ma żadnego wpływu na dzieje, a najważniejsze momenty historyczne rozgrywają się gdzieś daleko, poza jego zasięgiem, jednocześnie trzymając go w swych ryzach.

Doskonale odnaleźli się w nich aktorzy. W roli żony pojawiła się, znana głównie z filmów Yimou właśnie, Li Gong, która, jak zwykle, stworzyła wyrazistą postać żony schwytanej w pułapkę systemu. Jej mąż, zagrany przez You Ge, swoją fizjonomią, jak i uległościami, jakie go charakteryzują idealnie wkomponował się w surowe, biedne otoczenie, które wyraża ubóstwo duchowe i materialne otoczenia.

„Żyć!” jest więc udanym filmem Zhanga Yimou, który po raz kolejny pokazał subwersywny obraz skrywanych emocji i frustracji. Nie cechuje go, co prawda piękno „Zawieście czerwone latarnie”, emocjonalnie również mógłby być w wielu miejscach bardziej angażujący, lecz mimo swych wad jest to bardzo dobra produkcja, która broni się świetnym potraktowaniem tematu, adekwatnym nie tylko w stosunku do komunistycznych Chin, lecz działalności systemów ideologicznych jako takich.


sobota, 14 lipca 2012

Star Trek: The Next Generation - Symbiosis



Space...
The Final Frontier.

These are the voyages of the starship Enterprise.
Its continuing mission: to explore strange new worlds, to seek out new life and new civilizations,
to boldly go where no one has gone before!

W 2012 roku mija 25 lat odkąd serial „Star Trek: The Next Generation” ruszył dumnie tam, dokąd nie dotarł jeszcze żaden człowiek, czy też serial. Z tej też okazji przyglądam się z perspektywy czasu moim ulubionym odcinkom kosmicznej wędrówki.


ODCINEK 2.
Sezon 1., odcinek 22.
Symbiosis


Odcinek pt. „Symbioza” znalazł się na liście, ponieważ jest to dla mnie moment w drugim serialu pełen pierwszych razy i odkrywania dziewiczych dotąd terenów. Po raz pierwszy bowiem pojawił się wyrazisty problem natury moralnej, który nie mógł być łatwo rozwiązany. Po raz pierwszy fabuła wciągnęła mnie niemal bez reszty, przez co nie mogłem się doczekać dalszego biegu zdarzeń. Po raz pierwszy pojawiło się całkowite respektowanie słynnej „prime directive”, czyli nie ingerowania w wydarzenia dotyczące cywilizacji spoza Zjednoczonej Federacji Planet, niezależnie od mogących kierować bohaterami motywacji. Po raz pierwszy, w końcu, nowa załoga, w moich oczach, zyskała całkowitą odrębność oraz przestała szukać swojego charakteru, odnajdując go właśnie tutaj.

Kiedy oglądałem odcinek po raz pierwszy, będąc świeżo po pierwszym serialu i czterech filmach pełnometrażowych z pierwszą obsadą, pomyślałem sobie, w jaki sposób zastaną tu, problematyczną kwestię rozwiązałby kapitan Kirk. Zapewne nie przejąłby się dyrektywą Gwiezdnej Floty i wraz ze Spockiem i resztą kompanów pokazaliby niemoralnym kosmitom, jak wyglądają siniaki pozostawione przez pięści Ziemian, i kto wie? Może jakiś fazer również okazałby się użyteczną częścią standardowego ekwipunku. Nie mam bynajmniej zamiaru krytykować poczynań Jamesa i jego decyzji. Oryginalna seria jest wszakże moją ulubioną. Kapitan Picard tymczasem, respektując zasady Gwiezdnej Floty, odsuwa się, mimo moralnego kaca, od sprawy, pozostawiając ostatecznie sytuację, tak, jaką ją zastał.

Problemem w tym odcinku jest specyficzna symbioza, która ma miejsce między dwiema planetami. Mieszkańcy jednej z nich wykonują wszystkie prace fizyczne, szczególnie związane z techniką, dla populacji drugiej planety. Mieszkańcy drugiego świata w zamian za to wysyłają im zapasy leku zwalczającego szalejącą zarazę. Leku, który można wytwarzać z ich surowców. Wkrótce załoga Enterprise, po badaniach dr Crusher, odkrywają, iż owa zaraza już dawno została pokonana, a zamiast leku wysyłany jest tak naprawdę silnie uzależniający narkotyk. Pewnego dnia jednak zapasy przeznaczone dla wytwarzających specyfik zostają uszkodzone w wypadku statku kosmicznego. Producenci narkotyku, nie chcąc zdradzić swej tajemnicy i faktu, iż zależy im na utrzymaniu dotychczasowych relacji nawet bardziej niż uzależnionym, przyjmują następującą politykę: nie dostarczycie nam wymaganych dóbr, nie otrzymacie „leku”. Tworzy się więc sytuacja patowa, gdyż żadna ze stron nie może zrobić kroku w przód, nie ryzykując jednocześnie odcięcia dostaw fałszywego medykamentu. Nasi bohaterowie z łatwością mogą naprawić uszkodzenia w statku napotkanych kosmitów, lecz oznaczałoby to utrzymanie ich w pozycji nieświadomie eksploatowanych, podczas gdy wyjawienie im prawdy byłoby równoznaczne ze złamaniem głównej dyrektywy. Moralna kwestia, omawiana z kilku perspektyw, dzięki konfliktującym poglądom kapitana Picarda i Beverly Crusher, okazuje się dość intrygująca mimo swej prostoty. Jest przy tym niemożliwa do rozwiązania w taki sposób, by zaspokoić oczekiwania wszystkich stron.

Jest to zagadnienie o tyle ciekawe, gdyż można odnaleźć paralele z rzeczywistością pozafilmową, a za to „Star Treka” cenię najbardziej. W skali mikro możemy doszukiwać się podobieństw do ingerencji fałszywych lekarzy czy znachorów, czy nawet sekt lub innych grup albo jednostek udających pomoc, a naprawdę wykorzystujących bezlitośnie swoją pozycję, celem utrzymania władzy. W skali makro możemy zaś problem odnieść do całego systemu, który karmi nas pustymi stwierdzeniami, niepotrzebnymi informacjami czy bezwartościową papką opierającą się na merkantylizmie, robiąc to dla „dobra” swych podmiotów, zmuszając ich do bezrefleksyjnego wchłaniania sfałszowanego wizerunku rzeczywistości. Nieświadomymi swej klatki łatwiej się rządzi, a gdy podmioty same pragną niewoli myśląc, że jest ona wolnością wtedy sytuacja jest idealna dla wyzyskującego systemu. Wówczas prawdą okazuje się słynne orwellowskie stwierdzenie, iż „wolność jest niewolą”. To, w gruncie rzeczy, robią właśnie obcy w „Symbiozie”. Utrzymują w swej kontroli cały świat, całą jego populację dzięki oszustwu. Mówiąc, że ratują im życie, odbierają im wolną wolę i czynią swoimi chętnymi do wypełniania swej roli niewolnikami. System działa nadzwyczaj sprawnie.

wtorek, 3 lipca 2012

13 Game sayawng (13 Game of Death), reż. Chukiat Sakveerakul, 2006.

13 Game sayawng
13 Game of Death
reż. Chukiat Sakveerakul
Tajlandia, 2006

Produkcji próbujących zadawać pytania dotyczące stanu ludzkiej kondycji w ekstremalnych warunkach jest mnogość. Począwszy od adaptacji „Władcy much” czy „120 dni sodomy” do obrazów takich jak świetny „Cube” czy mniej świetna „Piła”, filmowcy, podążając za wcześniej rozwiniętymi sztukami, zastanawiają się, jak bardzo ucywilizowany jest człowiek, jak bardzo obecne są w nim prymitywne instynkty, co i kogo potrafi poświęcić dla własnego przetrwania. Wraz z narastającym w dominującym na świecie przemyśle rozrywkowym nastawieniem na hedonizm, posiadanie, bogactwo, niektórzy zadają pytanie, co i kogo jesteśmy poświęcić dla pieniędzy czy udanej kariery. Nie, żeby te kwestie były nowe, lecz wraz ze zmianami w technologii, przemyśle, skupieniem się na pseudowartościach, twórcy próbują zaglądać do ludzkiej duszy wciąż i wciąż na nowo. Chukiat Sakveerakul jest jednym z takich twórców.

„13 Game sayawng” jest tajskim filmem, który wpisuje się w ramy wspomnianej tematyki. Bohaterem jest nie odnoszący sukcesów w pracy akwizytor, na dodatek pół-Amerykanin, który z powodu bardzo złych wyników zawodowych oraz nieprzychylnych mu współpracowników, dołącza do grona osób bezrobotnych. A niewygodne kwestie finansowe osaczają go z każdej strony. Traci on bowiem samochód, dziewczynę, marzenia, na dodatek nie potrafi sprzeciwić się matce proszącej o pomoc finansową dla trwoniącej pieniądze siostry. Gdy sytuacja staje się tragiczna, pojawia się szansa. Oto ktoś się kontaktuje z naszym sfrustrowanym bohaterem i informuje o możliwości udziału w grze, gdzie będzie musiał wykonać 13 zadań. Za każde z nich otrzymują określoną kwotę, która wciąż rośnie, aż do ogromnych rozmiarów po ostatniej misji. Nie wierząc do końca zapewnieniom, protagonista dołącza do „zabawy”. Nie mija zbyt wiele czasu nim zatraca się w niej i konsekwentnie dąży do dojścia do finału.

Punktem wyjścia dla niego są, oczywiście, kłopoty finansowe. Podobnie jak w popularnych reality show bohater musi, za określoną sumę pieniędzy, wykonać jakieś nieprzyjemne dla siebie zadanie. Na początek musi zabić i zjeść muchę. Niedługo potem zmusić dzieci do płaczu, zabrać żebrakowi pieniądze, zjeść ludzkie odchody, a gdy bliżej dochodzi do końca gry, wtedy, przewidywalnie, stawka zaczyna wiązać się z zabijaniem większej, od muchy, zwierzyny. W ten sposób, zatraca on stopniowo swoje człowieczeństwo, podążając od jednego złamania swoich wewnętrznych zasad do kolejnego, wynikiem czego wpada w spiralę przemocy, spychającą go do pozycji kontrolowanej maszyny, służącej do niszczenia i zapewnienia rozrywki obserwującym, po drodze spotykając kilka innych patologii.

Udanym pomysłem jest pokazanie, iż gra nie jest czymś, co wymyślił sobie, ot tak, jakiś psychopatyczny bogacz. Tak naprawdę, to system kontroluje ludzi, stopniowo zmuszając ich do coraz większych ustępstw, coraz bardziej obscenicznych czynów, wykonywania okrutnych, bulwersujących lub choćby zniesmaczających zadań, które owi ludzie wykonują po to, by tylko utrzymać się w wyścigu szczurów, kompletnie skupiając się na merkantylizmie, materialnej stronie egzystencji. W filmie policja jest czynnym „opiekunem” gry, który nadzoruje by jej zasady nie zostały naruszone, a osoba pełniąca kontrolę, czuje się całkowicie niewinna, gdyż to nie ona podejmuje decyzje. Decyzje podejmują ludzie, którzy zgadzają się brać udział w gonitwie za bogactwem, stając się zabawkami w rękach systemu, dostarczając darmowej rozrywki tym, którzy pełnią funkcję kontrolną w społeczeństwie. Co więcej, osoby te nie mają nic przeciw byciu przymusowymi klaunami w pułapce własnej chciwości. Nie widzą w tym nic złego dopóty dopóki, zindoktrynowani przez wtłaczający ich w materialistyczny konformizm system, mają szansę na zdobycie większego zarobku, niezależnie od poniesionych kosztów moralnych.

Mimo częstego pojawiania się podobnego szablonu fabularnego w kinie, zawsze warto, co pewien czas do niego wracać, by piętnować tego typu zachowania. Niestety, tajski obraz odnosi tylko połowiczny sukces. Dysonans wprowadzają sceny humorystyczne, jak i potraktowanie niektórych okropności zbyt silnie przez pryzmat kina rozrywkowego. Wszak krew, gore, przemoc, których tu nie brakuje, zawsze stanowią źródło rozrywki. Nie ma w tym nic złego, o ile nie gloryfikuje się negatywnych zachować. Omawiany film bynajmniej gloryfikacji się nie dopuszcza, lecz rozrzedza swój intensywny nastrój lżejszymi chwilami, a pod koniec spowalnia akcję, zmuszając nas do oglądania zupełnie nieprzekonującego kontrolera okrutnej gry, nasuwającego, nie tak odległe, skojarzenia z „Klubem samobójców” Siona Sono.

Twórcy zostawiają także sobie otwartą furtkę na ewentualną kontynuację, nie oszczędzą nam także finałowego zwrotu fabularnego, którego zadaniem jest zaskoczyć nas doszczętnie rujnującym nasze oczekiwania momentem. Niestety zaskoczenie nie jest zbyt duże, a po niespełnionych ambicjach scen je poprzedzających, wywiera małe wrażenie na wybitym już z okrutnego nastroju widzu.

Nie można jednak wysunąć nazbyt negatywnych słów względem walorów technicznych i aktorskich produkcji, gdyż te stoją na wysokim poziomie. Dzięki temu, nawet jeśli fabularnie obraz nieraz utyka, to wciąż można bez odczuwania zbytniego resentymentu śledzić akcję, w oczekiwaniu na nieuchronny finał.

Ostatecznie, obraz jest dość przyjemnym w odbiorze filmem, z próbą udzielenia społecznego komentarza i zawierającym w sobie sporą dawkę brutalności i okropności. Niestety, nie do końca o przyjemność powinno chodzić przy zabieraniu się za tę tematykę, przez co finalny produkt jest zbyt rozcieńczony by być czymś więcej aniżeli tylko niezapadającą na długo w pamięć produkcją.


niedziela, 24 czerwca 2012

Star Trek: The Next Generation - Encounter at Farpoint


Space...
The Final Frontier.

These are the voyages of the starship Enterprise.
Its continuing mission: to explore strange new worlds, to seek out new life and new civilizations,
to boldly go where no one has gone before!

W tym roku mija 25 lat odkąd serial „Star Trek: The Next Generation” ruszył dumnie tam, dokąd nie dotarł jeszcze żaden człowiek, czy też serial.

Dane:
Czas emisji: 1987-1994
Twórca: Gene Roddenberry
Emisja w TV: 28.09.1987-23.05.1994
176 odc., 7 sezonów, 2 odc. w formie filmów
Czas trwania akcji: 2364-2370 r.

„Następne pokolenie” jest drugim serialem w uniwersum Star Treka, po oryginalnym „Star Trek” z lat 1966-1969. Oryginalna załoga zwiedziła przestrzeń kosmiczną i przeszłość również w czterech filmowych produkcjach, zanim, w 1987 roku, nowa załoga rozpoczęła eksplorację kosmosu, 100 lat po rozpoczęciu akcji pierwszego serialu. W trakcie trwania „Star Trek: The Next Generation” oryginalna załoga powróciła jeszcze w dwóch filmach kinowych oraz wystartował trzeci serial pt. „Star Trek: Deep Space Nine”, prezentując uniwersum z innej perspektywy. Oba seriale doskonale uzupełniły uniwersum o dość kompleksową prezentację Zjednoczonej Federacji Planet i wszechświata.

Zamierzam w ciągu najbliższego czasu pokrótce omówić swoje ulubione odcinki w kolejności chronologicznej. Jako, że nie oglądam ich na nowo, przypominam je sobie z przeszłości, próbując patrzeć na nie przez pryzmat nie tylko ich wartości, ale i sentymentu, jakie we mnie wzbudzają.

Załoga statku kosmicznego Enterprise, piątego Enterprise, zmieniała nieznacznie skład w ciągu trwania serialu, liczącego 7 sezonów i 176 odcinków. Oto ona:

Jean-Luc Picard – kapitan, Ziemianin, sezony 1-7.
William T. Riker – pierwszy oficer, Ziemianin, sezony 1-7.
Data – drugi oficer, oficer naukowy, android, sezony 1-7.
Deana Troi – doradca, pół-Ziemianka, pół-Betazoidka, sezony 1-7.
Worf – szef ochrony (w pierwszym sezonie zastępca oficera taktycznego), Klingon, sezony 1-7.
Geordi La Forge – oficer techniczny, Ziemianin, sezony 1-7.
Beverly Crusher – oficer medyczny, Ziemianka, sezony 1, i 3-7.
Wesley Crusher – cudowne dziecko, później kadet, Ziemianin, sezony 1-4.
Kathryn Pulaski – oficer medyczny, Ziemianka, sezon 2.
Natasha Yar – szef ochrony, Ziemianka, sezon 1.

ODCINEK 1.
Sezon 1., odcinek 1.
Encounter at Farpoint
(odcinek podwójny)

Nie jestem wielkim fanem pierwszego odcinka serii, mimo wielu świetnych pomysłów w nim zawartych. Po kolei jednak. Serial zaczyna się, gdy część załogi leci już w statku na pierwszą misję, mają też odebrać resztę postaci, oczekującą w otoczeniu obcej cywilizacji w złudnie spokojnym środowisku. Bohaterowie nabywają cechy swoich charakterów na ekranie przed naszymi oczami, przez swoje własne zachowanie. Nie ma tutaj żadnej wcześniejszej introdukcji, co pozwala im powoli się pokazać, co ostatecznie ma prowadzić do większego zżycia z widzami. Wychodzi to dość udanie, choć jeszcze widać pewną nienaturalność aktorów, którzy wciąż nie żyją w pełni jako postaci, które kreują.

W tym odcinku debiutuje również Miles O'Brien, tutaj jeszcze nienazwany. W przyszłości stanie się świetną postacią drugoplanową, po czym, w 6. sezonie, przejdzie do serialu „Deep Space Nine” jako jeden z głównych bohaterów. I jednym z moich ulubionych z całego uniwersum. Drugim ważnym debiutem jest Q, wszechpotężna istota z kontinuum Q, która rozpoczyna tutaj sąd nad ludzkością. Mimo poważnego tematu, spotkania z Q zwykle są bardzo humorystyczne, dzięki ironicznemu i dzięcięco-złośliwemu charakterowi postaci. Nigdy nie byłem jednak jej miłośnikiem, głównie dlatego, iż uważam, że Enterprise natknął się na zbyt wiele wszechpotężnych istot w swojej karierze. Mimo wszystko dwie wizyty Q, prócz omawianej, pojawią się na tej liście. Również uważam, że wizyty istoty w serialach „Star Trek: Deep Space Nine” i „Star Trek: Voyager” także wypadły nie najlepiej, wręcz gorzej aniżeli te, mające miejsce w „TNG”. Choć w zamyśle jest to postać dość intrygująca.

Wróćmy jednak do pierwszego odcinka „Encounter at Farpoint”. Serial od razu umieszcza nas w środku historii, co jest dużym plusem. Również natknięcie się na rasę, której potęga opiera się na zniewoleniu kosmicznej istoty prezentuje się udanie, szczególnie finał z dwoma meduzopodobnymi stworzeniami zapada w pamięć. Z miejsca jesteśmy wrzuceni zarówno sieć relacji międzyludzkich, jak i elementy science-fiction.

Druga strona odcinka to wspomniany Q. Tutaj mam mieszane odczucia. Po pierwsze humor, jaki prezentuje Q rzadko trafia w mój gust, choć czasem uda się mu powiedzieć coś śmiesznego. Po drugie uważam, że twórcy nigdy nie zaprezentowali wszechpotęgi istoty w sposób zadowalający, gdyż byli ograniczeni własną nie-wszechpotęgą. Wynikiem czego, lepiej byłoby pozostawić Q spowitego większym nimbem tajemnicy niż pokazywać zbyt wiele, tym samym wzbudzając niepotrzebne rozczarowanie. To jednak zarzut, który bardziej skierować można w stronę serialu „Voyager” niż „The Next Generation”.

Pierwszy odcinek jeszcze, oprócz prezentacji nowej załogi i fabuły, walczy by odróżnić się od poprzedniego serialu. Jesteśmy wciąż gdzieś na pograniczu baśniowego charakteru, jaki często towarzyszył poprzedniemu serialowi, a bardziej naukowemu science-fiction, które będzie częściej charakteryzować przyszłość Star Treka. Te próby odróżnienia się będą obecne przez większą część serialu w trakcie sezonu 1, aż w końcu uda się uzyskać mu własny charakter. Najbardziej oczywiste zmiany są techniczne, jak odseparowanie talerza od reszty statku Enterprise, co jest zresztą świetnym pomysłem na funkcję statku kosmicznego, pod kątem strategicznym.

Najważniejsze jest jednak to, że nadal serial stara się być czymś ambitniejszym aniżeli zwykłym rozrywkowym serialem telewizyjnym. Zwykle pierwszy serial, oprócz, wartości czysto rozrywkowej, posiadał ciekawe komentarze społeczne, czy nawet filozoficzne, w sposób prosty, acz dosadny zaprezentowane w historiach. Również różnorodność rasowa postaci doskonale pokazywała szczytne idee twórców. Oczywiście, w 1987 roku, umieszczenie czarnoskórego aktora w jednej z głównych ról nie niesie ze sobą już takiego znaczenia, jak w latach 60.

Zamiast tego, w pierwszym odcinku twórcy próbują się pochylić nieco nad kondycją ludzkości. Czy ludzie są barbarzyńcami, którzy kierują się chciwością, prymitywnymi odruchami, a wszystkie szczytne idee są tylko pustymi słowami? „Star Trek” zawsze starał się pokazać tę dobrą stronę ludzkości, wyrażając nadzieję, że wszystkie szczytne idee, nawet jeżeli teraz są puste, to w przyszłości nabiorą materialnego znaczenia. Postaci w pierwszym odcinku walczą więc by pokazać zarówno Q, jak i widzom, że ludzie są zdolni do wzniosłych czynów i pięknych uczuć. Spontaniczna bezinteresowność jest przecież jedną z największych cnót każdej załogi. I, mimo że można zarzucać wady w idyllicznej przyszłości serii, to prezentuje się ona dumnie pośród, tak wielu antyutopii, które gromadzą się w historiach science-fiction.

Warto także wymienić wizytę dra Leonarda McCoy'a, czyli jednego z bohaterów poprzedniego serialu, którego jestem wielkim fanem, jako plus odcinka. Pojawia się także delikatna sugestia dotycząca mojej ulubionej postaci – Spocka. Również muzyczny temat przewodni, jak i wstęp, mówiony przez kapitana Picarda są oparte o temat muzyczny oryginalnej serii i wstęp mówiony przez kapitana Kirka. Zawsze z wielką przyjemnością wychwytuję wszelkie nawiązania do serialu i filmów z oryginalną załogą, a w przyszłości będzie ich jeszcze więcej, zwykle drobnych, jak wspomnienie o jakimś wydarzeniu czy cytacie z przeszłości.

„Encounter at Farpoint” jest więc dobrym, lecz dalekim do doskonałości pilotem serialu. Umieszczam go tutaj raczej ze względu na fakt, że bez niego nie byłoby reszty „TNG”, niż dlatego, że znajduje się on na liście ulubionych odcinków. Najlepsze dopiero nadejdzie.

sobota, 23 czerwca 2012

The Brain Machine, reż. Joy N. Houck Jr., USA, 1977


The Brain Machine
reż. Joy N. Houck Jr.
USA, 1977

Kino w stylistyce niezbyt mocnego science-fiction zmieszane z teorią spiskową i jasno wyrażonym brakiem zaufania do osób u władzy, którzy wykorzystują w sposób bezprawny i pozbawiony moralności zwykłych obywateli, jest kinem, po jakie sięgnąć można z niemałą przyjemnością. Szczególnie jeśli ma przyjąć cechy thrillera mogącego kojarzyć się z udanymi produkcjami w tym gatunku, jakie pojawiały się w latach 70. ubiegłego wieku. Niestety, nie zawsze przyjemność utrzymuje się w trakcie oglądania danej produkcji. Z pewnością „The Brain Machine” nie należy do filmów, które zachwycają swoim wykonaniem.

Najbardziej razi fabularna niekonsekwencja. Zaczynamy od senatora i ważnej rządowej organizacji naukowej, która tworzy tytułową maszynę w celu inwigilowania myśli ludzi. Teoretycznie pomysł ten rodzi się ze szlachetnych pobudek: ograniczenie przestępczości, szpiegostwa etc., lecz wyraźne elementy paranoi oraz braku moralności w eksploatacji innych skutecznie usuwają w widzu wszelkie wątpliwości, co do charakteru podłych polityka i członków organizacji. Historia rozwija się, gdy jeden z naukowców, pracujący nad tytułową maszyną, dowiaduje się o planowanym jej wykorzystaniu, po czym ucieka z ważnymi informacjami. Na pewien czas obraz zmienia się w oglądanie pościgu za biedakiem. Gdy już zaczynamy mu kibicować, przeskakujemy na innych naukowców, którzy nie wiedzą, że ich badania są, tak naprawdę, testem maszyny. A ta okazuje się dość niebezpieczna. Przekona się o tym piątka bohaterów, którzy stają się, w pewnym momencie, postaciami centralnymi produkcji.

Z powodu zmuszania widza by, co pewien czas, skupiał się na coraz to innych postaciach, jako głównych, „The Brain Machine” popełnia kardynalny grzech nużenia brakiem zaangażowania oglądających w rozgrywającą się akcję. Nie pomaga w tym nieskładna reżyseria, średnia, choć dobra, w porównaniu z innymi niskobudżetowymi produkcjami, gra aktorska, błędy na planie (mikrofony są aż nadto widoczne w dwóch scenach) oraz, wspomniany już, niski budżet. Również sceny włączania maszyny, które, co kilka minut w drugiej połowie filmu poprzedza monotonne odliczanie, usypia zamiast pobudzać. Z tego wszystkiego sam temat rządowej eksploatacji można uznać za satysfakcjonujący na swój, b-klasowy, sposób.

Udane jest także zakończenie, które zgrabnie finalizuje wszystkie wątki i pozostawia nas z niespełnionymi nadziejami. Ostateczne wrażenie beznadziejności byłoby jednak o wiele większe, gdybyśmy wcześniej przejmowali się losem bohaterów. Na tym jednak nie kończą się ambicje twórców. Produkcja stara się, niestety nazbyt lakonicznie by traktować to inaczej niż przerostem formy nad treścią, podjąć kilka innych tematów. Trauma wojenna, eksperymenty na żołnierzach, społeczne wykluczenie, rodząca się miłość, brak emocji u maszyn, próba zastąpienia człowieka mechanizmem, chęć bycia ponad Bogiem, seksualne uzależnienie duchownego – wszystko to na krótkie chwile pojawia się w produkcji. Mimo ekstremalnego poszatkowania fabularnego, jakie wrzucenie tylu ważnych tematów powoduje, to wynika z nich jeden pozytyw. Nadają one głębi postaciom, dzięki którym są one choć odrobinę mniej bezimiennymi, papierowymi bohaterami bez przeszłości i przyszłości. Prób poszerzenia charakteru tychże jest jeszcze więcej, lecz tylko retrospekcje z przeszłości potrafią udanie wykonać swoje zadanie.

Słowem podsumowania, „The Brain Machine” oferuje zbyt mało by film komukolwiek polecić. Z drugiej strony, zainteresowani tego typu niskobudżetowym kinem, będą, oczywiście, wiedzieć, że jest to produkcja przeznaczona dla nich, inni jednak powinni ją omijać.